PIĘĆ SMAKÓWPięć Smaków 2023Wywiady

Kobiety Hongkongu i chińskie blockbustery – rozmawiamy z Marcinem Krasnowolskim, organizatorem festiwalu Pięć Smaków

Wiktor Szymurski
fot. Natalia Poniatowska

Siedemnasty Festiwal Pięć Smaków odbył się w Warszawie w dniach 15-21 listopada, natomiast jeszcze do 3 grudnia widzowie mogą oglądać większość filmów z programu w trybie online. Lunarnym patronem tegorocznej edycji został Wodny Królik, zwiastujący nadzieję i dobre relacje. To szczególnie ważne o tyle, że w tym roku organizacja wydarzenia po raz pierwszy przyjęła formułę kolektywną. Obok stałych sekcji programu („Nowe Kino Azji”, „Asian Cinerama”) pojawiły się zupełnie nowe – „Kobiece oblicza Hongkongu” oraz „Focus: Indie”. Z kolei bohaterem tegorocznej retrospektywy został King Hu, niekwestionowany wizjoner i legenda kina wuxia.

Dzień po zakończeniu stacjonarnej części festiwalu porozmawialiśmy z Marcinem Krasnowolskim, programerem i wieloletnim organizatorem festiwalu. Dowiedzieliśmy się m.in. na czym polegają główne zmiany w koordynacji zespołu, dlaczego hongkońskie kino akcji okazało się przełomowe dla reprezentacji kobiet, a także jak King Hu na zawsze zmienił język filmu. Marcin wskazał ponadto ubytki w rodzimej narracji na temat kinematografii azjatyckiej, opowiedział o kontynuatorach klasycznego wuxia na gruncie kina gangsterskiego, zastanowił nad edukacyjnym wymiarem chińskich blockbusterów oraz indyjskiego arthouse’u, by na koniec podzielić się swoimi rekomendacjami festiwalowymi z dostępem online.


Wiktor Szymurski: Od wielu lat jesteś związany z pionem organizacyjnym festiwalu. Na czym obecnie polega Twoja rola w zespole?

Marcin Krasnowolski: W tym roku mamy zupełnie nowy sposób zarządzania zespołem. To pierwsza edycja stworzona bez osoby pełniącej funkcję dyrektora festiwalu, jaką od początku był założyciel Pięciu Smaków – Jakub Królikowski. Teraz pracujemy jako kolektyw, dość elastycznie staramy się dzielić zadaniami, porządkując je odpowiednio według naszych zainteresowań i kwalifikacji. Dopiero zaczynamy przygodę z takim trybem pracy, więc na tym etapie sporo rzeczy pozostaje jeszcze niezweryfikowane.

Osobiście zajmuję się programem – głównie jeśli chodzi o kino hongkońskie, koreańskie i chińskie, choć oczywiście oglądamy wszystkie filmy mające wejść w repertuar danej edycji. Piszę teksty i prowadzę prelekcje zapowiadające, aktualnie czuwam także nad finansami festiwalu. Poza tym znalazłoby się pewnie z tysiąc innych rzeczy; przedział naszych obowiązków nie jest jakoś sztywno określony. Często działamy na kilku polach jednocześnie, a granice między aktywnościami są płynne. Wciąż jeszcze testujemy swoje mocniejsze i słabsze strony, starając się wzajemnie wspierać.

Jak odnaleźliście się w nowym trybie organizacji? Czy dostrzegasz coś, co warto byłoby poprawić?

Doszliśmy już do kilku wniosków, ale jest jeszcze zbyt wcześnie na stawianie diagnoz. Musimy to przemyśleć zbiorowo, wciąż wiele przed nami. Festiwal dopiero wczoraj zakończył się stacjonarnie, jeszcze przez półtora tygodnia będzie trwał w formule online. Oczywiście zarządzanie kolektywne jest zupełnie inną formą prowadzenia festiwalu niż ta, do której przez lata przywykliśmy. Pięć Smaków wyrosło na całkiem dużą imprezę, co wiąże się oczywiście z wielkim nakładem pracy. Kiedy zespół posiada jedną osobę sprawującą pieczę nad wszystkimi procesami w trakcie organizacji, jest na pewno prościej, bo zadania są delegowane do konkretnych pracowników. Nie ma większych wątpliwości co do tego, z jakich zadań należy się wykazać, a ich przedział będzie wówczas nieco węższy.

Natomiast działanie kolektywne kryje pewną pułapkę: ponieważ nie ma jednej osoby odpowiedzialnej za całokształt wydarzenia, każdy może poczuć się mniej zobowiązany. Czasem liczymy, że ktoś zrobi coś za nas. Trudniej także wydzielać konkretne zadania między poszczególnymi członkami. Myślę jednak, że udało nam się temu sprostać, a zarządzanie w takim trybie jest jak najbardziej możliwe. Festiwal wciąż działa sprawnie, a my planujemy zachować element owej kolektywności. Ale to tylko wstępne założenia – dopiero kiedy kurz po tegorocznej edycji opadnie i znajdziemy czas na trzeźwe podsumowanie wszystkiego w zespole, będzie można myśleć o potencjalnych ulepszeniach. Jedno jest pewne już teraz – to wielkie szczęście, móc pracować w gronie tak niezwykle utalentowanych i zaangażowanych osób. Na początku byliśmy trochę niepewni jak to wszystko wyjdzie, ale z wielką przyjemnością patrzyłem jak zespół zaczyna ze sobą coraz lepiej współpracować, mając dużą frajdę z festiwalu. Możemy być dumni z tego, jaką imprezę udało nam się przygotować!

Nową sekcją w programie 17. Pięciu Smaków są „Kobiece oblicza Hongkongu”, nad którą czuwałeś jako selekcjoner. Kinematografia hongkońska jest co prawda stałym punktem w programie festiwalu, ale w tym roku dobór filmów został sprofilowany pod feministyczną perspektywę. Co zadecydowało o takim pomyśle?

Pomysł na sekcję skupioną wokół charakterystycznych bohaterek kina hongkońskiego nie był do końca mój, ale dojrzewał w głowach zespołu przez lata. Początkowo planowaliśmy wyodrębnić kategorię filmów z wojowniczkami na pierwszym planie; chcieliśmy pokazać, że kobiety w latach 60. i 70. zajmowały niezwykle istotną rolę w kinie sztuk walki. Problem leżał dotąd głównie w dostępności tytułów, bo choć tego typu produkcji powstawała cała masa, rzadko kiedy da się obejrzeć je w pełnej wersji, nie mówiąc już o zdobyciu praw. Marzenie udało się zrealizować dopiero w tym roku, nie tylko za sprawą omawianej sekcji, ale także przez retrospektywę twórczości Kinga Hu.

fot. „Napij się ze mną”
fot. „Napij się ze mną” / mat. prasowe 17. AFF Pięć Smaków

W powszechnej świadomości filmowy Hongkong kojarzy się przede wszystkim z wartką akcją, szaleństwem lat osiemdziesiątych czy twórczością Johna Woo. Mało kto wspomina natomiast fascynujące role kobiece, które regularnie pojawiały się przecież na wielkich ekranach. Choć podczas rozmowy z Anastasią Tsang – gościnią tegorocznej edycji, reżyserką filmu Światło nie zgaśnie nigdy – okazało się, że ważny status bohaterek kina hongkońskiego dla mieszkańców kraju jest czymś oczywistym, w Europie wciąż pozostaje niezbadany. Porównanie tamtejszych postaci z hollywoodzkimi archetypami dowodzi, że mimo komercjalizacji i uprzemysłowienia kultura ta była wówczas znacznie bardziej progresywna od zachodniej. Podczas przygotowań sekcji przyświecały nam dwa główne cele: po pierwsze, chcieliśmy zwrócić uwagę na to, w jaki sposób język kina akcji wyrósł z korzeni kinematografii hongkońskiej. Po drugie, zależało nam na przypomnieniu sylwetek aktorek, którym w pełni należy się miano legend kina – także wśród polskich widzów.

Dlaczego właśnie Hongkong stał się miejscem rewolucji w reprezentacji kobiet na ekranie?

Przeczytaj również:  W mroku antologii – Detektyw: Kraina nocy [RECENZJA]

Przez wiele lat Hongkong istniał jako stolica chińskojęzycznego przemysłu filmowego. W kraju nie brakowało pieniędzy, powstawały duże studia i wytwórnie, a możliwości na realizację rozbuchanych widowisk były znacznie większe niż w kontynentalnych Chinach czy państwach sąsiednich. Dlatego do kraju co chwilę zjeżdżali twórcy o świeżym spojrzeniu i wielkich ambicjach, zdolni wejść w polemikę z konserwatywnymi wzorcami. Jednym z nich był King Hu, który jako pierwszy na taką skalę odkrył potencjał do obsadzania kobiet w pierwszoplanowych rolach wojowniczek, mogących wnieść do gatunku wuxia coś nowego i interesującego.

Dość wspomnieć, że już w Napij się ze mną w głównej roli obsadził wówczas dziewiętnastoletnią Cheng Pei-pei, dopiero rozpoczynającą swoją karierę w kinie. Jej przeszłość baletnicy pozwoliła nie tylko utrzymać doskonałą kontrolę nad ciałem w scenach akcji, ale zredefiniować podejście do przedstawiania walk na ekranie. Odtąd ich choreografia przypominała taniec, nabierając innowacyjnej jakości, mocy i finezji. A przecież o to właśnie chodzi w kinie akcji: widz powinien odczuwać fizyczną siłę starć, ruch i prędkość uderzeń, które nie będą jednak bezmyślną „szarpaniną”, a czymś bardziej przemyślanym, wyrafinowanym. Bez Kinga Hu i jego kobiecych postaci byłoby to niemożliwe.

Zastanawiające jest to, że np. w amerykańskim kinie głównego nurtu nie było tego typu bohaterek. Podobnie jak w innych przemysłach, Hollywoodem rządzi bezwzględny autorytet pieniądza. A jednak, w przeciwieństwie do krajów zachodnich, hongkońscy producenci dostrzegli potencjał – nie tylko artystyczny, ale i komercyjny – w obsadzaniu kobiet w rolach pierwszoplanowych. Kino hollywoodzkie nie widziało wówczas większych szans na finansowe powodzenie widowisk z silnymi bohaterkami w centrum. Tak samo pomijało reprezentację Azjatów, którym nad wyraz ciężko było się przebić do ról głównych. Wynikało to oczywiście z licznych uprzedzeń: producent jako biały mężczyzna nie mógł znieść myśli, że osoba innej płci czy rasy mogłaby skutecznie grać pierwsze skrzypce w filmie akcji.

Zatrzymajmy się jeszcze przy tegorocznej retrospektywie, której bohaterem jest właśnie King Hu. Jego twórczość zmieniła oblicze światowego kina. A jednak trzeba przyznać, że na tle reżyserów, których dzieła prezentowaliście w poprzednich latach – jak choćby Edward Yang, Wong Kar Wai czy Fruit Chan – jest to postać dość nieoczywista, tworząca kino niemalże rozrywkowe. Co zaważyło na wyborze tego autora, jak i skierowaniu uwagi na kino wuxia?

Przede wszystkim to, że zarówno King Hu i kino wuxia wciąż są w Polsce obszarem stosunkowo nieodkrytym, niedowartościowanym. W rodzimej narracji o kinematografii azjatyckiej dostrzegliśmy więc lukę, którą należy uzupełnić. Mało kto wie u nas czym jest wuxia, choć po przywołaniu tytułów takich jak Przyczajony tygrys, ukryty smok ludzie zaczynają kojarzyć pewne cechy konwencji. Chcieliśmy zaznaczyć, że to o wiele bogatsze zagadnienie, a wszystko na dobrą sprawę zaczęło się od twórczości Hu. Reżyser ten jest absolutnym wizjonerem i rewolucjonistą, który wyprzedzał myślenie o filmie szeregiem innowacyjnych rozwiązań. Można zaryzykować stwierdzenie, że właśnie jego zasługą jest wprowadzenie silnych postaci kobiecych do kina akcji, czego reperkusje odnajdujemy nawet we współczesnym Hollywoodzie.

Ponadto w zupełnie nowy sposób filmował sceny walk. Jego kreatywność w podejściu do inscenizacji, choreografii, prowadzeniu kamery czy zarządzaniu montażem pozostaje nie do przecenienia. Z drugiej strony filmy te są bardzo wielowarstwowe, obfite w polityczne i metafizyczne odniesienia. King Hu unowocześnił więc język kina akcji, a jednocześnie uzupełnił go o filozoficzny pierwiastek. Dlatego jest kimś, kogo – jak często powtarzamy – można postawić obok Akiry Kurosawy czy Sergio Leone. Niestety twórcom z kręgu chińskojęzycznego, zwłaszcza tym starszym, rzadko udaje się przebić do mainstreamu. Jedną z misji naszego zespołu pozostaje przywracanie uwagi należnej autorom takim jak Hu. Tym bardziej, że jego odrestaurowane cyfrowo dzieła wyglądają obłędnie – i to nie tylko na kinowym ekranie.

fot. „Dragon Inn”
fot. „Dragon Inn” / mat. prasowe 17. AFF Pięć Smaków

Z czego Twoim zdaniem wynika fakt, że w powszechnej świadomości King Hu – mimo niekwestionowanego pionierstwa na polu gatunkowych rozwiązań – wciąż pozostaje w cieniu kolegów po fachu?

Historia nie jest sprawiedliwa. Hu miał pecha o tyle, że jego dorobek nie był raczej wyświetlany w telewizji – ani w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, ani obecnie. Trudno powiedzieć, co dokładnie jest tego przyczyną, niemniej często się tak zdarza. Mimo iż współczesne kino akcji zawdzięcza swój kształt właśnie temu reżyserowi, mało kto zdaje się rozumieć te zależności. Głównym problemem było na pewno tworzenie filmów w kręgu chińskojęzycznym, a te bardzo sporadycznie wychodziły poza azjatycki obieg. Oczywiście wielkim wydarzeniem na tym polu było otrzymanie nagrody technicznej za Dotyk Zen podczas festiwalu w Cannes w 1975 roku i pewnie dlatego ten tytuł jest często uznawany za najsłynniejsze dzieło reżysera. Ale dlaczego wciąż stosunkowo niewiele mówi się o jego dokonaniach? Nie mam pojęcia. A wielka szkoda, bo bez znajomości tych filmów trudno zrozumieć historię kina oraz wiele jego współczesnych trendów.

Choć Hu tchnął nową energię w kino wuxia, w latach osiemdziesiątych można zaobserwować ponowne wyczerpanie jego schematów. Czy dostrzegasz kontynuację jakichś cech nurtu w późniejszym hongkońskim kinie popularnym?

Inspiracje gatunkiem widać przede wszystkim w hongkońskim kinie gangsterskim lat osiemdziesiątych. Jaskrawym przykładem będzie wspomniany już John Woo, który jeszcze przed realizacją Byle do jutra w 1986 roku swoją karierę oparł właśnie na tworzeniu filmów wuxia. Sprawia to, że wiele elementów typowych dla tej konwencji mocno odznacza się w jego późniejszej twórczości. Woo dosłownie przeniósł tropy i zasady wuxia na grunt filmu gangsterskiego i sensacyjnego. Dało to bardzo ciekawy efekt, bo choć sceny akcji opierały się głównie na używaniu przez bohaterów broni palnej, ich inscenizacja wygląda z grubsza podobnie. Postaci strzelają do siebie z bliskiej odległości, by wyginając ciało na wszystkie możliwe sposoby uniknąć kul. Kolejne stadium owej taktyki widzieliśmy choćby w Matrixie, a przecież cały schemat opiera się na koncepcji walk zaprezentowanej wpierw w kinie wuxia.

Gatunek powrócił jednak w pełnej krasie na początku lat dziewięćdziesiątych za sprawą Tsui Harka. Zrealizował szereg filmów kontynuujących tradycję wuxia, jak choćby Dawno temu w Chinach, które doczekało się spod jego ręki aż pięciu sequeli. Była to seria na tyle wpływowa i kasowa, że trudno mówić jednoznacznie o wymarciu konwencji jeszcze w poprzedniej dekadzie. W 1992 roku ukazało się także wyreżyserowany przez Harka remake klasycznego Dragon Inn Kinga Hu, do którego powrócił jeszcze w 2011 filmem Latające miecze ze Smoczej Bramy. Oba tytuły okazały się zresztą dużymi sukcesami. Podobnie jak jego The Blade z 1995, zamykające tropy wuxia w wyjątkowo nihilistycznym kluczu. Konwencja ta była więc obecna w kinie hongkońskim nawet po okresie pewnego zastoju w latach osiemdziesiątych. Tak jak Tsui Hark konsekwentnie tworzył filmy dialogujące z dziełami Hu, zaś John Woo przyodział ich schemat w szaty kina gangsterskiego, najbardziej charakterystyczne cechy gatunku powracały u innych twórców także w kolejnych dekadach.

Przeczytaj również:  To nawet nie jest guilty pleasure. Recenzja filmu „Madame Web”

Podczas tegorocznej edycji festiwalu uczestnicy mieli szansę obejrzeć Rzekę szkarłatu, najnowszy film Zhanga Yimou. To spektakularny blockbuster i gigantyczny sukces kasowy reżysera. Czy wprowadzanie tego typu komercyjnego, wysokobudżetowego kina obok minimalistycznego arthouse’u chcecie uczynić waszym znakiem rozpoznawczym?

Mamy świadomość, że jeśli my nie pokażemy niektórych filmów, już nikt w Polsce tego nie zrobi. Mimo ograniczonej liczby miejsc w programie chcemy, by był on jak najbardziej różnorodny. Chętnie pokazujemy więc także blockbustery, choćby z jednego prostego powodu: o ile kino artystyczne może jeszcze wypłynąć na innych festiwalach, kino komercyjne nie ma już takiej szansy. W naszym kraju cierpimy na skrajny niedobór azjatyckich blockbusterów; jedyną przestrzenią są dla nich serwisy streamingowe, jednak nawet tam pojawiają się rzadko.

Rzeka szkarłatu / Materiały prasowe Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków

Od razu po obejrzeniu Rzeki szkarłatu zaczęło mi bardzo zależeć, abyśmy mieli ten tytuł w programie. Jestem niezmiernie szczęśliwy, że wszystko się udało, bo otrzymanie praw do jego rozpowszechniania nie było łatwe. Film uważam za znakomity – dla mnie to najlepszy blockbuster roku, przy którym megaprodukcje z Hollywood sprawiają wrażenie zrealizowanych na autopilocie i pozbawionych kreatywnego pierwiastka. Innowacyjny sposób opowiadania, rozwiązania fabularne, techniczne czy wizualno-dźwiękowe są tu po prostu czymś niesamowitym i rzadko spotykanym.

Jednocześnie trzeba pamiętać, że kino o tak wysokim potencjale komercyjnym od lat stanowi sprytne narzędzie propagandy rządowej. Czyni to z kina rozrywkowego niebagatelne źródło wiedzy o obecnych nastrojach społeczno-politycznych w kraju. Pomijanie chińskich blockbusterów w polskiej przestrzeni publicznej to wielki błąd; kino umożliwia przecież łatwe zrozumienie systemowych napięć po wschodniej stronie globu. O czymś musi świadczyć fakt, że produkcji dobitnie akcentujących patriotyczne postawy tworzy się tam w ilościach hurtowych, a większość z nich zarabia kolosalne pieniądze. W ostatnich latach mogliśmy zaobserwować np. prawdziwy wysyp wielkobudżetowego kina wojennego, przekazującego perspektywę chińskich żołnierzy walczących przeciwko Amerykanom. Nawet dwa ostatnie filmy wspomnianego Tsui Harka, opowiadające o wojnie koreańskiej, zarobiły grubo ponad miliard dolarów. Co szczególnie symptomatyczne, tamtejsza kinematografia stanowczo odcięła się od związków z przemysłem hollywoodzkim – między innymi po to, by wysunąć na plan pierwszy element propagandy, kluczowy z perspektywy komunistycznej partii Chin. Włączając do programu tytuły takie jak Rzeka szkarłatu możemy więc z jednej strony zaprezentować widzom dzieła doskonałe z artystycznego punktu widzenia, z drugiej – zadać pytanie o to, co dzieje się w Chinach i dlaczego akurat teraz.

Zupełnie nową sekcją jest także „Focus na Indie”. Co sprawiło, że zadecydowaliście poświęcić kinematografii indyjskiej tak wiele miejsca w tegorocznym programie?

Tu ponownie czuliśmy potrzebę załatania pewnej luki. Kinematografia indyjska jest w naszym kraju czymś zupełnie nieodkrytym, stereotypowo kojarzonym głównie z bollywoodzkim przepychem. Tego ostatniego nie ma w sekcji prawie wcale, gdyż postanowiliśmy skupić się na wyjątkowym fermencie tamtejszego kina artystycznego. To właśnie skromny, minimalistyczny arthouse stał się w Indiach polem eksplozji kreatywności i świeżej energii twórczej, sytuując kraj w pozycji jednego z najciekawszych miejsc na filmowej mapie Azji. Zdajemy sobie sprawę z pewnej bariery kulturowej, przez którą kino to jest dla polskiego widza znacznie bardziej wymagające niż np. japońskie czy koreańskie. Wiemy jednak, że warto sobie ten trud zadać. Indie jako państwo o zapędach mocarskich w przyszłości będą najpewniej odgrywać wielką rolę na świecie, a ich niezależne produkcje również oferują wgląd w kondycję narodu i społeczne napięcia. Chcemy zarazem zwrócić uwagę na różnorodność kraju, decydującą o jego bogatym zapleczu kulturowym.

W momencie rozmowy 17. edycja Pięciu Smaków zakończyła się już w formule stacjonarnej, ale jeszcze aż do 3 grudnia widzowie mają okazję oglądać znakomitą większość filmów w trybie online. Czy byłbyś w stanie zarekomendować trzy filmy dostępne na stronie festiwalu, których Twoim zdaniem nikt nie powinien przegapić?

Trudne pytanie. Na pewno zwróciłbym uwagę na Spoczywaj w pokoju, indyjski film w reżyserii Lijo Jose Pellissery’ego. Chyba nikt inny na świecie nie potrafi lepiej i ciekawiej sportretować na ekranie bohatera zbiorowego. Każde z jego dzieł ma w sobie żywiołową, pociągająco pierwotną energię. Wciąż jest on co prawda twórcą mało znanym w Polsce, ale niezmiennie zaskakującym i niezwykle konsekwentnym zarazem. Warto zobaczyć również Jesienną sonatę Mabel Cheung, która zasiliła sekcję „Kobiece oblicza Hongkongu”. Piękna, doskonale znana w Hongkongu klasyczna historia i jedna z niewielu okazji, by doświadczyć geniuszu reżyserki w wersji odrestaurowanej.

Zachęcam także do przyjrzenia się filmowi Słudzy diabła 2: Wspólnota Joko Anwara, wyrastającego na jednego z najciekawszych współczesnych reżyserów kina gatunkowego w Azji. Jego kolejne produkcje od kilku lat staramy się pokazywać na festiwalu, choć ten otrzymał dotąd zdecydowanie za mało uwagi. Szkoda, bo jest to nie tylko znakomity sequel, ale przede wszystkim solidny straszak i świetna rozrywka o własnej artystycznej tożsamości. Wyjątkowo cieszymy się z jego obecności w tegorocznym programie, gdyż coraz trudniej jest nam pokazywać filmy w tym gatunku. Z reguły pochłania je streaming, przez co odkupienie praw do wyświetlania filmów na festiwalu niekiedy graniczy z cudem. Co by jednak nie mówić, program skomponowaliśmy tak, by każdy z filmów zapewniał unikalne, różnorodne doświadczenia.

Korekta: Wiktor Małolepszy

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.