10 najbardziej oczekiwanych filmów 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych [ZESTAWIENIE]
Pierwsze dni jesieni zawsze łączą się z wielkim świętem polskiego kina. W dniach 21-23 września odbędzie się 51. edycja Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Przed nami kilkadziesiąt filmów w kilku sekcjach, nazwiska dobrze znane i całkowicie świeże. W Konkursie Głównym znalazło się 16 tytułów, w tym nowe dzieła Pawła Pawlikowskiego, Agnieszki Smoczyńskiej, Jana Holoubka, Piotra Domalewskiego czy Łukasza Rondudy, a także 5 debiutów. Z kolei Konkurs Perspektywy, który po 2 latach wrósł w tkankę festiwalu, to aż 7 pełnometrażowych debiutów fabularnych i 1 drugi film reżysera.
Jak co roku, zanim spakujemy walizki na pociąg do Gdyni, dzielimy się z Wami tytułami, na które czekamy najbardziej. I choć nie był to zabieg zamierzony, nasze zestawienie – oprócz nowego filmu Holoubka – składa się z samych debiutanckich tytułów.
ÒPI, reż. Marta Giec

Horrory mają szczególnie miejsce w moim sercu, a już zwłaszcza , jeżeli za kamerą stoi kobieta. Drugi pełnometrażowy film Marty Giec sięga do kaszubskich legend (samo słowo „òpi” znaczy po kaszubsku „upiór”), obudowując wokół nich duszny horror psychologiczny. Główna bohaterka, Trina, próbuje wyprowadzić się od toksycznej matki. Na drodze ku wolności stają jednak inne, spokrewnione z nią kobiety – ciotka i babcia. Zgodnie z obietnicami dystrybutora i samej reżyserki, zafascynowanej realizmem magicznym, rzeczywistość ma mieszać się z elementami fantastycznymi. Wymieniane przez twórczynię inspiracje, czyli filmy Ariego Astera i Romana Polańskiego, każą spodziewać się atmosfery niesamowitości i freudowskiego „unheimlich” – elementów wypartych ze świadomości, które zaczynają materializować się w rzeczywistości. Są to zaiste mocne obietnice i bardzo trzymam kciuki, aby zostały spełnione. Horror już jakiś czas temu zajął miejsce romansu w portretowaniu doświadczeń kobiecości i jestem bardzo ciekawa połączenia mało eksploatowanego folkloru z trudnymi relacjami rodzinnymi między kobietami.
Irena Kołtun
Fluidy, reż. Maria Wider

Queerowe kino najbardziej interesuje mnie wtedy, kiedy zamiast tłumaczyć nienormatywną tożsamość, pozwala jej po prostu istnieć – rozwijać się, zmieniać, eksperymentować i sprawdzać kolejne możliwe wersje siebie. Dlatego z dużą ciekawością, ale też odrobiną ostrożności czekam na Fluidy, pełnometrażowy debiut Marii Wider. Bohaterami filmu są nastoletnia Nina i młodsze, niebinarne Miki, którzy podczas wakacji na Mazurach spotykają się z dawno niewidzianym ojcem. Już sam tytuł kieruje moje oczekiwania w stronę tego, co w opowieściach o dorastaniu lubię najbardziej – płynności jako stanu, w którym nic nie musi być jeszcze ostateczne, a własną tożsamość można negocjować, testować i nieustannie przepisywać. Jednocześnie martwi mnie perspektywa kolejnej historii, w której nieheteronormatywne doświadczenie musi zostać okupione cierpieniem, rodzinnym konfliktem i koniecznością walki o prawo do bycia sobą. Tych opowieści mieliśmy już sporo. Znacznie bardziej czekam na afirmację i celebrację: queerowość potraktowaną jako możliwość poszerzenia świata i znalezienia w nim własnego miejsca. Liczę na to, że bohaterzy Fluidów nie tylko będą mierzyć się z rzeczywistością, ale także poznają przyjemność z jej przekraczania.
Magda Wołowska
Czas, który nie nadszedł, reż. Julia Rogowska

Co, jeśli pewnego dnia starość stanie się czymś, czego społeczeństwo nie będzie już akceptować? Właśnie od takiego pytania wychodzi Julia Rogowska w swoim pełnometrażowym debiucie. W świecie Czasu, który nie nadszedł można zatrzymać młodość dzięki kuracji antygeriatrycznej, ale rezygnacja z niej oznacza coś więcej niż zgodę na naturalne starzenie. Sara wybiera przemijanie, Oskar – młodość. Kiedy spotykają się po latach, różnica między nimi staje się nie tylko kwestią wyglądu, ale też wyboru sposobu życia. To świeży punkt wyjścia dla polskiego kina gatunkowego, szczególnie że Rogowska nie zatrzymuje się na samej dystopijnej wizji. Za pomysłem na przyszłość kryje się historia dwojga ludzi, którzy muszą sprawdzić, czy uczucie może przetrwać decyzję całkowicie zmieniającą ich relację. Jest tu więc miejsce zarówno na science fiction, jak i kino psychologiczne. A debiutantka dostaje do dyspozycji obsadę, której trudno nie być ciekawym: Agatę Kuleszę, Dobromira Dymeckiego, Michalinę Łabacz i Bartosza Bielenię. To jeden z tych filmów, przy których najbardziej chce się sprawdzić, czy mocny koncept rzeczywiście przekłada się na dobre kino.
Jakub Nowociński
Flesh and fuel, reż. Pierre Le Gall

Życie zawodowych kierowców ciężarówek rzadko staje się centrum filmowej opowieści, a jeśli już – zazwyczaj służy za tło dla dramatu o wyzysku i zmęczeniu. Pierre Le Gall w swoim francusko-polskim projekcie idzie jednak w zupełnie innym, niezwykle ożywczym kierunku. Flesh and fuel to queerowa historia miłosna osadzona w niemiejscach: na parkingach przy autostradach, w magazynach i na przejściach granicznych. Główny bohater, Étienne (Alexis Manenti), spotyka tam polskiego kierowcę Bartosza, w którego wciela się Julian Świeżewski – jeden z moich ulubionych polskich aktorów, nieustannie zachwycający zarówno na ekranie, jak i w teatrze. To zderzenie rezygnacji z wciąż żywym pragnieniem szczęścia przyniosło filmowi prestiżową Queer Palm Revelation Prize na tegorocznym festiwalu w Cannes, gdzie produkcja debiutowała w sekcji Semaine de la Critique. Jury doceniło twórców za dostrzeżenie czułości w środowisku, do którego kino wciąż zagląda niezwykle rzadko. Polsko-francuska koprodukcja, świetny start na międzynarodowych festiwalach i aktorski duet Manenti–Świeżewski składają się na jeden z najbardziej intrygujących punktów tegorocznego programu w Gdyni.
Jakub Nowociński
SICK, reż. Agata Trzebuchowska

Pełnometrażowy debiut, znanej z Idy Pawła Pawlikowskiego, Agaty Trzebuchowskiej to historia coming of age powoli zmieniająca się w horror. Film ma mieć światową premierę na Fantastic Fest w Austin – jednym z najważniejszych festiwali kina gatunkowego na świecie, gdzie debiutowały takie obrazy, jak John Wick czy Uśmiechnij się. O samym filmie obecnie właściwie trudno znaleźć coś więcej niż opis dystrybutora, co tylko zaostrza apetyt. Główny bohater Maks powraca wraz z siostrą do domu swojej babci, w którym spędzał co lato sielskie wakacje na łonie natury. Okoliczności są jednak inne: babcia jest chora i ledwo kontaktuje, mazurska wieś bardzo się zmieniła, a wszystko to, co Maks znał, zdaje się rozpadać wraz z jego osobowością. Koniec dzieciństwa, śmierć, inicjacja seksualna to tematy kłębiące się na dnie świadomości, idealne do eksploracji w horrorze. Z takim zestawem tematycznym można pójść w wielu różnych kierunkach i jestem bardzo ciekawa, którą drogą podąży reżyserka.
Irena Kołtun
EXOTIC, reż. Sonja Orlewicz-Zakrzewska

Kilka osób, jedno miejsce i kilka intensywnych dni – kino nieraz pokazywało, ile może z tego wyniknąć. Ograniczona przestrzeń sprzyja zacieśnianiu relacji, konfliktom i niespodziewanym sojuszom. W EXOTIC Sonja Orlewicz-Zakrzewska zabiera nas na letni obóz exotic pole dance, gdzie trzydziestoletnia Mila trafia w sam środek nowego dla siebie środowiska. Ciekawi mnie przede wszystkim sama galeria bohaterek i bohaterów, którzy spotykają się na wyjeździe – wyobrażony przeze mnie świat exotic pole dance prosi się o barwne, niejednoznaczne postaci. A do ich zagrania zmontowano tu dobrą ekipę. Milę gra Jaśmina Polak, którą znam przede wszystkim ze świetnych ról teatralnych i której brakuje mi na srebrnym ekranie (szczególnie w głównych rolach). Jest też Magdalena Koleśnik – jedna z moich ulubionych aktorek, która dała już za sobą zatęsknić. W obsadzie znaleźli się też Monika Frajczyk, Karolina Kowalska, Bartosz Bielenia i Hubert Miłkowski. Film miał premierę na tegorocznych Nowych Horyzontach, gdzie wzbudził spore zainteresowanie publiczności i spotkał się z ciepłym przyjęciem. Mnie na seans (mimo usilnych prób) nie udało się dostać, co tylko zaostrzyło apetyt na seans w Gdyni.
Jakub Nowociński
Czarna godzina, reż. Filip Bojarski

Pierwsze moje skojarzenie po przeczytaniu opisu Czarnej godziny to filmy Stanisława Barei, te sprzed Misia, z lat 70.: Poszukiwany, poszukiwana, Brunet wieczorową porą, Niespotykanie spokojny człowiek. Są to tego rodzaju komedie, w których bohater, zmuszony sytuacją społeczno-rodzinną, rozpoczyna peregrynację, spotykając na swojej drodze różne typy ludzkie. Pozwala to z jednej strony na stworzenie sytuacji komicznych, z drugiej zaś na zarysowanie szerszej panoramy społecznej. Debiut Filipa Bojarskiego wydaje się startować od podobnego pomysłu. Oto dwie nauczycielki, prywatnie para, tracą wynajmowane mieszkanie i muszą szybko rozejrzeć się za nowym lokum. Ich poszukiwania nastręczają okazji do spotkań z wynajmującymi i innymi zdesperowanymi najemcami, co obiecuje satyrę na jeden z najbardziej palących i antagonizujących problemów społecznych, jakim jest patomieszkaniówka. Film miał już swoją premierę na tegorocznych Nowych Horyzontach i wydaje się, że przeszedł bez większego echa. Liczę na to, że na tegorocznym święcie polskiego kina wybrzmieje lepiej i wzbudzi dyskusje, na jakie już sam temat niewątpliwie zasługuje. A jak wszyscy dobrze wiemy: nic nie prowokuje w polskim kinie lepszych dyskusji niż porządne satyry.
Irena Kołtun
Violetta Villas, reż. Karolina Bielawska

Violetta Villas była zjawiskiem tak przeskalowanym, że polska rzeczywistość wydawała się dla niej za mała. Głos, burza włosów, cekiny, futra, Las Vegas i kolejne historie narastające wokół największej estradowej gwiazdy w historii polskiej muzyki, składały się na sceniczną personę, w której trudno dziś oddzielić prawdę od autokreacji. Chyba właśnie dlatego Villas jest tak wdzięczną, ale też ryzykowną bohaterką filmu biograficznego. Jej życie łatwo zamknąć w dobrze znanej historii wielkiego talentu, spektakularnej kariery i jeszcze bardziej spektakularnego upadku. Najbardziej interesująca wydaje się Villas jako performerka świadomie produkująca mit o samej sobie. Artystka, która na długo przed erą popowych alter ego zrozumiała, że ikoną nie wystarczy być – trzeba ją jeszcze stworzyć, ubrać, ucharakteryzować i konsekwentnie odgrywać. Tym bardziej ciekawi mnie, co zrobi z nią Karolina Bielawska i jak w roli gwiazdy odnajdzie się Sandra Drzymalska. Biografie wybitnych i ekscentrycznych kobiet zbyt często każą im płacić za ambicję, niezależność i przekraczanie norm opowieścią o samotności, uzależnieniu i cierpieniu. Mam więc nadzieję, że za dramatem nie zniknie to, co w Villas fascynujące najbardziej: eksces, sztuczność, glamour, kicz i oddanie widowisku.
Magda Wołowska
Dziki, dziki wschód, reż. Jan Holoubek

Choć Dziki, dziki wschód będzie dopiero trzecim pełnometrażowym filmem Jana Holoubka, trudno mówić o nim jako o reżyserze, który dopiero buduje swoją pozycję. Renomę wypracował przede wszystkim serialami, w których konsekwentnie udowadniał, że doskonale panuje nad dużą, wielowątkową opowieścią – od Rojsta, przez chyba najlepszą Wielką wodę, aż po zeszłorocznego Heweliusza. Po drodze były też 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy i Doppelgänger. Sobowtór, który mimo pięciu nagród w Gdyni pozostaje największym zawodem w jego karierze. Żaden z jego dotychczasowych projektów nie brzmiał jednak na papierze tak ciekawie jak Dziki, dziki wschód. Holoubek po raz pierwszy porzuca szaro-bury PRL i rzeczywistość transformacji, by cofnąć się do mroźnej zimy 1943 roku. Nie będzie to jednak kolejny film wojenny, lecz polski western: do małego miasteczka na wschodzie przybywa tajemniczy urzędnik z Berlina, a pogłoska o zaginionym złocie uruchamia lawinę podejrzeń, sekretów i walki o przetrwanie. Gatunek westernu daje tu ogromne możliwości. Można czerpać z jego ikonografii, archetypów i napięcia, ale też igrać z konwencją i przenosić ją na zupełnie nieoczywisty, polski grunt. Jest w tym potencjał zarówno na widowiskowe kino gatunkowe, jak i czarną komedię. Dziki Zachód znamy z kina bardzo dobrze, ale polski Dziki Wschód wciąż pozostaje słabo wyeksplorowanym terytorium. Ostatnio próbował się na nim odnaleźć Maciej Bochniak w Magnezji – filmie nierównym, ale zdecydowanie ciekawszym, niż sugerowało wiele ówczesnych recenzji. Tym bardziej ciekawi, co z tej konwencji wyciśnie Holoubek.
Jakub Nowociński
Mroki, reż. Bartosz Szyszko

Bartosz Szyszko w swoim pełnometrażowym debiucie wrzuca młodego studenta aktorstwa w środek psychodelicznego programu telewizyjnego, w którym stawką staje się miłość jego życia. Rzeczywistość zaczyna się tu mieszać z ekranową iluzją, a granica między grą a moralnym upadkiem szybko się zaciera. Polskie kino rzadko sięga po psychodelię czy realizm magiczny, dlatego sam wyjściowy koncept brzmi niebanalnie. Co ciekawe, Szyszko od lat prowadzi szkołę filmową i pracuje z adeptami sztuki aktorskiej, więc opowieść o zatraceniu w roli zyskuje tu dodatkowy, autotematyczny kontekst. Dużym atutem tej opowieści może być też główny duet aktorski – Martyna Byczkowska i Hubert Miłkowski w ostatnich latach konsekwentnie udowadniają, że potrafią udźwignąć skomplikowane, niejednoznaczne role. Jeśli mroczny finał dotrzyma kroku obietnicom scenariusza, możemy dostać jeden z ciekawszych debiutów tego festiwalu.
Jakub Nowociński
Korekta: Jan Brzozowski
Tekst powstał w ramach współpracy partnerskiej z Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych.