FilmyRecenzjeStreaming

„Znachor” – …czyli film o miłości [RECENZJA]

Joanna Stachnik
fot. „Znachor”
fot. „Znachor” / mat. prasowe

Przed włączeniem telewizora obiecałam sobie dwie rzeczy: że w recenzji nie pojawi się żadne nawiązanie do najsłynniejszego cytatu z Hoffmanowskiego Znachora i że będę próbowała uniknąć przywoływania poprzednich wersji filmu. Szybko zdałam sobie sprawę z bezcelowości drugiego postanowienia. Kultura, a co za tym idzie kinematografia, nie funkcjonuje w próżni i jej nieodłączną część stanowią inne konteksty. Nie inaczej jest w przypadku historii Rafała Wilczura, która na stałe weszła do polskiego krwiobiegu. Adaptacja Michała Gazdy stała więc nie tylko przed wyzwaniem obronienia się jako niezależne dzieło filmowe, lecz również zmierzenia się z narodowym obiektem kultu.  

Główną oś fabularną najnowszego Znachora wciąż można opisać jako „umarł Rafał – narodził się Antoni”. Natomiast reszta historii stanowi swobodną wariację na temat powieści Dołęgi-Mostowicza. Na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim postać Marysi.  Wreszcie zyskuje ona autonomię i przestaje funkcjonować jedynie w odniesieniu do męskich bohaterów. Tym razem ani przez moment nie oddaje się biernemu oczekiwaniu na ukochanego. Z jednej strony jej charakter zostaje pogłębiony, lecz z drugiej opiera się przede wszystkim na stereotypie zadziornej dziewczyny. Dlatego okazując niezależność, Wilczurówna głównie krzyczy, a utrata odporności na Leszkowy urok to tylko kwestia czasu. Gdyby nie naturalność Marii Kowalskiej, dużo trudniej byłoby przymknąć oko na te znane schematy kreacyjne. 

Sama Marysia nie pracuje w sklepie, a obejmuje stanowisko kelnerki w karczmie, której właścicielem jest ortodoksyjny Żyd. Stanowi to najbardziej problematyczny element produkcji, ponieważ postać została ukazana w sposób karykaturalny – począwszy od charakteryzacji, a kończąc na mikroekspresjach Krzysztofa Dracza. Te zmiany, pomimo wątpliwości etycznych, można uznać za kosmetyczne w kontekście całego filmu. Najważniejsze przesunięcie następuje w finalnym wydźwięku Znachora, wszystko ze względu na silnie zarysowany, niekiedy wręcz przejaskrawiony podział na dobro i zło. Jego ucieleśnienie stanowi postać hrabiny Czyńskiej, która w interpretacji Izabeli Kuny nie jest wyrachowaną kobietą, ale niemal kreskówkowym czarnym charakterem.

fot. „Znachor”
fot. „Znachor” / mat. prasowe

Obraz Gazdy nie jest już opowieścią o utracie pamięci, nieuświadomionej żałobie i znachorstwie, a o różnych odmianach chociaż głównie romantycznej miłości. Ze względu na nagromadzenie tego typu wątków ich realizacja wygląda różnie. Relacja Wilczura Kosiby z młynarzową Zośką dostaje odpowiednią ilość czasu, aby się rozwinąć, jednak w przypadku Marysi i Leszka akcja biegnie zbyt szybko. Bohaterowie ledwie zdążyli się pokłócić, a już w następnej scenie wyznają sobie miłość – trudno uwierzyć, że nie jest to wyłącznie przelotne zauroczenie. Sam młody hrabia w swoim uprzywilejowanym postrzeganiu rzeczywistości jest bardziej irytujący niż urokliwy i gdyby nie charyzma Ignacego Lissa mógłby pretendować do miana najbardziej nieznośnego ekranowego bohatera w historii polskiego kina. 

Przywołana już relacja tytułowego znachora i młynarzowej pozostaje najbardziej interesującą częścią całej historii. Przez sposób prowadzenia narracji widz od początku zdaje sobie sprawę z tego, jakie trudności mogą wyniknąć z rodzącego się między bohaterami uczucia. Film problematyzuje więc kwestię utraty pamięci przez Antoniego, zadając pytanie, na ile przeszłość jednostki, również zapomniana, może wpływać na jej przyszłość. Wciąż jest to wątek poboczny, jednak dzięki świetnemu duetowi aktorskiemu Szymańczyk–Lichota pozostaje w pamięci na dłużej niż wysuwany na główny plan romans Marysi i Leszka.

Mimo wszystko netfliksowy Znachor pozostaje porządną produkcją, chociaż traci na braku autorskiego sznytu obecnego u poprzedników. Co prawda nie radzi sobie z egzekwowaniem narracyjnego napięcia, a po drodze pojawiają się potknięcia scenariuszowe, jednak większość z nich kamufluje świetny casting. Abstrahując od tego, jak film sprawdza się jako ekranizacja, samo jego powstanie nie jest żadną profanacją. Kultowe powieści zawsze będą multiadaptowane. A nawet jeśli ostateczny efekt nie przypada nam do gustu, nic nie stoi na przeszkodzie, by ponownie obejrzeć ukochaną wersję.


korekta: Ula Margas

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.