„EXOTIC” – Jest, jak jest | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026
Przyznam się otwarcie, że przed seansem debiutu Sonji Orlewicz-Zakrzewskiej nie miałem pojęcia o tym, czym jest exotic. Słyszałem oczywiście o pole dance: od dobrych kilku lat na moim Instagramie i Facebooku przewijają się posty koleżanek, które poświęcają tej aktywności znaczną część swojego czasu wolnego. O bardziej radykalnej, fizycznie wymagającej odmianie tańca na rurze nie miałem jednak pojęcia. Film Orlewicz-Zakrzewskiej był więc dla mnie swego rodzaju objawieniem, za sprawą którego dowiedziałem się dwóch, jakże istotnych rzeczy. Po pierwsze: wiem już czym jest exotic i dlaczego czymś bardzo ważnym dla osób, które go uprawiają. Po drugie: wiem też, że w polskim kinie pojawił się nowy, ekstremalnie interesujący i autentyczny głos, który ma szansę zjednać sobie młodych widzów.
Edukacyjny walor seansu wybrzmiał w gruncie rzeczy jeszcze zanim rozpoczął się film. Ktoś wyjątkowo przemyślny, i piszę to bez grama ironii, wpadł bowiem na pomysł, aby przed światową premierą debiutu Orlewicz-Zakrzewskiej urządzić pokaz exotica na żywo. Kiedy w największej sali kina Nowe Horyzonty zgasło światło, na scenie przed ekranem pojawiła się występująca w filmie Martyna Dominikowska. Imponujące show, pełne szpagatów, piruetów i innych, powietrzno-lądowych akrobacji wystarczyło, abym już zawczasu zrozumiał, czego w tańcu na rurze poszukuje główna bohaterka – nieśmiała, delikatnie zakompleksiona Mila.

Bohaterkę poznajemy w momencie, w którym ma pojechać z przyjaciółką na obóz taneczny. Nastawiona do wyjazdu bardzo entuzjastycznie, Mila łamie się zupełnie, kiedy słyszy, że koleżanka musi w ostatniej chwili zrezygnować. Postawiona przed trudnym wyborem – czy jechać samemu, w ciemno, nie znając nikogo, czy poddać się i zostać w Warszawie ze średnio wspierającym chłopakiem – postanawia stawić jednak czoła rzeczywistości. EXOTIC staje się w tym momencie kroniką jej wyjazdu; opowieścią o tym, jak błaha, wakacyjna przygoda ewoluuje w doświadczenie formacyjne, zmieniające stosunek bohaterki do siebie, ludzi i całego świata.
Film Orlewicz-Zakrzewskiej działa przede wszystkim za sprawą fantastycznej energii, którą reżyserce udaje się tchnąć w ekranową rzeczywistość. Narracje napędzają kolejne, świetnie nakręcone sekwencje montażowe, wewnętrzne rozkminy protagonistki, docierające do nas za pośrednictwem monologów z offu oraz różnorodny zestaw bohaterów, których poznajemy podczas obozu. Nosa Orlewicz-Zakrzewska ma zwłaszcza do ostatniej z tych kwestii. Do pokoju Mili reżyserka wrzuca znerwicowaną, niepewną własnego ciała matkę i młodą boginię, która mieszka na Ibizie i papla polingliszem (skojarzenia z prowadzącą popularnego programu modowego są jak najbardziej na miejscu). Choć jako trzydziestoletnia intelektualistka, zarabiająca na życie pisaniem, Mila nastawiona jest do swoich współlokatorek sceptycznie, ostatecznie znajduje z nimi nić porozumienia. Relacja, która nawiązuje się między bohaterkami – pełna niewymuszonej czułości i wzajemnego wsparcia – sprawia, że EXOTIC awansuje na jeden z najbardziej udanych polskich filmów, biorących na tapet temat siostrzeństwa. Pasja do tańca w naturalny sposób łączy się tutaj z empatią i to właśnie ta specyficzna mieszanka sprawia, że na obozie ma szansę narodzić się prawdziwa wspólnota.

Energia, która niesie debiut Orlewicz-Zakrzewskiej w końcu się jednak wyczerpuje. Mniej więcej w połowie seansu film wytraca prędkość i zaczyna swobodnie dryfować, co znacząco odbija się na jego jakości. Wątki poboczne, związane z pracownikami ośrodka, rozpychają się niemiłosiernie, a narracja z offu – na ogół celna i zabawna, podkreślająca inteligencki rys bohaterki – staje się irytującą zapchajdziurą, łatającą niedostatki scenariusza. W chwili kryzysu Orlewicz-Zakrzewskiej z pomocą przychodzą dwie rzeczy: humor i obsada. Nawet najbardziej banalne sytuacje, takie jak spacer Mili wokół ośrodka, młoda reżyserka potrafi zainscenizować w zabawny sposób. Czasem scenę potrafi zrobić jej jeden szczegół, pomysłowy rekwizyt (moim faworytem pozostają „Draże Zbrodniarze” z wizerunkami Putina i Netanjahu). Innym razem – zręcznie napisany dialog, pozbawiony sztucznego nadęcia i wymuszonego „luzactwa”, do którego przyzwyczaiły nas filmowe portrety fajnopolaków. Owszem, debiutantka ma problemy ze strukturą scenariusza, ale język czuje jak mało kto – przewijające się w opiniach o jej filmie, nobilitujące porównania do Masłowskiej nie są wyssane z palca.
Swoje pięć groszy do kolektywnego sukcesu dorzuca wspomniana, świetnie skompletowana obsada. Kusi, aby napisać, że projekt niesie na swoich barkach Jaśmina Polak – aktorka rzadko kiedy znika z ekranu, a jej urok i prezencja są na tyle silna, że natychmiast pałamy do głównej bohaterki sympatią. Prawda jest jednak taka, że w EXOTICU na wysokości zadania staje właściwie każdy – z Magdaleną Koleśnik, Moniką Frajczyk i Bartoszem Bielenią na czele – a największe wrażenie robią sceny grupowe, w których ekipa aktorska funkcjonuje jak znakomicie zgrany kolektyw.

Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która mnie w EXOTICU najbardziej zaskoczyła, a jednocześnie ucieszyła, to byłoby nią niepozorne nagranie, oglądane przez Milę w chwili największego zwątpienia. W momencie, w którym bohaterka przeżywa tzw. lowest point – pokłóciła się właśnie z chłopakiem, nie wie, czy da radę zatańczyć w wieńczącym obóz pokazie – Orlewicz-Zakrzewska sięga po krótki filmik nagrany przez Jonasa Mekasa w ramach projektu 365 dni. Bohater nowohoryzontowej retrospektywy z 2022 roku opowiada w nim o przemianie wewnętrznej Paris Hilton. Zamiast atakować celebrytkę, która zaraz po wyjściu z aresztu zaczęła zapewniać wszystkich dookoła, że stała się lepszą osobą, Mekas afirmuje jej wypowiedź. Podkreśla, że drastyczne zmiany wydarzają się czasami z dnia na dzień; że jako ludzie powinniśmy z zasady ufać innym ludziom. „Ja ci wierzę, Paris” – kończy reżyser, wpatrując się z uśmiechem prosto w obiektyw.
Orlewicz-Zakrzewska oferuje nam w EXOTICU podobny rodzaj szczerości i afirmacji. Nie bez powodu hasło przewodnie jej filmu, powtarzane przez bohaterów wielokrotnie brzmi: „jest, jak jest”. Ten chwytliwy bon mot rozumieć można na kilka różnych sposobów. Jest, jak jest: każdy radzi sobie jak może, nie ma się więc co wywyższać i unosić dumą. Jest, jak jest: trzeba robić swoje, uśmiechać się do złej gry i przyjmować rzeczywistość z pokorą. Nie ulega wątpliwości, że film Orlewicz-Zakrzewskiej ma charakter misyjny. W perspektywie społecznej chodzi przede wszystkim o to, aby „odseksualizować” taniec na rurze, udowodnić, że exotic i pole dance należy postrzegać jako sport i/lub sztukę. Nie mniej istotna okazuje się jednak uniwersalna warstwa EXOTICA, zachęcająca do tego, by traktować wszystkich, jak bardzo by się oni od nas nie różnili, z otwartością i szacunkiem. Potrzebujemy takiego kina w Polsce, być może bardziej niż kiedykolwiek. W końcu, jak wszyscy dobrze wiemy: jest, jak jest.
korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.
Krytyk filmowy, filmoznawca, magazynier. Jego teksty znaleźć można również w miesięczniku „Kino” i dwumiesięczniku „Netfilm”, a czasem w kwartalniku „Ekrany” i „Czasie Kultury”. Wyróżniony w XXIX Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Mieszka w Poznaniu, z narzeczoną i kotem.
