Advertisement
49. Festiwal Polskich Filmów FabularnychFestiwaleFilmyKinoRecenzje

Dwugłos Filmawki: „Pod Wulkanem” | Recenzja | 49. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Jakub Nowociński and Joanna Stachnik
Pod wulkanem
„Pod wulkanem” / mat. prasowe Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Po Chlebie i soli, brawurowym debiucie Damiana Kocura, miałem spore oczekiwania wobec drugiego dzieła reżysera. Apetyt zaostrzył się jeszcze bardziej, gdy Pod wulkanem ogłoszono filmem otwarcia Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, a kilka dni przed festiwalem – polskim kandydatem do Oscara. A do tego ten punkt wyjściowy: ukraińska patchworkowa rodzina spędza czas na wakacjach all-inclusive na Teneryfie, gdy dowiaduje się o wybuchu wojny. Sam koncept brzmi szalenie interesująco, lecz niestety pozostaje najciekawszym elementem filmu, bo ewidentnie zabrakło pomysłów, aby opowiedzieć coś więcej. 

Jesteśmy na pięknej hiszpańskiej wyspie, otoczeni wyjątkową fauną i florą, wulkanami i oceanem. Roman, Nastia, Sofia i Fedir z dnia na dzień stają się uchodźcami. Nie mają dokąd wracać, pozostają więc w luksusowym hotelu. Czują się tam wyobcowani, nie na miejscu. Utykają we wszechobecnym pięknie, gdy wszystko co znają, niknie w pożodze wojny. Dookoła ludzie korzystają z dobrodziejstw hotelowej oferty, bawią się, piją i tańczą. Zdają się epatować swoją beztroską i nieświadomością wobec tragedii, którą przeżywa ukraińska rodzina. Szczególnie Rosjanie z sąsiedniego stolika, którzy przy obiedzie śmieją się w głos o kilka tonów zbyt głośno. 

Jest tu kilka naprawdę dobrych scen, które pokazują bezradność rodziny, ich stagnację, frustrację i zderzenie z resztą świata, który nawet gdyby chciał, nie potrafiłby ich zrozumieć. W trakcie tych fragmentów film wybrzmiewa z odpowiednią mocą: emocjonalnym wybuchem Nastii w restauracji, pierwszą szczerą rozmową ojca z córką czy kończącą Pod wulkanem sekwencją z fajerwerkami. Moim ulubionym momentem filmu jest ten, gdy bohaterowie zmierzają w stronę wulkanu – w towarzystwie wyschniętych traw i ubrani w trekkingowe ubrania, wyglądają jak uchodźcy penetrujący lasy w poszukiwaniu schronienia. Przez dłuższą chwilę myślałem, że opuściliśmy Teneryfę i przenieśliśmy się w nowe miejsce akcji. Problem w tym, że sceny te nie składają się w spójną całość – tworzą jak gdyby przypadkową sklejkę większych i mniejszych wątków, które w trakcie pracy zainteresowały reżysera.

Pod wulkanem
„Pod wulkanem” / mat. prasowe Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Snujemy się gdzieś w pobliżu ataku Rosji na Ukrainę, raz bliżej, raz dalej, często zapominając o nim na dłuższą chwilę. Twórcy mogą bronić się tym, że takie były intencje i jestem w stanie w to uwierzyć – zatracając się w teneryfskich urokach i innych kwestiach, zawieszamy się wraz z bohaterami w limbo. W stagnacji, w której nic nie wydaje się odpowiednie. Przypominają nam o tym niezwykle estetyczne kadry, które kontrastują z wewnętrznymi przeżyciami bohaterów. Problem w tym, że ciągłe odbieganie od głównego tematu wprowadziło tu ogromny chaos. Niekontrolowana liczba dygresji, przypominających, że obok bohaterów toczy się też inne życie, nie tylko odwraca uwagę widza, ale przede wszystkim zaburza chronologię i dramaturgię, przez co drugą połowę filmu oglądałem z zupełną obojętnością. 

Z jednej strony cieszy mnie subtelność, z jaką opowiada się tu o problemie (w filmie ani razu nie pada słowo „wojna”), mam jednak wrażenie, że twórcy podeszli do niego aż zbyt naokoło.  Wpleciono tu wiele pobocznych wątków, między innymi uchodźców z Afryki, których cierpienia mają rymować się z sytuacją Ukraińców. I choć często faktycznie się rymują, nie mogłem nie odnieść wrażenia, że Kocur walczy o złoty medal empatycznego twórcy europejskiego kina społecznego, choć w rzeczywistości jest zbyt oddalony od poruszanych przez siebie tematów. Nie udaje mu się wyjść z pozycji zdystansowanego świadka, zburzyć grubej ściany między sobą a bohaterami. I przyznaję, że nie sprawiłoby mi to żadnego problemu, gdyby Pod wulkanem okazało się spełnione artystycznie. Niestety, jest to niekompletna, niepełna i niesatysfakcjonująca wydmuszka, która może wywołać kinofilską przyjemność tylko paroma pojedynczymi udanymi scenami, solidnymi kreacjami aktorskich naturszczyków oraz wizualiami. 

Jakub Nowociński


W przeciwieństwie do Kuby nie wyczekiwałam seansu Pod wulkanem. Na salę kinową weszłam sceptycznie nastawiona, a siadając w fotelu, powstrzymywałam się od głośnego westchnienia. Skąd wzięło się moje, bądźmy szczerzy, przesadne uprzedzenie do nowego filmu Kocura? Odpowiedź jest prosta – należę do osób, które nie przepadają za Chlebem i solą. Wspomniana produkcja bardzo mnie rozczarowała – przede wszystkim niedopracowanym scenariuszem.

Na szczęście tego samego zarzutu nie mogę postawić Pod wulkanem, ponieważ tym razem historia została konsekwentnie poprowadzona. Chociaż moment rosyjskiej inwazji na Ukrainę stanowi centralny punkt filmu, od którego ani bohaterowie, ani widzowie nie mogą uciec, nie jest on jego głównym wątkiem. Najważniejsze pozostają bowiem sposoby przystosowywania się do nowej rzeczywistości przez czteroosobową rodzinę. Nie uważam, aby w scenariuszu panował bałagan, jako że poszczególne sceny przedstawiają kolejne próby radzenia sobie postaci z przytłaczającym poczuciem winy wobec swoich rodaków.

Pod wulkanem
„Pod wulkanem” / mat. prasowe Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Odbiorcy te wydarzenia obserwują z perspektywy nastolatki – Sofii. W odróżnieniu od swojego młodszego brata, dziewczyna zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, w której się znaleźli. O wojnie czerpie informacje z mediów społecznościowych, rozmów z przyjaciółmi i strzępków rozmów dorosłych. Mimo że świat Sofii nie przypomina tego sprzed wyjazdu na Teneryfę, to wciąż boryka się z młodzieńczymi – w obliczu wojny mogłoby się wydawać, że błahymi – problemami. Czuje się niepewnie w swoim ciele, nie potrafi porozumieć się z macochą i drażni ją postawa ojca.

Przeczytaj również:  „Król dopalaczy” – Czemu znowu nam nie wyszło? [RECENZJA]

Zdaję sobie sprawę, że Pod wulkanem to historia opowiedziana przez uprzywilejowanych Europejczyków. Społeczne usytuowanie twórców daje o sobie znać w niektórych wątkach produkcji – na przykład, gdy pomiędzy sytuacją uchodźców z Ukrainy i Afryki zostaje postawiony znak równości. Ta analogia wzbudza szereg wątpliwości, zwłaszcza że w filmie czarni imigranci pojawiają się zaledwie kilka razy. Między innymi z tego powodu daleko mi do głosów zachwytu nad polskim kandydatem do Oscara. Jednocześnie czuję nieodpartą potrzebę bronienia filmu Kocura, szczególnie ze względu na olbrzymią dozę wrażliwości i subtelności w podejściu do wybranego tematu.

Joanna Stachnik


Korekta: Aleksandra Kowalewska

+ pozostałe teksty

Zastępca redaktorki naczelnej, redaktor i koordynator social media Filmawki. Miłośnik kina i teatru, z zawodu psycholog. Na co dzień pracuje w instytucji kultury.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.