Recenzje

“Hostiles” – Recenzja

Konrad Bielejewski

Westerny to wyjątkowo wyświechtany gatunek– dziki zachód panuje w kinie od samego początku. Filmów opowiadających o perypetiach kowbojów, bandytów, szeryfów i Indian jest nieskończenie wiele, można by było rzec, że nic nowego tutaj wymyślić nie można. A jednak co jakiś czas trafia nam się western, który wydaje się być czymś nowym, ekscytującym, trzymającym w napięciu. Najnowsza produkcja Scotta Coopera niestety do takich nie należy.

Hostiles to swego rodzaju film drogi – zatwardziały w swej nienawiści do Indian kapitan J. Blocker (Christian Bale) zostaje wysłany jako eskorta starego indiańskiego wodza Żółtego Jastrzębia (Studi), który to jest śmiertelnie chory na raka i chciałby odejść na świętej ziemi Indian w Montanie, na co łaskawie zgadza się sam prezydent. Blocker zaciska więc zęby, rekrutuje żołnierzy i wyrusza w trasę, wraz z wspomnianym wodzem i jego rodziną. Aby jednak przekonać widza, że dziki zachód wg. Coopera to nie bajeczny raj, film otwiera scena ataku Indian na małą farmę, gdzieś w dziczy. Brutalne, krwawe szaleństwo jest pokazane w drobnych szczegółach, łącznie ze skalpowaniem czy mordowaniem dzieci. Jedna osoba przeżywa atak – załamana nerwowo Rosalie (Pike), na którą to później natrafia Blocker i przygarnia do swej nieszczególnie wesołej kompanii, wpierw oczywiście grzebiąc zmarłych. I w tym momencie film zaczyna tracić impet i cała reszta historii skupia się na powtarzaniu jednego schematu – podróż, postój, potyczka, pogrzeb. Ludzie giną jak muchy, często w wyjątkowo brutalny sposób, co nie zmienia jednak faktu, że po którymś takim pogrzebie widz zaczyna tracić zainteresowanie.

Przeczytaj również:  Gdzie powinna leżeć prawda? Recenzujemy "Równowagę" Yujiro Harumoto

Problemem Hostiles jest przede wszystkim scenariusz – nie tylko ma w sobie pokaźną ilość dziur (czasami postacie zachowują się w wyjątkowo idiotyczny sposób), ale również nie poświęca wystarczająco dużo uwagi bohaterom wędrówki, przez co nawet gdy jedna z głównych postaci ginie w spektakularny sposób, ciężko odczuć jakiekolwiek emocje, a jak już wspomniałem – zdarza się to często. Oczywistym jest, że Cooper starał się wpleść w swój film pewien morał o przebaczaniu i równości pomiędzy ludźmi, pomimo rasy, koloru skóry. Blocker z czasem zaczyna inaczej traktować starego Indianina, by wreszcie spróbować przebaczyć temu, który zamordował jego przyjaciół wiele lat temu. Aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie (choć Bale nadal ma swą „batmanową” manierę), warto zwrócić uwagę na bardzo malownicze zdjęcia i świetny montaż potyczek. Najjaśniejszą stroną produkcji są sceny akcji, dobrze rozegrane i odpowiednio nakręcone. Muzyka jest całkiem niezła, choć osobiście znalazłem w niej zbyt wiele zapożyczeń od Philipha Glassa.

Podsumowując – Hostiles to western w stylu późniejszych filmów z Johnem Waynem czy też westernów Clinta Eastwooda (Bez przebaczenia). Stara się on nadać stosunkowo prostej historii moralizatorski wydźwięk, ale powtarzające się schematy, brak dobrze nakreślonych charakterów, dziurawy scenariusz oraz zwykła nuda sprawiły, że kino opuściłem w nieszczególnie dobrym humorze.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.