Oda do mierności – „Niepewność. Zakochany Mickiewicz” [RECENZJA]
Równo dwa lata po obchodach roku romantyzmu polskiego autor Ballad i romansów doczekał się dwóch filmów tytułowanych jego nazwiskiem. Styczeń przyniósł widzom Piep*zyć Mickiewicza – nieporadną licealną komedię, która – choć niewątpliwie słabo napisana – miała swój własny, niemal kampowy urok. Ta jednak, mimo tytułu i kilku scen lekcyjnych, nie miała zbyt wiele wspólnego z wieszczem. Pod koniec trzeciego kwartału ukazał się obraz już typowo biograficzny, opowiadający o jednym z najbardziej zmitologizowanych wątków z życia poety. Sam tytuł – Niepewność. Zakochany Mickiewicz – zapowiada tematykę fabuły: miłosne perypetie pisarza i Maryli Wereszczakówny. Na temat tego słynnego związku powiedziano już wiele, jednak paradoksalnie… niewiele wiadomo. Badacze do dziś spierają się na temat właściwego charakteru i przebiegu relacji wspomnianej pary. Twórcy filmu mieli więc trudne zadanie – nie tylko musieli rekonstruować wiele szczegółów na podstawie domysłów, ale też złożyć całość w spójny i interesujący film fabularny.
Biografia jednego z najważniejszych polskich pisarzy nie mogłaby być jednak kompletna bez odniesienia się do sprawy narodowej, w którą ten był zaangażowany. Przez fabułę przewija się więc także wątek poboczny, zahaczający o spiskową działalność Zgromadzenia Filaretów. Między walką o niepodległość i serce Maryli Mickiewicz i Tomasz Zan znajdują jeszcze czas na nocne poszukiwania Świtezianki, o której obecności krążą w okolicy pogłoski. Zdaje się, że poprzez rozszerzenie warstwy fabularnej twórcy chcieli pokazać na przykładach różnorodność (a przynajmniej taką skrojoną do potrzeb dydaktyki szkolnej) polskiego romantyzmu.

Trzeba jednak od razu powiedzieć wprost – nagromadzenie tych motywów działa na niekorzyść Niepewności. Na temat opowieści o nimfie nie da się właściwie powiedzieć niczego ciekawego, gdyż jest ona zwyczajnie wepchnięta do scenariusza na siłę, służy za mało wyszukane (znów, jak się zdaje, na potrzeby edukacyjne) nawiązanie do sztandarowych ballad poety. Jej zakończenie też pozostawia wiele do życzenia, ponieważ tak naprawdę wcale go nie ma – w jednej z najdziwniejszych (i najgorszych) sekwencji filmu Świtezianka wyskakuje z wody, przerywając dramatyczną scenę między Zanem, Wereszczakówną i Mickiewiczem, zaburzając jednocześnie tempo fragmentu. Nigdy więcej nie zostaje wspomniana, a próba przestraszenia nią odbiorców wywołała tylko – dosłownie i w przenośni – śmiech na sali.
Najważniejsza treść tego obrazu, czyli miłość wieszcza, pod względem kompozycyjnym prezentuje się już (nieznacznie) lepiej. Głównym argumentem na jej niekorzyść okazuje się niefortunna długość filmu przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek napięcia. Wszelkie konflikty – jak na przykład ten między matką Maryli a autorem Konrada Wallenroda bądź rywalizacja przyjaciół ze Zgromadzenia Filaretów – rozwiązywane są w mało satysfakcjonujący sposób, lub po prostu ostatecznie pomijane na rzecz innego wątku. Choć spięcia między postaciami są wyraźnie zaznaczane w ekspozycji, odbiorca nie otrzymuje żadnej wynagradzającej seans kulminacji. Niestety, bardzo często ma się wrażenie, że wyświetlana jest nie produkcja kinowa, a fragment kostiumowej opery mydlanej na tysiąc odcinków.

Najbardziej pokrzywdzeni w tym wszystkim zdają się być odtwórcy ról. Aleksandra Piotrowska (Maryla) i Antoni Sałaj (Zan) wyciągają ze swoich postaci tyle, ile się da, choć kulawy scenariusz znacznie im to utrudnia. W dziwnej sytuacji usadowiony został Mickiewicz Nikodema Rozbickiego. Postać poety zdaje się być rozszczepiona na dwie osobowości – wiecznie cytującego własne wiersze szarmanckiego lekkoducha oraz milczącego męczennika. Jako że nie znaleziono między tymi odsłonami protagonisty właściwego balansu, ma się wrażenie, jakoby w filmie występowało tak naprawdę dwóch Mickiewiczów. Tego pierwszego Rozbicki odgrywa naprawdę dobrze – teatralna maniera i młodzieńcza werwa filomaty są dość przekonujące i umilają pierwszą połowę filmu. O wiele trudniej obronić te sceny, w których bohater ma być w rozterce – dąsania, milczenia i dość nienaturalne miny odbierają postaci jakikolwiek realizm. Ponownie – trudno winić za to aktora, błędów należy szukać raczej na poziomie scenopisarskim.
Ostatecznie Niepewność to film rozwlekły i… niepewny własnej tożsamości. Ekranowa biografia twórcy Sonetów krymskich boi się pójść w jakimkolwiek tematycznym kierunku, zatrzymując się na rozstaju dróg między operą mydlaną i szkolną ściągą z charakterystyki romantyzmu polskiego. A szkoda – życie i twórczość Mickiewicza nie tylko zasługują na dobry i odważny film, ale także są po prostu wdzięcznymi materiałami źródłowymi, w których drzemie spory potencjał. Niepewność to opcja bezpieczna i przede wszystkim dlatego też nijaka. W rezultacie zawiedzie się zdecydowana większość widzów – uczniowie, literaturoznawcy, miłośnicy fikcji historycznej i po prostu odbiorcy liczący na dobrą, intrygującą opowieść.
Korekta: Oliwia Kramek
Student filologii polskiej i pasjonat historii literatury, nie tylko rodzimej. Chciałby wydać choć jedną powieść, ale najpierw trzeba napisać. W kinie fan melancholii, sentymentalnych wątków miłosnych i zabawy konwencją gatunkową. Może za 15 lat będzie na bieżąco z One Piece.
