Advertisement
Codzienne nagrody, program VIP i cashback na złe dni. Bonusy reload dla stałych graczy. Przejrzyste warunki obrotu (wagering) i szybka weryfikacja. Dołącz do społeczności na Slotoro Kasyno. Baw się bezpiecznie.
FestiwaleKinoNowe Horyzonty 2026Recenzje

„Śmierć nie ma pana” – Jądro ciemności | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026

Kuba Zawirski
Śmierć nie ma pana
fot. „Śmierć nie ma pana” / materiały prasowe Quinzaine des Cinéastes

„Mówisz: las. Śmiejemy się z wyrytego imienia jako jedynej obietnicy” – ta poetycka, tajemnicza sentencja powraca kilkukrotnie w dusznym thrillerze Śmierć nie ma pana. Wypowiada ją postać niejako symboliczna – odznaczająca się fizyczną obecnością, a jednocześnie pozostająca integralną częścią czegoś bardzo pierwotnego. Jej słowa – człowieka? zjawy? łącznika między światami? – zyskują zatem dodatkowy ciężar. Przyroda milczy, sprawiając wrażenie uległej, jakby wiedziała o człowieku coś, czego on sam nigdy nie będzie w stanie pojąć.

W filmie reżysera i scenarzysty Jorge’a Thielena Armanda nie bez przyczyny główne miejsce akcji – dawna plantacja kakao ze starą, obskurną willą – jest więc otoczone lasem tropikalnym. Główna bohaterka, Caro, po dwudziestu latach wraca w rodzinne, wenezuelskie strony, by przejąć odziedziczoną po zmarłym ojcu posiadłość. Na miejscu odkrywa jednak, że dom nadal zamieszkują jego byli pracownicy, którzy traktują go jak własny.

Śmierć nie ma pana
fot. „Śmierć nie ma pana” / materiały prasowe Quinzaine des Cinéastes

Akt własności Caro okazuje się bezwartościowym świstkiem papieru w tej niebezpiecznej, bezprawnej dżungli: służby wręcz ją wyśmiewają, gdy próbuje zgłosić nielegalnych lokatorów. Gra coraz wyraźniej stacza się ku prymitywnej walce o dominację, a gęstniejące napięcia, niepewność, lęk i wzajemne intrygi stopniowo zaciskają uścisk na gardle. Z czasem pytanie o to, kto zwycięży, schodzi na dalszy plan. Istotniejsze staje się inne: do kogo tak naprawdę należy ta posiadłość – i czy w ogóle może należeć do kogokolwiek?

Śmierć nie ma pana zarówno na poziomie tematycznym, jak i formalnym już od pierwszych minut przywodził mi na myśl nieco zapomniany obraz, a mianowicie Ostatnią falę Petera Weira. To uderzająco podobne rejony mistycznej grozy, wyrastającej z doświadczenia zderzenia z kulturową obcością i naznaczonej cieniem kolonialnej przeszłości. Bestialska historia Wenezueli splata się w filmie Armanda z osobistą traumą Caro, jej poczuciem wyobcowania oraz atawistycznym lękiem przed dzieleniem dachu nad głową z kimś obcym – a co gorsza, wrogim. Reżyser tworzy współczesny mikrokosmos wenezuelskiego społeczeństwa, gdzie wszystkie elementy wspaniale się przeplatają. Zanurza go jednocześnie w fantasmagorycznym, onirycznym mroku i surowym naturalizmie.

Przeczytaj również:  Rozmawiamy z Radu Jude – autorem „Dziennika panny służącej” | Wywiad | Nowe Horyzonty 2026
Śmierć nie ma pana
fot. „Śmierć nie ma pana” / materiały prasowe Quinzaine des Cinéastes

Film imponuje swoją ambiwalencją. Balansuje między rzeczywistością a metafizyką, nieustannie igrając z naszymi przekonaniami i sympatiami wobec bohaterów. To frustrujące, ale w najlepszym możliwym sensie – rzadko kiedy podobne opowieści uciekają od jednowymiarowych archetypów tak konsekwentnie. W Śmierci nie ma pana niemal każdy ma po swojej stronie garść racji, a jednocześnie coraz więcej na sumieniu. Widz zmuszony jest więc nieustannie przedefiniowywać własne oceny, nigdy nie otrzymując komfortu jednoznacznego moralnego punktu oparcia.

Armand pogłębia również perspektywę na wspomnianą enigmatyczną Matkę Naturę – z jednej strony zdystansowaną i obojętną wobec ludzkich dramatów, z drugiej subtelnie wpływającą na bieg wydarzeń za pośrednictwem bohatera Yoniego. To jeden z dawnych pracowników posiadłości, będący kimś w rodzaju emisariusza pierwotnych, transcendentalnych sił – swego rodzaju półczłowiek, półduch. 

Choć wobec Caro wydaje się uniżony, jego spokój nie sprawia wrażenia szczerej uległości, a raczej cierpliwości kogoś, kto doskonale wie, że ludzki (nie)porządek jest jedynie chwilowym epizodem. Jako jedyny zdaje się rozumieć prawa rządzące światem rozrośniętym wokół obiektu sporu, funkcjonując na granicy materialności i mitu. To właśnie dzięki jego obecności las przestaje być wyłącznie tłem wydarzeń, stając się pełnoprawnym bohaterem filmu – obserwatorem, strażnikiem pamięci, a także siłą konsekwentnie podważającą ludzkie poczucie własności oraz kontroli.

Śmierć nie ma pana
fot. „Śmierć nie ma pana” / materiały prasowe Quinzaine des Cinéastes

Podsumowując, Śmierć nie ma pana jest niczym gorączkowy koszmar, z którego nie chce się obudzić – to hipnotyzująca horrorowa układanka, która jednocześnie przeraża, fascynuje i dusi emocjonalną gęstością. Nawet jeśli niektóre postacie mogłyby zostać mocniej zniuansowane, a chwilami sprawiają wrażenie podporządkowanych bardziej symbolicznej funkcji niż indywidualnej psychologii, Armand wraz z aktorami nadają im wyraźnie ludzki wymiar. To właśnie ich wyniosłość oraz moralne pęknięcia sprawiają, że tak nieprzyjemnie elektryzują widza.

Przeczytaj również:  TOP 10 oczekiwanych filmów na 26. edycji MFF TAURON Nowe Horyzonty [ZESTAWIENIE]

Śmierć nie ma pana jest zdecydowanie jedną z perełek tegorocznego festiwalu, zapewne skazaną na niesłuszne zapomnienie. Tym bardziej szkoda, bo tak brawurowe grzebanie w narodowych trzewiach – ze współczesnym, krytycznym, ale i pełnym ambiwalencji spojrzeniem – przy jednoczesnym dostarczeniu niezwykle klimatycznego kina onirycznego to nie lada sztuka.

korekta: Daniel Łojko

Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.

+ pozostałe teksty

Student dziennikarstwa i nowych mediów. Dyskusje ze sceptykami Terrence'a Malicka traktuje jak bitwy o śmierć i życie. Jeśli zhejtujesz przy nim „Rycerza Pucharów”, przygotuj się na egzystencjalną tyradę (z niespodziewaną ironią).

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Ostatnia fala, Pacifiction

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.