Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” – Nowy Jork znów ma swojego bohatera [RECENZJA]

Maciek Kulbat
Spider-Man: Całkiem nowy dzień
fot. „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”/ kadr ze zwiastuna

Tekst zawiera spoilery!

Zacznę od wyznania, które pomoże ustalić moje podejście do najnowszego filmu z człowiekiem-pająkiem w roli głównej. Spider-Man zawsze był i zawsze będzie najważniejszym dla mnie bohaterem komiksowym – i tak, nawet Batman przy nim wymięka. Czas na kolejne wyznanie, które biorąc pod uwagę to, co napisałem przed chwilą, może okazać się mało intuicyjne. Spider-Man: Bez drogi do domu, to najgorsze co spotkało tę postać.

Wiem, że trzecia odsłona z Tomem Hollandem w roli Petera Parkera zarobiła wszystkie pieniądze świata i ma wielu fanów, aczkolwiek dla mnie jest pustym, korporacyjnym produktem, który niewiele ma wspólnego z dziełem filmowym. Dość wspomnieć, że obraz ten całkowicie przekreśla wątki rozpoczęte w poprzedniej części, na nowo wprowadza drogę bohatera, którą Peter już odbył, a samo zawiązanie akcji stanowi najgorszy możliwy pretekst, potrzebny do wprowadzenia taniej nostalgii. Potrafili nawet popsuć zasady wymiaru lustrzanego, sprowadzając go do czystej geometrii, dzięki czemu i tak natenczas dość nudno prezentowane zdolności Doktora Strange’a okazały się jeszcze mniej spektakularne. Wreszcie samo zakończenie, które odbiera sprawczość dwóm najważniejszym postaciom w życiu pajączka, stanowiło symboliczne ukoronowanie jednego z moich największych rozczarowań filmowych XXI wieku.

Stąd na kolejną odsłonę w wydaniu współpracy Sony i MCU nie czekałem. Jednak im więcej informacji na temat czwartej części spływało do mediów, tym bardziej moja nadzieja na nowo wzrastała. Po pierwsze Jon Watts został zastąpiony na stołku reżysera Destinem Danielem Crettonem, którego film Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieniokazał się niezwykle pozytywnym zaskoczeniem, w tych jakże miałkich fazach Marvel Cinematic Universe. Po drugie wreszcie postawiono na kręcenie przynajmniej części scen w Nowym Jorku, zamiast wyłącznie przy użyciu zaawansowanych ekranów LED czy innych green screenów. Po trzecie Tom Holland miał mieć na sobie faktyczny strój, a nie jedynie cyfrowy efekt dający iluzję obecności kostiumu. Słowem, im bliżej premiery, tym bardziej mój entuzjazm wzrastał. To tyle w kwestii zarysowania mojego nastawienia, raz do samej postaci człowieka-pająka, dwa do jej filmowych odsłon pod egidą MCU. Jedyne co pozostaje, to odpowiedzieć na pytanie, czy Spider-Man: Całkiem nowy dzień faktycznie wniósł, jakże potrzebny, powiew świeżości w zatęchłe filmy Marvela.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień
fot. „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”/ kadr ze zwiastuna

Wydaje mi się, że najlepiej zacząć od tego, jak czwarta odsłona radzi sobie z dziedzictwem Bez drogi do domu – faktem, że każdy zapomniał o istnieniu Petera Parkera. Akcja Spider-Mana: Całkiem nowego dnia dzieje się około 4-5 lat po wydarzeniach swojego poprzednika. Peter wciąż pozostaje samotnym bohaterem, tęskni za Nedem, MJ i przyjaciółmi, których pozyskał podczas swojej tymczasowej działalności w Avengers. Słowem, tęskni za swoim dawnym życiem, a konkretniej za dawnym życiem Petera. Niestrudzenie postanawia pozostać w roli męczennika, doprowadzając przed wymiar sprawiedliwości wielu groźnych przestępców – pokroju Skorpiona – a jedyne połączenie jakie ma z przeszłością, to obserwowanie profilu Neda na TikToku. Ot taka namiastka, dająca poczucie chociaż minimalnego uczestnictwa w codzienności, którą miał z nimi dzielić. O ile nie jestem fanem rozwiązania z końca części trzeciej, o tyle kontynuacja wspomnianego wątku w najnowszej odsłonie stanowi jego udane zwieńczenie. Peter faktycznie utknął w przeszłości i pogłębia swoją samotność – nie sprawia wrażenia zainteresowanego szukaniem nowych znajomych, randkowaniem czy jakimikolwiek rozrywkami życia doczesnego. Kontrapunktem do zaniku egzystencji nikomu nieznanego chłopaka z Queens, jest – poniekąd – kwitnące życie Spider-Mana. Można chociażby wspomnieć jego współpracę z przyjazną detektyw NYPD, Jean DeWolff. Co więcej, otrzymuje klucze do miasta w ramach podziękowań, a jego sława i sympatia ze strony mieszkańców Nowego Jorku nieustannie rosną.

To stwarza ciekawy dialog między podwójnym życiem bohatera – jednym, które przygasa i drugim, które wzrasta. Konflikt wynikający z podwójnego życia Petera Parkera przywodzi na myśl ten ze Spider-Mana 2 Sama Raimiego. W nim rozdarcie między jednym a drugim życiorysem było prowodyrem do konfliktu egzystencjalnego, tutaj natomiast wiąże się ze wspomnianą już samotnością i walką pomiędzy sztucznym pozostaniem w przeszłości a ruszeniem naprzód. Motyw ten został również świetnie wpisany w mutujące ciało Spider-Mana, którego nie potrafi kontrolować. Zatem samotność i konieczność pogodzenia się z przeszłością zostają bezpośrednio tematyzowane w „przemianie” Petera, który usilnie stara się cofnąć zmiany. Pomimo że taki wątek w blockbusterze nigdy nie znajdzie należytego pogłębienia i skomplikowania – w końcu mówimy przede wszystkim o kinie rozrywkowym, więc pewna umowność i skrótowość tego typu tropów zawsze jest wpisana w taki rodzaj kina, co nie jest wadą – wciąż jednak boli fakt, że tak istotny element całej opowieści zostaje dość szybko „tymczasowo załatwiony”, by powrócić dopiero w finale. A przecież twórcy ewidentnie zdają sobie sprawę z wagi motywu, dlatego w końcowych partiach filmu na nowo wysuwa się on na pierwszy plan, umożliwiając rozwiązanie konfliktu z główną „antagonistką”, co uważam za świetne posunięcie.

Więc dlaczego porzucamy go na tyle czasu? Nie mam pojęcia. Zwłaszcza, że postać Sadie Sink podziela konflikty pajączka. Stąd pomysł na zakończenie, które przywodzi na myśl Thunderbolts, tylko całe szczęście bez niepotrzebnej i sztucznej globalnej skali, wypada bardzo dobrze. Aczkolwiek wspomniane „tymczasowe załatwienie” we wcześniejszych partiach filmu spłaszcza jego wydźwięk, przez co podbudowanie do finału nie jest odpowiednio przeprowadzone. Denerwuje to tym bardziej, ponieważ postać Sadie Sink, raz, że zagrana świetnie, dwa, jest po prostu dobrze napisaną bohaterką, nawet jeśli ostatecznie dość skrótowo. Cieszy fakt, że stanowi ona coś więcej aniżeli prostą antagonistkę. Z jednej strony, wściekła, arogancka i potężna, wykorzystująca wszelkie sztuczki, jakimi dysponuje, by osiągnąć zamierzony cel. Jak zdradzał sam zwiastun, potrafi ona przejmować kontrolę nad ludźmi w promieniu kilku metrów od siebie i przeskakiwać z osoby na osobę, przywodząc na myśl motyw z filmu W sieci zła. Chociaż bohaterka, w którą wciela się Sadie Sink, nie jest demonem, w jednej scenie ewidentnie takowego przypomina. W pewnym momencie, gdy MJ i Spider-Man stoją na dachu, podciąga jego maskę i mówi, że zna sposób, który może obudzić w niej uśpione wspomnienia. Całują się, a ona mówi: „Peter?”. Ten zaczyna płakać ze szczęścia, przesiąknięty ulgą, że dzięki potędze miłości przypomniała sobie kim jest. Tyle że to wcale nie jest MJ. Po chwili drwi z niego, że uwierzył, iż pocałunek prawdziwej miłości przywróci MJ pamięć. To smutny moment, który stanie się słodko-gorzki, gdy porozmawiają o tym szczerze nieco później. Przytoczona scena świetnie obrazuje możliwości manipulacyjne bohaterki oraz fakt, że nie cofnie się absolutnie przed niczym, by dopiąć swego. Z drugiej strony kiedy poznajemy powód jej działań bardzo szybko zyskuje ona nowy wymiar – to nie „zła” antagonistka, którą należy pokonać w finale, to samotna i pogubiona dziewczyna.

Przeczytaj również:  Powiedz mi, co tworzysz. Kino-sztuka Łukasza Rondudy | Retrospektywa | Nowe Horyzonty 2026
Spider-Man: Całkiem nowy dzień
fot. „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”/ kadr ze zwiastuna

Strona techniczna filmu spod znaku MCU, wreszcie – po tylu latach katorgi – pozytywnie zaskakuje. Wiele scen zostało nakręconych w Nowym Jorku, a nie przed wielkim ekranem, na który następnie nałożona zostanie panorama miasta. Dom pajęczego bohatera, po raz pierwszy w historii filmów z Hollandem, stał się nie tylko namacalnym miejscem akcji, a faktyczny bohaterem zbiorowym. Naprawdę żałuję, że dopiero na etapie czwartego filmu tak ważny element w historiach o Spider-Manie, jakim jest Nowy Jork, wreszcie zaistniał. Nie chodzi tylko o lepsze zaprezentowanie uliczek miasta, jego różnorodnej topografii, ale o uwzględnienie ludzi w nim mieszkających.

Pod względem reżyserii Destin Daniel Cretton ewidentnie odrobił pracę domową. Latanie Spider-Mana po mieście przypomina ujęcia z produkcji Raimiego, które łączyły dynamiczną, podążającą za bohaterem kamerę, ze statyczną perspektywą zwykłego obywatela, która pokazywała zniewalającą nadnaturalność człowieka-pająka. Dodatkowo Cretton przeplata te sekwencje ujęciami POV z Niesamowitego Spider-Mana. Sceny z odwróconą perspektywą, gdy Peter siedzi do góry nogami, ale nakręcone jest to tak, że miasto wciąż znajduje się nad bohaterem, zostało wprost wyjęte z Spider-Mana: Poprzez multiwersum. Z kolei w niektórych sekwencjach walki, zwłaszcza w tej z ochroniarzami więzienia, Peter walczy i porusza się dokładnie tak, jak w grach wyprodukowanych przez Insomniac Games. Słowem, Cretton postanowił zaczerpnąć to, co najlepsze z niemalże każdej audiowizualnej odsłony przygód pająka, aczkolwiek nie wytracił przy tym swojego stylu, czego niech koronnym przykładem będzie inscenizowanie walk w kameralnych, wąskich przestrzeniach – jak w Shang-Chi i legendzie dziesięciu pierścieni – gdzie topografia i absolutnie każdy element otoczenia ma kluczowe znaczenie dla rozwoju akcji. Widać również, że reżyser, tak jak w Shang-Chi, tak i tutaj, wciąż zdaje się interesować kinem wuxia, którego minimalną namiastkę dostajemy w pojedynku Petera z The Hand.

Muszę przyznać, że najbardziej obawiałem się tego, jak wypadną powiązania z szerszym światem MCU, zwłaszcza dokooptowanie Punishera. Ku mojemu zdziwieniu wszystkie sceny zawierające mściciela są świetne, a bromance między nim a Spider-Manem wniósł powiew świeżości do samej konstrukcji Punishera, na którego naprawdę brakowało już pomysłu. Jasne, wątki utraty rodziny i PTSD to kluczowe fundamenty dla tej postaci, ale mielenie ich dosłownie w każdej produkcji traktującej o Punisherze było błędem. Dlatego cieszy mnie to, co dzieje się z nim w tym filmie. Gorzej natomiast wypadają inne powiązania z przepastnym światem Marvela, zwłaszcza cameo Yeleny, łącznie z jej „biurem”. Hulk jest dla mnie problematyczny. Z jednej strony starcie między nim a Peterem jest dobrze zrealizowane, z drugiej lepiej by działało w narracji filmu, gdyby podczas niego Spider-Man stracił kontrolę nad sobą, by podbudować stawkę wspomnianego już tematu mutacji.

Wróćmy do sceny pocałunku. Zapowiada ona jeden z istotniejszych wątków całości – rozliczenie się z dziedzictwem poprzedniej części – i muszę powiedzieć, że pomysł, na jaki zdecydowali się scenarzyści wraz z reżyserem, uważam za genialny. Wydaje się, że motywy MJ i potencjalnego powrotu dawnej miłości to najważniejsze aspekty dawnego życia Petera. Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście to wciąż ważny element opowieści, ale twórcy decydują się na niezwykle dojrzałe rozwiązanie tej relacji, którego po takim filmie rozrywkowym naprawdę się nie spodziewałem. Po scenie konfrontacji Petera i MJ, dziejącej się niedługo po feralnym pocałunku na dachu, odnosimy wrażenie, że kwestia dawnego życia bohatera dobiegła końca. Doskonale pamiętam, jak na tym etapie siedząc w kinie, miałem jedną myśl w głowie – czemu relacja z Nedem została aż tak zmarginalizowana, przecież to zawsze chodziło o trójkę przyjaciół, a nie jedynie o związek Petera z ukochaną, ba, w pierwszej części przygód z Hollandem, to właśnie element przyjaźni z Nedem wysuwa się na pierwszy plan. Całe szczęście Destin Daniel Cretton wraz ze scenarzystami momentalnie zaadresowali rodzący się w mojej głowie zarzut. Po wspomnianej konfrontacji z dawną ukochaną Spider-Man „odwozi” ją do mieszkania, a ona zaprasza go do góry, by poznał Neda. Po chwili widzimy ujęcie, jak wszyscy przesiadują razem w salonie, Peter z Nedem układają klocki LEGO (zestaw z Gwiezdnych wojen, co stanowi nawiązanie do części pierwszej), cytują ulubione filmy. Jest to zdecydowanie najcieplejsza scena w filmie – ot, obserwujemy kumpli, którzy po prostu siebie potrzebują. Zresztą MJ podczas wspólnych żartów zauważa, że ci dwaj rzeczywiście wyglądają na najlepszych przyjaciół, choć Ned nie ma pojęcia, że kiedykolwiek znał Spider-Mana; żartują i śmieją się tak, jak potrafią tylko starzy przyjaciele.

Przeczytaj również:  Miej serce i patrzaj w serce – „Niespodziewane” | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026
Spider-Man: Całkiem nowy dzień
fot. „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”/ kadr ze zwiastuna

I to właśnie ta scena sprawiła, że Spider-Man: Całkiem nowy dzień całkowicie mnie do siebie przekonał. Wynika to przede wszystkim z tego, że stanowi ona wybitne podsumowanie tematu samotności i potrzeby przyjaźni. Co więcej, podbudowuje finalną sekwencję obrazu, dzięki czemu zyskuje ona pełny emocjonalny wymiar. Na samym końcu filmu Peter zauważa Neda siedzącego w kawiarni, podchodzi i wyciąga rękę na powitanie. Wykonują swój specjalny uścisk dłoni, dokładnie taki sam, jak zawsze. Na twarzy Neda powoli pojawia się błysk zrozumienia, wykrzykuje „Peter!” i wchodzą napisy końcowe. To było jedno z tych idealnych, emocjonalnie przejmujących zakończeń filmu, które sprawiają, że wszystko, co wydarzyło się wcześniej, działa lepiej i układa się w idealną całość. Działa to też jako świetny kontrapunkt do wszystkiego, co dotyczy Spider-Mana. Na przestrzeni całej opowieści wielokrotnie jesteśmy świadkami tego, jak mieszkańcy Nowego Jorku cenią sobie ich bohatera z sąsiedztwa. Obserwujemy wiele ujęć, kiedy wyrażają oni słowa wsparcia, przyjaźni czy pewnej formy miłości. Ba, występują w tym filmie sceny, kiedy Peter, bez kostiumu, również jest tego świadkiem. O ile sekwencje te, pełne ciepła i nadziei, rozczulają, o tyle uderza brak jakkolwiek tożsamych ujęć względem samego Petera. Dlatego pod względem strukturalnym, umieszczenie podsumowania wątku z najlepszym przyjacielem jako dosłownie ostatniej sceny w filmie jest genialnym posunięciem. Po prostu jest coś magicznego w tym, kiedy Ned uświadamia sobie prawdę w momencie, gdy kończą ten skomplikowany, tajny uścisk dłoni. To stanowi serce filmu. Nie dziewczyna, nie pocałunek, nie to, za czym Peter wzdychał przez te wszystkie lata, tylko przyjaźń. Głęboka więź, której nawet czary Strange’a nie potrafią wyplenić.

Napisy końcowe, prezentujące Nowy Jork i jego mieszkańców, niezwykle mnie zaskoczyły. Zamiast klasycznie zrealizowanych creditsów, obserwujemy toczące się życie miasta, zakorkowane ulice, ludzi grających w szachy. W sekwencji tej Cretton stworzył laurkę dla Nowego Jorku, a całym filmem udowodnił, że rozumie kim jest Spider-Man i co stanowi serce tej postaci. Spider-Man: Całkiem nowy dzień to zdecydowanie najlepszy film o przygodach człowieka-pająka w MCU i druga, po Spider-Manie 2 Sama Raimiego, najlepsza odsłona live-action, jaka kiedykolwiek powstała.

korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Krytyka i analiza filmowa to jego konik i największa pasja. Fan kina autorskiego i artystycznego, jednak jego największą miłością są śmieciowe filmy klasy B i niżej, ponieważ to właśnie one stanowią sens kina i nie sposób ich nie kochać.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.