Kto strzeże filmowców? – nowe podejście do “Strażników” Alana Moore’a

kadr z filmu “Watchmen”

Pod koniec XX wieku, za sprawą “Batmana” Tima Burtona filmy o superbohaterach znów rozgrzały serduszka producentów filmowych, motywując ich tym samym do poszukiwania kolejnego kasowego hitu. Była to końcówka lat 80-tych, a z ust fanów komiksów wciąż nie schodziło jedno imię – Alan Moore.

Strażnicy (Watchmento jeden z kamieni milowych komiksowego światka. Niemal natychmiast po publikacji pierwszego zeszytu czytelnicy zrozumieli, iż znany im koncept superbohatera został przewrócony do góry nogami. Moore szczerze nienawidził superbohaterów (a na koncie ma m. in. otoczony kultem Zabójczy Żart czy Kapitana Brytanię), więc potraktował ich w najgorszy możliwy sposób – zrobił z nich śmiertelników. Strażnicy to bardzo nietypowy komiks, osadzony w brutalnej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych na krawędzi nuklearnej wojny, gdzie polityka, ludzie, morale, ulice i wreszcie – bohaterowie są obrzydliwi, odpychający i godni pożałowania. Moore stworzył własny “zespół” superbohaterów, wzorując się na Avengersach czy Justice League, lecz samą historię umieścił w momencie, gdy grupa ta dawno straciła szacunek społeczeństwa i dawną świetność. Całą aferę rozpoczyna zaś tajemnicza śmierć jednego z upadłych bohaterów…

Ale ten tekst nie jest o tym – historia Strażników jest warta całego eseju biorąc pod uwagę niesłychaną ilość detali i fabularnych niuansów, które Moore wplótł wraz z artystą Gibbonsem. Jest to historia warta poznania i nie rzeknę ni słowa, by jej wam zepsuć (i tak, Snyder odwalił kawał dobrej roboty, ale jedynie pokazał czubek góry lodowej). Ważna jest tu wersja filmowa – w tym momencie warto wrócić do wspomnianej końcówce lat 80-tych, bowiem wtedy to Terry Gilliam – członek legendarnej grupy Monty Python – porzucił projekt adaptacji filmowej Strażników, twierdząc przy tym, że ów materiał jest “niemożliwy do sfilmowania”. Gilliam jako reżyser znany z twórczych, niesłychanie napakowanych filmową ekspresją filmów musiał zrezygnować twierdząc, iż Strażnicy nadają się jedynie na srebrny ekran, w formie serialu. Trudno się z nim nie zgodzić, biorąc pod uwagę prawdziwą lawinę informacji zawartych w komiksie – Moore nie tylko ograniczył się do napisania scenariusza, on także napisał rozdziały książki, o której w komiksie się wspomina, a która jest też wydrukowana wewnątrz komiksu! Jest tam też przedstawiony cały komiks Czarny korsarz wewnątrz samego komiksu! Moore zabawiał się z materiałem jak tylko mógł, a wynikiem jest historia tak wielowątkowa, tak skomplikowana i tak niesłychanie ludzka, że niemożliwością jest wręcz zamknięcie jej w biednych dwóch godzinach charakteryzujących typowy film. Lecz ostatnimi czasy HBO podjęło się wyzwania.

HBO podjęło się wyzwania wprowadzenia na serialowy rynek historii opowiedzianej już wcześniej przez Zacka Snydera, która ma być przedstawiona w zupełnie inny, mniej kanoniczny i różniący się od komiksu sposób. Zapewne wszystkim fanom twórczości Moore’a po poznaniu tej informacji stanęło serce z przerażenia, ale nie powinni mieć oni w tym momencie powodów do obaw. A przynajmniej nie ci twardogłowi, dla których zmiana koloru kostiumu jest już zbeszczeszczeniem oryginału.

Za przygotowanie całego konceptu oraz scenariusza wziął się bowiem prawdziwy fachowiec, twórca seriali Lost The Leftovers – Damon Lindelof. O pierwszej produkcji chyba napisano już wszystko. Dosłownie cały świat oszalał po tym, gdy pokazano pierwszy odcinek, w którym czterdziestu ośmiu pasażerów lotu 815 z Sydney do Los Angeles linii Oceanic Airlines wylądowało po katastrofie na tajemniczej wyspie. Zaś drugie dziecko Lindelofa, spłodzone razem z HBO, przeszło bez większego szumu, mimo że przez wielu krytyków zostało okrzyknięte najwspanialszym dziełem tego dziesięciolecia. Opowieść o zniknięciu 2% ludzkości z powierzchni globu była bolesnym wniknięciem w głąb ludzkich traum i bolączek, w których wciąż walczyły ze sobą nadzieja z potrzebą autodestrukcji.

Seriale wychodzące spod ręki Lindelofa charakteryzują się skomplikowaną warstwą fabularną oraz świetnie napisanymi pod względem charakterologicznym bohaterami. Nie dość, że historie sensownie układają się w całość, to jeszcze pojawiają się pojedyncze odcinki, które można oglądać bez ustanku. Tragizm miesza się z komizmem, a WIELKIE SPRAWY z przyziemnymi problemami. Ale co najważniejsze – nigdy nie wiadomo, czy wydarzenia są przedstawiane w sposób realistyczny, czy może są senną marą, a może jeszcze chichotem Boga. Bo trzeba powiedzieć jasno, że Lindelof nie boi się dotykać spraw ostatecznych, jednakże robi to z takim wyczuciem, że nadbudowa metafizyczna zawsze jest lekkostrawna i chętnie później omawiana przez widzów.

W kontekście Strażników powstaje pytanie, czy oczekujemy wiernego przeniesienia na ekran historii napisanej przez Moore’a, czy może jednak fantazji utrzymanej w duchu pierwowzoru. HBO zapowiada drugą opcję, co może okazać się ciekawszym rozwiązaniem. Wprawdzie enigmatycznie zapowiedziany trzon fabularny – historia grupki policjantów z Oklahomy – to zaledwie muśnięcie komiksu Brytyjczyka, ale za to jakie stwarza pole do popisu dla twórców! Ekranizacje zawsze stwarzały okazję do ataków ze strony “prawdziwych” fanów, ale były również gorsetem ograniczającym swobodę artystyczną. Zresztą przy tworzeniu The Leftovers Lindelof bazował na książce Toma Perrotty o tym samym tytule, więc pokazał już, w jaki sposób potrafi obchodzić się z literackim pierwowzorem.

Warto zatem spokojnie poczekać i nie ekscytować się doniesieniami o możliwym odejściu od głównej osi fabularnej w Strażnikach. Damon Lindelof już tyle razy zaskakiwał, że podana historia może okazać się zasłoną dymną, a nawet jeżeli nie, to przygotowany przez niego serial na pewno powinien mieć wiele do zaoferowania. Zresztą stacja HBO zapewnia dobrą jakość, także to może być kolejny kamień milowy w historii telewizji, tak jak wcześniejsze dzieła tego utalentowanego twórcy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.