U bram świątyni. Rozmawiamy z Sompotem Chidgasornpongse, reżyserem 9 świątyń w drodze do nieba | Wywiad | Nowe Horyzonty 2026
Tegoroczny Konkurs Główny 26. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego TAURON Nowe Horyzonty przyniósł wiele oryginalnych filmów. Jeden z nich to 9 świątyń w drodze do nieba. To nieśpieszne kino drogi, a zarazem frapujący portret współczesnej tajskiej rodziny. Reżyser produkcji Sompot Chidgasornpongse był gościem tegorocznej edycji festiwalu. W rozmowie podzielił się z nami swoimi inspiracjami i opowiedział o kulisach powstania tego fascynującego filmu.
Arek Koziorowski: Twój film robi właśnie tournée po festiwalach na całym świecie. Zaczęliście w Cannes, potem Sydney i Szanghaj, a teraz Wrocław. Zdaje się że aktualnie podróżujesz równie intensywnie, co bohaterowie twojego filmu.
Sompot Chidgasornpongse: Dokładnie tak i bardzo się cieszę, że mam możliwość spotkania publiczności w różnych krajach. Pamiętam zresztą, że mój debiut Wagon sypialny (2016) był pokazywany w Polsce na festiwalu Human Doc, choć fizycznie przyjechałem tu po raz pierwszy.
Nie wiem czy znasz taką aplikację Letterboxd; każdy użytkownik musi tam wybrać swoje cztery ulubione filmy. Jestem ciekaw, jakie tytuły byś wytypował.
Tylko cztery?! To będzie trudne, ale mogę spróbować. Pierwszy to Choroba tropikalna (2004) Apichatponga. Mam lekki konflikt interesów, bo byłem tam asystentem reżysera, ale naprawdę kocham ten film – gdy zobaczyłem go na ekranie, to zupełnie zapomniałem, że pracowałem na planie i byłem niezwykle poruszony. Powiedzmy, że drugi to Happy Together (1997) Wong Kar-Waia. Trzecim mógłby być LOS (2000) nakręcony przez eksperymentalnego filmowca Jamesa Benninga – jego kino miało na mnie bardzo duży wpływ, zresztą był moim wykładowcą, gdy studiowałem w USA. A czwarty to Pod oliwkami (1994).
Apichatpong był też producentem 9 świątyń w drodze do nieba i widać że mieliście równie złożoną strukturę finansowania, co większość jego filmów. W napisach końcowych pojawiają się nazwy funduszy i firm produkcyjnych z ośmiu różnych państw. Czy tak skomplikowane finansowanie wpływa jakoś na ostateczny kształt samego filmu?
Jestem świadomy, że te międzynarodowe inicjatywy mogą czasem wywierać różne naciski na filmowców. Natomiast spędziliśmy dużo czasu wybierając właściwych koproducentów i miałem dużo szczęścia, bo wszyscy rozumieli, że trzeba chronić oryginalną wizję twórców, by film pozostał osobisty i lokalny. Oczywiście po drodze poznaliśmy też wiele współpracowników. Przede wszystkim mojego operatora zdjęć Jonathana Ricquebourga, który jest Francuzem – spotkaliśmy się w ramach programu La Fabrique Cinema. Tak więc, choć ekipa była międzynarodowa, to wszyscy wiedzieli, że kręcimy tajski film i nie próbowali tego zmieniać, tylko ulepszyć.
Wspomniałeś o operatorze, więc od razu chciałbym zapytać o aspekt zdjęciowy. Słyszałem że Apichatpong ze swoją ekipą zawsze kładli duży nacisk na naturalne oświetlenie, czekając aż słońce znajdzie się pod właściwym kątem. Czy stawialiście przed sobą podobne wyzwania?
Proces tworzenia zdjęć rzeczywiście był trudny, ale w nieco inny sposób – kręciliśmy film podczas pory deszczowej, więc nie czekaliśmy na słońce, tylko na koniec ulewy. Muszę tutaj pochwalić Jonathana, który doskonale rozumiał, co chcę osiągnąć. I mimo, że obraz wygląda dość naturalnie, to wiele scen wymagało doświetlania, bo nawet jak deszcz przestawał padać, to na zewnątrz było dość pochmurnie.
Jak długo trwały zdjęcia?
Około dwa i pół miesiąca.
Oba pełnometrażowe filmy, które nakręciłeś są w jakiś sposób związane z podróżą. Wagon sypialny opowiadał o pociągach, a tutaj dużą część ekranowego czasu zajmują przejazdy samochodem. Interesuje mnie skąd twoja fascynacja tym motywem.
Myślę że przede wszystkim z mojego życia. Moja rodzina jest bardzo religijna, więc nieraz odbywaliśmy podróż do dziewięciu świątyń, podobną do tej pokazanej na filmie. Oczywiście choć punktem wyjścia były moje osobiste doświadczenia, to w trakcie prac nad scenariuszem postacie zyskiwały swoje własne życia – czerpaliśmy także ze wspomnień członków obsady, żeby całość stała się bardziej organiczna.
Nie ukrywam zresztą, że kocham podróżować. Zarówno w pociągu jak i samochodzie dochodzi do ciekawych spotkań, bo jest się fizycznie blisko z innymi ludźmi. Możesz zobaczyć wiele twarzy współpodróżników, a jednocześnie to też niezwykła okazja do obserwacji krajobrazu.
Czasem się mówi, że obraz za oknem jest bardzo filmowy – okno przypomina ekran.
Dokładnie, choć widzisz nie tylko scenerię na zewnątrz, ale i ludzi w środku. Uczysz się, w jaki sposób są związani ze swoim otoczeniem. Tak samo w moim filmie: przestrzeń kształtuje bohaterów, niezależnie od tego czy to świątynie, czy też miasto za szybą. Ta zamknięta rodzina staje się poniekąd mikrokosmosem społeczeństwa i jego przestrzeni.

Czy ten krajobraz za oknem to jakieś konkretne miasto?
Około 95 procent filmu nagraliśmy w mojej rodzinnej miejscowości Samut Prakan, która leży na południe od Bangkoku, bezpośrednio nad zatoką. Jego nazwa dosłownie oznacza „brama oceanu”. Za sprawą swojego położenia był kluczową lokalizacją dla kolonizatorów w przeszłości, bo musieli zdobyć najpierw ujście rzeki przepływającej przez stolicę.
Pokazujesz też ewolucję tego miejsca – bohaterowie zauważają, że w pojawiły się tam nowe budynki czy elektrownia.
W mieście zdecydowanie nastąpiła pewna modernizacja. Co jakiś czas nad postaciami przelatują też samoloty. Współcześnie miejscowość ma w pewnym sensie podobną funkcję, co w czasach kolonialnych, bo znajduje się tam główne lotnisko w kraju. Teraz ludzie do nas przylatują zamiast przypływać. To miasto zawsze było swego rodzaju bramą: połączeniem między lokalnymi ludźmi i wszystkim tym, co na zewnątrz. Metaforycznie trochę o tym jest film – o zderzeniu tradycyjnych wierzeń z nowymi sposobami myślenia.
Mówisz że film ma bardzo autobiograficzny rys. Czy utożsamiasz się szczególnie z którymś z bohaterów?
Zacząłem pracować nad tym filmem prawie dekadę temu, więc na początku utożsamiałem się przede wszystkim z młodszymi postaciami. Teraz przybyło mi lat i myślę, że bardziej zrozumiałem też starsze postacie, które w nieco inny sposób muszą konfrontować się z chorobą i umieraniem. Ale chyba wciąż jest mnie więcej w tych chłopakach.
W jednym ze swoich wczesnych wywiadów wspominałeś o filmie Mekhong Full Moon Party (2002), który również opowiadał o podejściu Tajów do wiary. Myślę że można by go w ciekawy sposób zestawić z twoim filmem, zwłaszcza w kontekście tego rozumienia różnych perspektyw.
O kurczę, rzeczywiście! Już trochę zapomniałem o tym filmie, ale na studiach był on jednym z moich ulubionych. Pamiętam że nad biurkiem miałem plakat, na którym napisano motto jednego z bohaterów: „rób to, w co wierzysz, wierz w to, co robisz”. Faktycznie obie te produkcje mają podobny temat, w tym sensie, że opowiadają o tym, jak różni ludzie przeżywają swoją wiarę.
Czy obserwujesz też jakieś generacyjne przemiany wiary w tajskim społeczeństwie? Oglądając 9 świątyń w drodze do nieba od razu pomyślałem o ateizującym się pokoleniu najmłodszych Polaków.
Zdecydowanie młodsi ludzie w Tajlandii znacznie częściej kwestionują tradycyjne wierzenia. Jednocześnie może nawet ciekawsze zjawisko to powrót do tych samych przekonań, ale w nieco inny sposób. Podejście młodych Tajów jest nieco luźniejsze i widać to chociażby na przykładzie amuletów, które nagle robią się bardzo modne. Coś świętego staje się dziś skomercjalizowane. Widzimy jak wierzenia adaptują się do współczesnego świata.
Czy próbowałeś jakoś przenieść tę tematykę religijną poziom formalny? Pytam, bo w odniesieniu do Apichatponga krytycy czasem używali etykietki „buddystycznej poetyki kina”, w tym sensie, że ma ono coś z medytacji czy kontemplacji.
Może rzeczywiście jest tu pewne podobieństwo, ale nie próbowałem nagrać tak rozumianego kina buddystycznego, przynajmniej nie w sposób świadomy. To ciekawe pytanie, bo faktycznie film dotyczy bezpośrednio religii, ale zależało mi przede wszystkim aby być szczerym z sobą samym. A wychowałem się jako buddysta i to niewątpliwie odcisnęło się na mojej osobowości. Być może takie podejście artystyczne pojawia się więc niejako naturalnie. Co do tempa, to chodziło też o pewien kontrast. Bohaterowie mojego filmu bardzo się spieszą, co idzie nieco w poprzek nauczania Buddy.
Na koniec chciałbym zapytać, czy myślisz już o jakimś następnym projekcie
Robienie tego filmu zajęło dziewięć lat i po drodze narodziło się wiele pobocznych pomysłów, które zacząłem sobie zapisywać. Teraz w końcu będę miał czas, by wrócić do tych notatek, choć na razie nie mogę jeszcze mówić o niczym konkretnym.
Korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.
Pospolity filmoznawca i aspirujący filmowiec. Fan tajskiego kina, twórczości Felliniego, Bakera oraz Konwickiego. W wolnym czasie koneser legend miejskich i teorii spiskowych.
