Smętarz dla zwierzaków

“Smętarz dla zwierzaków” – Król wykastrowany [RECENZJA]

Jako nastolatek uwielbiałem książki Stephena Kinga – do dziś pamiętam, jak przeciskając się przez ciasno zapchaną regałami bibliotekę na kompletnym zadupiu zauważyłem tytuł „Worek Kości”, który rozpoczął moją fascynację literaturą grozy. Książka ta – nie udawajmy – była dziadowska i nie pamiętam z niej nic, ale przez kilka kolejnych lat pochłaniałem najbardziej znane tytuły samozwańczego „króla horroru” – Carrie, Stukostrachy, Miasteczko Salem, Wielki Marsz oraz wreszcie Smętarz dla zwierzaków. Z pewnych powodów zapadła mi ona w pamięć, a teraz dane mi było przysiąść i obejrzeć najnowszą adaptację tej znanej powieści, licząc przy tym na coś oryginalnego, a nie pozbawione wyrazu badziewie o zmarnowanym potencjale, jakim była poprzednia adaptacja prozy Kinga – To.

Zobacz również: „Eighth Grade”, czyli szatan z ósmej klasy [RECENZJA]

Słowo o prozie Kinga – jego książki bardzo ciężko przenieść na ekran w niezmienionej formie, o czym świadczy fakt, iż najlepszą adaptacją jego powieści pozostaje Lśnienie Kubricka, które – ironicznie – wiele z książką wspólnego nie ma, a nawet sam pisarz nie szczędził jadu pod adresem wizjonerskiego reżysera. King pisze źle, ale ma talent do tworzenia napięcia – jego książki to setki stron wypełnionych bezsensownym bełkotem, lecz każdy rozdział kończy się zaskakująco, co sprawia, że czytelnik chce znać dalszy ciąg, więc katuje się kolejnymi stronami, aż w końcu wszystko staje się jasne. Reżyser staje więc przed ciężkim zadaniem – jak zamienić bełkot stanowiący 80-90% fabuły w coś faktycznie przerażającego?

Smętarz dla zwierzaków

Kubrick zrobił to dzięki doskonałemu aktorstwu, nowatorskim ujęciom i przerażającej muzyce. A twórcy Smętarza dla zwierząt? Skopiowali pomysły Kubricka, pozbawiając ich jednocześnie każdej wartościowej cechy. Smętarz to niejako oryginalny film zespolony z Lśnieniem i zakopany w przeklętej ziemi, by teraz straszyć jako niekompetentne zwłoki na salach kinowych.

Dla nieznających tematu – Smętarz opowiada o szczęśliwej rodzinie, zaznającej spokoju na wsi po intensywnym życiu w mieście. Ojciec – doktor, Matka – kura domowa, dzieciaki – urocze bachory. No i kot. W ramach tradycji horroru pierwszą ofiarą jest czarnoskóry młodzieniec, potem zaś wspomniany kot. Stary dziad nr. 258141231 zabiera naszego doktora do specjalnego miejsca w lesie, które wygląda straszno i mroczno, straszne dźwięki w lesie, pieruny spadające z nieba, mgłaaaaa. Ćmiący szluga stary mędrzec każe doktorkowi zakopać sierściucha, a dnia następnego kot powraca, ale jest… inny. Popuściliście już w gacie?

Zobacz również: „Gra o tron”: Najważniejsze informacje z 7. SEZONU, czyli powtórka przed FINAŁEM

Nieustannie zadaję sobie pytanie – co w głowach mieli twórcy, kiedy postanowili zerżnąć tak wiele z Lśnienia? Czy to dlatego, że publika klaskała, gdy w nieodżałowanym RPO Spielberga pojawiła się winda zalana krwią? A może dlatego, że w internecie istnieją setki, tysiące tekstów i filmów opiewających geniusz Kubricka? Czy może po prostu byli leniwi i stwierdzili, że sprawdzone metody to najlepsze metody? Smętarz nie tylko „pożycza” motyw ojca wciągniętego w spiralę postępującego szaleństwa, nadludzkie umiejętności małego synka, zabarykadowanie się w łazience i ucieczkę przez okno, ale również kastruje każdą z tych scen, czego apogeum jest scena krwi wylewającej się z pewnego miejsca, która trwa półtorej sekundy!

To nie jest już ten sam styl, gdy do wtóru niskich, upiornych nut drzwi windy się otwierają, a gęsta, ciemna krew powoli wylewa się z sufitu, pochłaniając elegancki korytarz karminowymi falami strachu i obrzydzenia, nie, to jest półtorej sekundy, po czym CIĘCIE – przerażona mina – CIĘCIE – straszne odgłosy – CIĘCIE – przerażona mina i jęk.

Zobacz również: „Powrót”, którego nie było [RECENZJA]

I nie zrozumcie mnie źle – ja nie chcę, by nowe horrory były jak Lśnienie ani jak jakikolwiek inny kultowy horror – chcę, by były nowe, świeże, nowatorskie i interesujące. Chcę, by twórcy kina grozy byli w stanie odciąć się od tych dziesiątek lat historii kina i zszokowali mnie w nowy sposób, w taki, którego nie znam. Największym strachem każdego człowieka jest coś, czego nie zna, nie rozumie. Gdy film, taki jak ten, wchodzi do kin, ludzie idą oczekując strachów, a zamiast strachów otrzymują kilka zaskakujących jumpscare’ów do wtóru koszmarnie głośnej kakofonii czy wrzasku, oczywiście, że się boją, bo to ich zaskakuje. Później opuszczą salę i pomyślą – było całkiem spoko, ale chyba już to gdzieś widziałem. To jest przykre, przykre być świadkiem jak utalentowani twórcy są zmuszani do powtarzania tych samych chwytów, tego samego materiału, byleby tylko uzyskać ten element nostalgii, na której bazuje tak wiele dzisiejszych blockbusterów.

Smętarz dla zwierzaków

Smętarz dla zwierzaków to taśmowa produkcja kina grozy z podgatunku „dom strachów”. Aktorstwo nie powala, muzyka nie zapada w pamięć, poza koszmarnie wyzutym z emocji coverem „Pet Sematary” Ramones w wykonaniu zespołu Starcrawler, który pogania nas do opuszczenia sali. To bezduszny, pozbawiony jaj i charakteru produkt, żerujący na nostalgii i popularności książkowego oryginału, ze zmarnowanym potencjałem dość ciekawej scenografii i charakteryzacji – szeroko chwalący się procesją pogrzebową dzieci w dziwnych maskach, która pojawia się w filmie… raz. Jeżeli lubicie zebrać się ze znajomkami, strzelić sobie Kubusia w parku, kupić popcorn i pójść „na strachy” w luzackiej, przyjemnej formie – ten film jest dla was. Jeżeli jednak nie interesuje was film, w którym największym strachem jest płot (czy też jego brak) – nie marnujcie czasu i pieniędzy.

Zobacz również: „Impostor”, czyli „Hereditary” na irlandzkiej wsi [RECENZJA]

I tylko żal, a nie strach pozostał w mej głowie, żal za tym momentem, gdy wiele lat temu przeczytałem ostatnie słowa powieści Kinga, po czym z przerażeniem zamknąłem książkę, zatrzasnąłem drzwi, okna i spędziłem tą duszną, straszną noc bojąc się, że w pewnym momencie usłyszę ciężkie kroki, powietrze wypełni zapach świeżej ziemi i smród gnijącego ciała, a światło księżyca, padające na drzwi ujawni klamkę powoli poruszającą się w dół…

I jeszcze jedno – czy możemy skończyć z zaczynaniem filmów od pokazania ostatniej sceny? Po co mam oglądać film, skoro wiem, jak się skończy?


2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.