Advertisement
Codzienne nagrody, program VIP i cashback na złe dni. Bonusy reload dla stałych graczy. Przejrzyste warunki obrotu (wagering) i szybka weryfikacja. Dołącz do społeczności na Slotoro Kasyno. Baw się bezpiecznie.
HBO MAXRecenzjeSeriale

„Ród smoka: sezon trzeci” – Spektakl bez iskry [RECENZJA]

Krzysztof Kurdziej
fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max
fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max

Gdyby ktoś mnie zapytał o najważniejszą zasadę, którą niesie ze sobą świat Gry o tron, to powiedziałbym, by nie ufać nikomu i trzymać swój puchar wina zawsze przy sobie. Po dwóch pierwszych odcinkach trzeciego sezonu Rodu smoka poczułem się tak, jakbym sam znalazł się w Westeros i miał do czynienia z podejrzanie lukratywną ofertą, po której proponencie można spodziewać się wszystkiego. Nauczony zdradliwością tego uniwersum postanowiłem więc czekać na rozwój sytuacji. W końcu złapałem się na krążącą opinię, według której serial miał wrócić do formy z pierwszego sezonu.  Och, głupi i naiwny ja, otruty i dźgnięty nożem w plecy, gdy tylko straciłem resztki czujności. 

Powiedzieć, że drugi sezon Rodu Smoka pozostawiał u widza co najwyżej niedosyt i rozczarowanie, to jak nic nie powiedzieć. Opowieść o wewnętrznym konflikcie rodu Targaryenów obiecywała przejście ze słów do czynów i wejście na wojenną ścieżkę, na której smoczy oddech rozprzestrzenia się szybciej niż kiedykolwiek. Zamiast ognia przeważnie dostawaliśmy jednak mgliste rozterki pozbawionej tronu Rhaenyry i błądzącego po zamku Harrenhal księcia Daemona. Wojna wisiała w powietrzu, więc ciężko było zrozumieć przezorność bohaterów, którzy obawiali się wystawić nogę poza mury swego obozu. Jak wspominałem w recenzji sprzed dwóch lat, po ośmiu odcinkach odnosiło się wrażenie, że widz wpadł w błędne koło. Historia powróciła do punktu wyjścia z początku sezonu, a jej finał okazał się dziwnie bezpieczny. Nie wydarzyło się w nim nic przełomowego – tak, jakby nigdy nie miał być tym finałem. Trzeci sezon musiał więc zacząć się mocnym akcentem i z impetem powrócić do gry, aby zadośćuczynić za zbrodnie swojego poprzednika. Rozpoczęcie sezonu od słynnej bitwy w Gardzieli miało pomóc serialowi wyjść na prostą, choć po czasie uważam, że paradoksalnie przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. 

fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max

Żeby zrozumieć największy ambaras Rodu smoka jako serialu, musimy cofnąć się do decyzji, którą trzy lata temu podjęło HBO. Wówczas drugi sezon skrócono z dziesięciu do ośmiu odcinków. Uzasadniano to niechęcią do niepotrzebnego rozwlekania historii.  Dzisiaj już wiemy, że wynikało to bardziej z kwestii realizacyjnych, budżetowych i logistycznych. Niezależnie od powodów, twórcy serialu oberwali wtedy rykoszetem, a konsekwencje tej decyzji będą się za nimi ciągnęły aż do samego końca. 

A dlaczego? Wspomniane na starcie recenzji dwa odcinki, którymi rozpoczyna się trzeci sezon, to nic innego jak zaginione zakończenie sezonu drugiego. Przeniesiono je na początek kolejnej serii już po rozpisaniu całej fabuły na poszczególne odcinki. Nic więc dziwnego, że finał sprzed dwóch lat tak wielu rozczarował, skoro pierwotnie miał nim nie być. To też tłumaczy, dlaczego opisy sezonu trzeciego tak niewiele zdradzały. Zapowiadały przejęcie stolicy przez Rhaenyrę i odwrócenie układu sił między Czarnymi a Zielonymi. Jednocześnie zacierały granicę między drugim a trzecim sezonem, nie chcąc spoilerować wydarzeń z dwóch „zaginionych” odcinków. To właśnie one stanowiły punkt zwrotny dla całej historii.

Ostatecznie decyzja pociągnęła na dno oba sezony. Drugi został pozbawiony satysfakcjonującej konkluzji i swego rodzaju nagrody dla widza za przetrwanie wolniejszych segmentów. Trzeci popełnia przez to kardynalny błąd: rozpoczyna się od bardzo intensywnych odcinków, by później zamknąć wszystkie dotychczasowe wątki i zresetować strukturę fabularną. W praktyce właściwa historia zaczyna się dopiero od trzeciego odcinka, a poprzedzający ją sprint już na starcie wprawia całość w niemałą zadyszkę. W efekcie całość wypada po prostu średnio, zwłaszcza, że otwarcie serii naprawdę dostarcza frajdy, której pragnęło się w Rodzie smoka od bardzo dawna. Jest widowiskowa akcja, są ciekawe zagrania bohaterów, a nawet okazja, by zobaczyć ich długo skrywane kompetencje. Nagle okazuje się, że lord Corlys potrafi coś więcej, niż stać przez osiem odcinków w porcie, a jego doświadczenie i pozycja nie wzięły się znikąd. To też moment, w którym Emma D’Arcy jako Rhaenyra błyszczy aktorsko jak nigdy dotąd, przełamując batalistyczne sekwencje swoimi dramatycznymi popisami. 

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Kronika wypadków miłosnych” (1986) | WAJDA: re-wizje
fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max
fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max

Tak dobry start kontrastuje z dalszą częścią, w której wszystko zaczyna się od faktu dokonanego: Rhaenyra z małą pomocą Alicent przejęła Królewską Przystań i zaczęła rządzić, a na jej drodze zaczynają pojawiać się problemy wynikające z nieznanego jej dotąd ciężaru korony. Trzeci sezon Rodu smoka pokazuje ten ciężar w naprawdę wyczerpujący dla widza sposób – i mówię to jako komplement! Trzeci odcinek jest w tej kwestii na maksa niewygodny i właśnie dlatego sprawdza się znakomicie. Nagłe przejęcie władzy odbija się na zachowaniu królowej. Rhaenyra podejmuje szereg nieprzemyślanych decyzji, wykazuje brak strategicznego myślenia i coraz częściej mierzy się z wewnętrznymi rozterkami. Wszystko to podważa jej autorytet zarówno wśród poddanych, jak i w oczach widza. Gdyby tego było mało, za murami zamku pojawia się nowe zagrożenie w postaci Ormunda Hightowera, kuzyna Alicent, który szachuje każdą próbę uporządkowania sytuacji w stolicy. To prowadzi do kolejnego przestoju w działaniu i powrotu do rozmów przy stole Małej Rady. 

W tych słowach tkwi jednak problem, który w Grze o tron zawsze udawało się zgrabnie rozwiązać. Każda ostrożność skutkowała tam nagłym rzutem pochopnej bądź ryzykownej decyzji, nieraz będącej największym zwrotem akcji sezonu. W Rodzie smoka tego nie ma. Jest pasywność po obu stronach konfliktu, a nawet po stronie twórców serialu, bojących się zrobić cokolwiek, by jakoś urozmaicić wolniejsze odcinki pozbawione batalistyki. Bo czym jest konflikt, w którym każda ze stron chowa się w swoim zamku i czeka na ruch przeciwnika? Smoki wciąż są tutaj alegorią broni jądrowej, która służy głównie do pogrożenia palcem, jednak nawet one wydają się bezradne. 

Bezradna jest też Rhaenyra, która z czasem zaczyna zachowywać się tak, by nikt już nie miał wątpliwości, że żadna ze stron nie zasługiwała na Żelazny Tron. Bardzo żałuję, że twórcy scenariusza, mając do wyboru trzymanie się wykreowanego w serialu wizerunku dobrej królowej albo rozwinięcie książkowej „Rhaenyry Okrutnej”, wybrali opcję numer trzy. Najgorszą z możliwych: uczynili ją po prostu infantylną i przewidywalną. Już sam fakt, że w chwilach zwątpienia zwraca się z prośbą o pomoc do więzionej przez nią Alicent, mówi więcej niż tysiąc słów. Sama Alicent również została potraktowana przez scenariusz bez większego polotu. Jakby  było w tym serialu za mało bezbarwnych postaci, nawet te najbarwniejsze płowieją w mętnym scenariuszu, tracą swój blask i charyzmę. 

fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max
fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max

Najlepszym tego przykładem jest zbrodnia, której temu sezonowi nie mogę wybaczyć. Dostaliśmy tutaj drugi z kolei wątek, w którym jedna z postaci włóczy się po zamku Harrenhal niczym przysłowiowy smród po gaciach. Tym razem smrodem jest książę Aemond, zaparkowany w zamku na cały sezon i odcięty od głównej linii konfliktu. I tak jak Matt Smith dwa lata temu wybrnął z tej sytuacji i nawet w tak strasznych warunkach starał się utrzymać magnetyzm Daemona przy życiu, tak młody Ewan Mitchell był w tej kwestii po prostu bezradny. Nie mogę odmówić mu talentu, bo od samego początku jest w tej historii jedną z najbardziej wyrazistych postaci, ale natrafił na wroga bardziej zabójczego nawet od swojego spojrzenia. I mowa ponownie o scenariuszu, który przez cały sezon trzyma go rannego w łóżku i zmusza do romansowania z uzdrowicielką Alys, choć nie ma między nimi za grosz chemii. W taki oto sposób Aemond leży, Aemond siedzi, Aemond patrzy, Aemond ćwiczy. Kolejno powtórz. 

Przeczytaj również:  U.F.O. czyli Niezidentyfikowany Obiekt Filmawkowy | Omówienie cyklu | Octopus Film Festival 2026

Gdy brakuje Aemonda, o wiele lepiej radzi sobie jego brat Aegon, poparzony i pokaleczony, uciekający przed gniewem nowej królowej. Z pomocą Larysa ucieka z Królewskiej Przystani, by wyruszyć na festiwal upokorzeń i udręk, które przychodzą do niego niczym konsekwencje wcześniejszego trybu życia oraz ciężkiego charakteru. Ten pokiereszowany duet dostarcza momentami komediowego oddechu, by w końcu dać Aegonowi okazję do pokazania, na co go stać. A to okazja, z której korzysta wcielający się w niego Tom Glynn-Carney. Gdy Rhaenyra coraz gorzej radzi sobie na tronie, Aegon z powrotem zaczyna zyskiwać sympatię widza. I choć w połowie jego wątek traci na sile, koniec końców przygotowuje obiecujący grunt pod dalszy ciąg historii.

fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max
fot. „Ród smoka” / materiały prasowe HBO Max

Prawdziwymi zwycięzcami sezonu trzeciego są jednak postacie, które mają do powiedzenia tak naprawdę najmniej. Bardzo mocno wybrzmiewa wątek Helaeny, a Phia Saban kreuje prawdopodobnie najbardziej wrażliwą postać tego serialu. James Norton jako Ormund Hightower wypada znakomicie, irytując swoją pewnością siebie. MVP sezonu zostaje jednak Tommy Flanagan jako Ser Roderick Dustin, który ma może ze trzy sceny, ale wspaniale przypomina, jak bardzo w tym świecie pałacowych arystokratów brakuje północnego charakteru. 

Widząc, jak bardzo nierówny, a zarazem obiecujący był ten sezon, jestem ciekaw, czy kolejny będzie w stanie jeszcze w stanie coś w tej narracji. Zwłaszcza, że będzie to finał całego serialu. Ci, którzy znają książkowe losy bohaterów, wiedzą, że przed twórcami nie lada wyzwanie:zmieścić to wszystko w ośmiu odcinkach i nie wywalić się na pierwszym lepszym zakręcie. Tegoroczny Rycerz siedmiu królestw dobitnie pokazał, że da się prowadzić to uniwersum w znacznie ciekawszy sposób. Na razie Ród smoka jest zdecydowanie najsłabszym z rodzeństwa, ale kto wie, może przy dużej dawce ognistego oddechu smoków uda mu się z tych popiołów jeszcze odrodzić. 

Korekta: Jakub Nowociński
+ pozostałe teksty

Student dziennikarstwa i absolwent PSM II stopnia. Uwielbia dyskutować o kinie i słuchać po godzinach soundtracków Williamsa czy Hurwitza. Stał się fanem Madsa Mikkelsena już wiele lat temu, a w świecie "Better Call Saul" odnalazł spokój.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.