„Straszny film” – Straszny film? [RECENZJA]
Nie ma wątpliwości, że obecny rok należy i należeć będzie do horrorów. To, jakie liczby wykręca obecnie duet Obsesji i Backrooms. Bez wyjścia, mogłoby mówić samo za siebie, jednak od jakiegoś czasu zmienia się również kwestia statusu tego gatunku w sezonie nagród filmowych. Widać to po tegorocznych Oscarach, gdzie horrory nie były już jedynie pojedynczymi, nominowanymi przypadkami, a godnymi rywalami do zwycięstwa. Jeśli przedstawicieli horrorów z roku na rok będzie przybywać, to czy istniałby lepszy moment na powrót do serii Strasznego filmu?
Zeszłoroczny seans Nagiej Broni z Liamem Neesonen odblokował w Hollywood parodiowe core memory i nawet pastwiący się nad tym gatunkiem od lat krytycy docenili jego zgrabną reanimację. Zwłaszcza, że gdyby ten znajdował się w Czerwonej księdze gatunków zagrożonych, uplasowałby się gdzieś pomiędzy „krytycznie zagrożonymi”, a „wymarłymi na wolności”. Na początku lat dwutysięcznych parodie cieszyły się ogromną popularnością, nie stroniąc od absurdu, niewyżytych i żenujących gagów oraz przejawów błyskotliwego humoru. Była to między innymi zasługa braci Wayans, którzy stali za sukcesem pierwszych dwóch odsłon Strasznego filmu i którym zawdzięczamy dalszą kompozycję gatunkową. To właśnie oni postanowili zawitać do kultowej serii po ponad dwudziestu latach, biorąc ze sobą większość oryginalnej obsady oraz ponad dekadę horrorów do nadrobienia (czytaj: do sparodiowania).

W tym miejscu powinienem wspomnieć nieco o fabule, jednak to, co w zeszłym roku udało się ekipie Nagiej Broni, nie wypaliło w przypadku starań braci Wayans. Film Schaffera bardziej polegał na duecie Liama Neesona i Pameli Anderson niż na samym parodiowaniu, dlatego jedynie ozdabiał ich przygody slapstickiem i trzecioplanowym nonsensem. Najnowszy Straszny film przyjął inną, kolizyjną strategię. To składanka najlepszych hitów z serii, nałożonych na horrorowe dzieła popkultury z ostatnich kilku lat i wzbogacona o element millenialsowej nostalgii. Jednocześnie zrezygnowano w nim choćby z pozorowania starań nad rozwijaniem jakiejkolwiek linii fabularnej, dlatego ciężko tutaj o niej opowiadać. Bohaterowie skaczą po ekranie scena po scenie, parodia po parodii, nawiązanie po nawiązaniu. I to w zasadzie skrót całego filmu. Niektóre powroty do serii okazują się krótkimi epizodami, jeszcze inne – wykalkulowanym przypływem nostalgii. Jest ona zresztą tak bardzo jawna, że rozmawiają o niej nawet sami bohaterowie. Często dyskutują o tym, która z odsłon serii była bardziej udana, a która nie, czasami wręcz odwzorowując najbardziej ikoniczne momenty z tamtych lat i zostawiając w tyle jakikolwiek progres.
W taki sposób bracia Wayans już na wstępie zjadają własny ogon, tworząc autoparodię własnej parodii. Przeświadczeni prostym sukcesem drwienia ze znanych horrorów, zadławili się ich nadmierną ilością w mocno ograniczonym czasie. Nawiązań do Grzeszników, Zniknięć, nowych odsłon serii Krzyk i wielu, wielu, naprawdę wielu innych jest tak dużo, że nigdy bym nie przypuszczał, by ktokolwiek dał radę wepchnąć je wszystkie w osiemdziesiąt minut metrażu. Szkoda tylko, że wraz z ilością spada też ich jakość. Spora część gagów jest „poprawna” i taką też wykonuje robotę, działając na ekranie i wylatując z głowy widza sekundę po seansie. Bohaterowie bawią się w teatrzyk, odtwarzając scenę z jakiegoś okołohorrorowego filmu i dodają do niej boomerski humor, który – to bardzo istotne! – dla niektórych będzie związany z ciarkami żenady, a dla innych jest niezbędnym elementem seansu. Są też takie numery, które szorują po dnie aż włos się jeży. Sekwencja parodiująca Michaela, którą zwiastowano jeszcze przed premierą, przypomina skecz z Saturday Night Live. I to na pewno nie taki kultowy, w którym Ryan Gosling wychodzi z roli i pęka ze śmiechu.

Tutaj dochodzimy do ściany, pod którą muszę stanąć, odwrócić się i trochę zamieszać. Bo czy to, o czym do tej pory wspominałem, nie jest esencją tychże filmów? Przecież ja sam, idąc na seans najnowszego Strasznego filmu, spodziewałem się dokładnie tych elementów – wywietrzałego humoru, braku fabuły i jechania na nostalgii. I tak naprawdę dostałem to, czego oczekiwałem. Zwłaszcza, że ta seria zawsze była dla mnie przykładem idealnego seansu guilty pleasure. Sam więc nie wiem, jak w ogóle oceniać czerstwe żarty, których lata przydatności skończyły się przynajmniej dekadę temu. Zwłaszcza, że zawsze były one nieodłącznym elementem serii i ich brak spowodowałby, że taki seans byłby niekompletny. Może to kwestia równowagi? Przeplatanie (obiektywnie) udanego żartu z ciarkami żenady działa lepiej wtedy, gdy tworzymy je na przemian, a nie gdy jedna grupa dominuje nad drugą kilkukrotnie.
Nowy Straszny film broni się natomiast kilkoma pomniejszymi elementami, o których warto wspomnieć. Jest kilka naprawdę udanych gagów, ale nie chcę się tutaj w nie zagłębiać. Niech będą elementem niespodzianki podczas seansu, bo tak też działają najlepiej. Nieustannie bawi postać Ghostface’a, czyli wizytówki serii. Jego niezdarność z czasem sprawiła, że nie potrafię już brać tej postaci na poważnie – nawet w filmach, z których się pierwotnie wywodzi. Całkiem nieźle wypada też oryginalna obsada, choć lekko zrzucona na dalszy plan. Bracia Wayans, czyli filmowi Ray i Shorty, bawią się najlepiej ze wszystkich i ich powrót wypada całkiem naturalnie. Największym powiewem nostalgii, na którego najłatwiej było się też nabrać, zdecydowanie jest nieśmiertelny duet Brendy i Cindy. Zwłaszcza, że nawet Regina Hall i Anna Faris powróciły do swoich ról po aż dwóch dekadach!

Czy mimo wszystko czeka nas jeszcze kiedyś powrót do serii Strasznego filmu? Wspomniana wcześniej Naga Broń, choć wypaliła, wydaje się bardziej one-hit wonderem niż stałym bywalcem na salonach i tak też opisywał ją po premierze reżyser. Nadchodząca w przyszłym roku kontynuacja Spaceballs Mela Brooksa również zdaje się zwiastować pewnego rodzaju hołd dla swojego poprzednika niż pełnoprawny reboot serii. Ghostface ma jednak ogromną przewagę nad swoimi towarzyszami – nie minął tydzień od premiery, a on już mógłby przełamać wierzbową gałązkę i zapolować na kogoś w labiryncie żółtych przestrzeni liminalnych.
korekta: Anna Czerwińska
Student dziennikarstwa i absolwent PSM II stopnia. Uwielbia dyskutować o kinie i słuchać po godzinach soundtracków Williamsa czy Hurwitza. Stał się fanem Madsa Mikkelsena już wiele lat temu, a w świecie "Better Call Saul" odnalazł spokój.
