“At Eternity’s Gate” – Szaleństwo pasji [RECENZJA] (IFFR 2019)

Historia malarza o imieniu Vincent van Gogh jest powszechnie znana i lubiana, będąc idealnym przykładem udręczonego, niezrozumianego artysty, walczącego przeciwko wszelkim przeciwnością życia. Van Gogh poświęcił życie, wszelkie dobra i szczęście swej malarskiej pasji, trudząc się przy tym niesłychanie z powodu presji wywieranej na niego przez środowisko rodzinne i artystyczne. Historia ta jest piękna, romantyczna, skłaniająca do rozmyślań oraz bardzo często najzwyczajniej kłamliwa. Najnowszy film Juliana Schnabela stara się naprawić błędy przeszłości, ukazując nam wybiórczo poszczególne etapy życia i twórczości nękanego demonami postimpresjonistycznego malarza.

Zobacz również: “Sex Education” – Otwarcie o waginie [RECENZJA]

Nim przejdziemy do właściwej recenzji – słowo wyjaśnienia zarzutu kłamliwości. Vincent van Gogh nie był rozpoznawalny w trakcie swego życia i nigdy nie sprzedał ani jednego obrazu, choć stworzył ich bardzo wiele. Po jego śmierci i niesłychanym „odkryciu” jego talentu wokół artysty narosło wiele legend, mitów i niedomówień, które na stałe zagościły w popkulturze, choć z rzeczywistością nie miały wiele wspólnego. Przykładem fałszywej biografii holenderskiego malarza jest z całą pewnością film Pasja życia (1956) w reżyserii legendarnego mistrza musicali – Vincenta Minnelli, oparty na powieści pod tym samym tytułem pióra znanego pisarza Irvinga Stone’a. W filmie tym, grany przez Kirka Douglasa van Gogh to romantyczny wariat, epatujący idiotycznym, źle zaprezentowanym natchnieniem do piękna natury i nieprzyjemności zwykłego życia. W tym też filmie malarz popełnia samobójstwo, by rzec, „dla zasady” i ów mit przedostał się na stałe do popkultury. Dopiero wydana zaledwie 2 lata temu biografia mistrza – Van Gogh: Życie – przedstawiła jasne i pewne fakty o ostatnich dniach życia holenderskiego malarza.

Poprzestając na tym – zwróćmy nasz wzrok na dzieło kina artystyczno-biograficznego, jakim jest At Eternity’s Gate. Reżyser Julian Schnabel podjął się wyzwania prezentacji targanego szaleństwem, tęsknotą i pasją umysłu van Gogha, podchodząc do sprawy profesjonalnie, kreatywnie i ze smakiem. Jak przystało na artystę – reżyser zajmuje się również malarstwem – jego kinowe dzieło pełne jest niesłychanie przepięknych ujęć o zróżnicowanej palecie kolorystycznej. By odzwierciedlić malarstwo postimpresjonistyczne zabawa kształtem, ruchem i światłem wypełnia film, częstokroć wprawiając widza w zachwyt i zadumę, przy delikatnym akompaniamencie wiatru pędzącego między koronami drzew. Jednocześnie perypetie szalonego malarza ukazują rozłam między ideologią impresjonistów i postimpresjonistów, potrzebę zmian przedstawioną przez burzliwą postać Paula Gauguina.

Co może być nieco kontrowersyjne, to charakter, jaki posiada kinowy odpowiednik malarza tropików i egzotycznych piękności – jest on stanowczo zbyt uprzejmy dla protagonisty w filmie, reżyser posunął się nawet do tego, by zmodyfikować oryginalny portret van Gogha w wykonaniu Gauguina – oryginał prezentuje Holendra przypominającego swą posturą i wyrazem twarzy otępionego orangutana, podczas gdy kinowa wersja obrazu ma w sobie znacznie więcej stylu. Być może był to zabieg łagodzący historię życia holenderskiego malarza, bowiem historia van Gogha do najprzyjemniejszych nie należy i jest on wybitnie postacią tragiczną – choć również z własnej winy.

W interesujący sposób reżyser przedstawił zróżnicowane nastroje malarza, który znany był z wyjątkowo wybuchowego i zmiennego charakteru. Podniecenie i pośpiech odzwierciedlają trzęsąca się kamera, niczym wzrok rozdygotanego artysty, skupiająca się na moment na detalu oka, piegów, by po chwili znów kołysząc wprawić nas w poczucie rozstrojenia. Spokojniejsze chwile zadumy i podziwu dla natury prezentowane są przez długie ujęcia, obejmujące okiem kamery bogactwo przyrody otaczającej nikłą sylwetkę malarza, płynące z wiatrem źdźbła i gałęzie, falowanie kolorów i kształtów. Te momenty pełne są pasji malarskiej, tęsknoty za przyrodą i jednością. Szare, puste korytarze sanatorium. Skąpany w porannej mgle cmentarz. Złote morze kłosów na tle błękitnego nieba. Trudno się nie dziwić pasji bijącej z oczu Van Gogha, gdy ten wreszcie siada przed płótnem i zaczyna przenosić poskręcane, szalone piękno natury.

Po prawdzie dla wielu film ów będzie prawdziwą torturą – niewiele się dzieje, widz śledzi wędrówki i rozmowy twórcy z kilku różnych momentów jego życia. Znaczną część czasu dane nam jest jedynie podziwianie piękna przyrody i słońca, gdy van Gogh jest cichy i zapatrzony. Kilka momentów dramatu i niezrozumienia. Bardzo interesująca jest relacja Gauguina (Oscar Isaac) z samym malarzem, który jest grany przez urodzonego do tej roli Willema Dafoe. Obaj aktorzy dają z siebie wszystko, Isaac potęgując dekadencję i zacietrzewienie wzbudza w swej postaci pewien rodzaj prymitywnej drapieżności, podczas gdy Dafoe gra głównie gestykulacją i mimiką, czyniąc wszystkie emocje targające malarzem widoczne na twarzy, wzmocnione błękitem oczu. Lecz poza tym konfliktem At Eternity’s Gate pozostaje raczej skąpe w słowach – zaledwie kilka krótkich rozmów, w tym z granym przez Madsa Mikkelsena kapłanem. Wszystko to działa na szkodę akcji, lecz idealnie wpasowuje się w ogólny nastrój filmu, który, wszakże traktuje bardziej o psychice wirtuoza niż szokujących elementach jego życia. Nie doświadczymy tu częstych wizyt malarza u prostytutek, ani burzliwej relacji z ojcem, czy nawet słynnego odcinania sobie ucha.

Zobacz również: “Green Book” [RECENZJA]

Delikatny – to słowo najlepiej opisuje najnowsze dzieło Schnabela. Widz towarzyszy malarzowi w momentach smutku i szczęścia, pasji i rozpaczy. Zrozumienie tego, co działo się w głowie utalentowanego szaleńca jest oczywiście niemożliwe, lecz At Eternity’s Gate jak żaden inny film zbliżył nas do tego, co odczuwał van Gogh wiele lat temu i za to należy się temu filmowi ulewa pochwał i uznanie.

4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.