FilmyKinoRecenzje

Ani mru mru. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy” [RECENZJA]

Wiktor Szymurski
fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy" / mat. prasowe United International Pictures
fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy” / mat. prasowe United International Pictures

Najpierw trzask gałęzi pod stopami lub huk przypadkowo upuszczonego widelca. Potem oczekiwanie z gulą w gardle, aż pająkowato-gadzie monstrum przerobi ciało pechowca na krwawy bigos. Sukces Cichego miejsca (2018) nie wziął się znikąd: Scott Beck, Bryan Woods i John Krasinski stworzyli genialną w swojej prostocie wizję postapokaliptycznego świata, którego zasady wywróciły na nice przyzwyczajenia zarówno bohaterów, jak i publiczności. Grupa protagonistów musiała opanować nowe sposoby na przetrwanie w warunkach, gdzie najmniejszy szelest jest równoznaczny z ryzykiem rychłej śmierci. Widownia natomiast stanęła przed przymusem zwracania uwagi na fakt dotychczas pomijany: każde działanie człowieka to w istocie nic innego jak generator dźwięków o różnych częstotliwościach. Wizualny aspekt kinowego doświadczenia pokłonił się przed potęgą sfery audialnej, ta zaś – jak na ironię – swoim dyrygentem uczyniła… ciszę.

Pierwsze dwie części przedstawiały losy rodziny poczciwych pięknoduchów blisko pięćset dni od momentu, gdy planetę opanowały wyczulone na dźwięk potwory. Widzowie zostali wrzuceni w sam środek zmagań bohaterów, gdy każdy doskonale zdawał już sobie sprawę ze specyfiki i skali zagrożenia. Dziesięciominutowy prolog sequela co prawda nieśmiało uchylił rąbka tajemnicy, ukazując początek inwazji obcych na amerykańskie przedmieścia, wciąż jednak ograniczał horyzont poznania do perspektywy pierwszoplanowej familii. Tytuł najnowszej odsłony nie pozostawia wątpliwości: Dzień pierwszy miał przybliżyć genezę pojawienia się kosmicznych najeźdźców, a przy okazji załatać lukę związaną z szeregiem drażniących niedopowiedzeń, na jakich ufundowana była dotychczas prowadzona przez Krasinskiego narracja.

fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy" / mat. prasowe United International Pictures
fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy” / mat. prasowe United International Pictures

Sam (Lupita Nyong’o) poznajemy jako umierającą na nowotwór fatalistkę, która dawno już zdążyła pogodzić się ze swoim losem. Teraz funkcjonowanie zawdzięcza wyłącznie silnym środkom przeciwbólowym, a lekarze nie dają jej więcej niż kilka tygodni życia. Pobyt w hospicjum to dla niej męczarnia, opiekunami nieskrywanie gardzi, a jej jedynym pragnieniem jest zjedzenie kawałka pizzy z przydrożnej knajpy na Manhattanie, do której za dzieciaka zabierał ją ojciec. Los postanowił jednak zapewnić bohaterce ciekawszą atrakcję: bliskie spotkanie z końcem świata. Na Nowy Jork spada deszcz meteorytów z wrażliwymi na najmniejszy hałas bestiami w gratisie, a kiedy kurz po ich pierwszym ataku opada, kobieta udaje się w kierunku przeciwnym do ewakuowanych mas. W wędrówce po zgliszczach tego, co kiedyś było jedną z największych ziemskich aglomeracji, towarzyszyć jej będą kot Frodo oraz napatoczony po drodze Brytyjczyk imieniem Eric (Joseph Quinn).

Punkt wyjścia intryguje i wysoko zawiesza fabularną poprzeczkę. Michael Sarnoski, przejąwszy pałeczkę po Krasinskim, z początku zdaje się opierać działaniu „prequelozy pospolitej” – wirusa sztampy i odcinania kuponów, który od czasu do czasu lubi nawiedzać Fabrykę Snów. Tam, gdzie filmowi protagoniści z reguły szukają szans na przetrwanie, a ich naturalnym instynktem jest aktywna walka z zagrożeniem, tutejsza (anty)bohaterka biernie kontempluje widok walącej się w proch metropolii. Sam nie zamierza ratować siebie ani nikogo innego; przy życiu podtrzymuje ją jedynie wspomnienie przeszłości oraz opieka nad rezolutnym mruczkiem. Eric pomaga jej na nowo odkryć uroki prozaicznych chwil i drobnych gestów, stopniowo rozkruszając mur jej charakteru. Jeśli więc Dzień pierwszy jest filmem o czymś więcej niż o chodzeniu na paluszkach w strachu przed kosmicznymi szponami, to przede wszystkim o celebracji krótkich przebłysków piękna w krajobrazie totalnej beznadziei; o docenianiu tego, co niegdyś budowało naszą codzienność i nadawało życiu smak. A także o pokornym żegnaniu się z własną historią.

Przeczytaj również:  „MaXXXine” jest już gwiazdą. Ale to nie wystarczy [RECENZJA]
fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy" / mat. prasowe United International Pictures
fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy” / mat. prasowe United International Pictures

Przyjęta przez Sarnoskiego strategia to jednak miecz obosieczny. I nie chodzi nawet o ciążącą nad widzem świadomość, że walka z obcymi jest z góry skazana na niepowodzenie (prawo prequela), a bohaterka nie ma szans na wygranie z chorobą. Trudno szczerze przejąć się losami protagonistki, kiedy ta od początku do końca wyraża absolutną rezygnację, nie przyświeca jej żaden cel, a rola postaci sprowadza się do biernego krążenia w kółko między ruinami wczorajszych wieżowców. W konsekwencji z horyzontu znika jakakolwiek stawka, a zagrożenie zaczyna istnieć wyłącznie na papierze. Ciekawe, że to akurat na relacji zblazowanej Sam ze strachliwym Erikiem twórcy próbują stawiać emocjonalny ciężar – bohaterów nic nie łączy, są dla siebie zupełnie obcy, a pomimo fantastycznej gry Nyong’o i Quinna w chemię pomiędzy nimi nie sposób uwierzyć inaczej niż na słowo.

Konia z rzędem temu, kto wytłumaczy rządzące bohaterką motywacje lub nada sens irracjonalnej postawie jej współtowarzysza, który od tak postanawia „przyssać się” do nieznajomej i od tej pory być jej kompanem w tułaczce donikąd. Skoro zależy mu na przeżyciu (a wszystkie znaki na niebie i ziemi to sugerują), dlaczego od razu nie poszedł szukać ratunku z pozostałymi? Jaka intencja kieruje Sam, kiedy raz ucieka w popłochu przed szczękami drapieżników, by zaraz wpaść w nie – dosłownie – na własne życzenie? Scenariuszowe absurdy i gwałty na logice można wyliczać bez końca, abstrahując nawet od wątpliwości, które już w poprzednich dwóch częściach kazały wysoko zawiesić niewiarę (jak choćby cokolwiek niekonsekwentne zachowanie potworów). Cała konstrukcja świata przedstawionego opiera się bowiem na wyjątkowo chwiejnym rusztowaniu. Wystarczy podmuch, by odbiorcze zaangażowanie runęło szybciej niż wysadzany w jednej ze scen Most Brookliński.

Przeczytaj również:  „Do granic” – krzesło, stół i nieludzka machina [RECENZJA]

Postawmy jednak sprawę jasno: raczej nie zwykliśmy oczekiwać logicznej precyzji po filmie o obślizgłych kreaturach z kosmosu, dla których każdy wydany przez człowieka dźwięk jest wezwaniem na obiad. Gorzej, że twórcom brakuje pomysłu na interesujące przedstawienie początków inwazji, a pod względem inscenizacyjnego kunsztu Dzień pierwszy nie dorasta do pięt poprzednikom. Sarnoski w każdej scenie konfrontacji z obcymi zdaje się powielać jeden i ten sam schemat, znany już zresztą na wylot z filmów Krasinskiego. Do znudzenia obserwujemy więc, jak któraś z postaci omyłkowo nadepnie nie tam gdzie trzeba, tu coś trąci, tam przewróci, a innym razem wypowie jedną głoskę o decybel za głośno. Wszystko to zostało zrealizowane bez krzty polotu, jakby na leniwym autopilocie. O ile we wcześniejszych odsłonach każdy szelest sprowadzał widza na krawędź fotela, tu jest jedynie przystankiem do rutynowego odhaczenia.

fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy" / mat. prasowe United International Pictures
fot. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy” / mat. prasowe United International Pictures

Choć zdarzają się momenty, w których niepospolita autorska wrażliwość w końcu dochodzi do głosu (jak świetna scena pantomimy w klubie jazzowym albo gonitwa w przeszklonym biurowcu), reżyser przez większość czasu kroczy po linii najmniejszego oporu. Dlatego zamiast podkręcania emocjonalnej temperatury, choćby poprzez igranie z oczekiwaniami publiki, filarami nowego Cichego miejsca pozostają generyczne rozwiązania i sprane gatunkowe klisze. Wszelkie wolty łatwo przewidzieć, a twórcy zdają się zapominać, że na obecnym etapie kino grozy dysponuje subtelniejszymi środkami wyrazu niż nagłe rzucenie potworem w obiektyw. Żal też niewykorzystania bogatej infrastruktury miasta – Wielkie Jabłko jest tu wyłącznie efekciarskim tłem, które można by właściwie zamienić na pejzaż dowolnej innej metropolii.

Bodaj największym grzechem Dnia pierwszego pozostaje kompletne zaprzepaszczenie potencjału prequela: w kontekście zdominowania Ziemi przez kosmiczne monstra nie dowiadujemy się niczego, co wcześniej nie zostałoby już wyjaśnione. Z niesmakiem wyjdą zatem z kina ci, którzy w filmie będą szukać odpowiedzi na kluczowe pytania o przyczyny ataku obcych, a przede wszystkim – źródeł ich skrajnej mizofonii; tego jak zareagował na nie świat; w jaki sposób odkryto, że od tej pory przetrwanie będzie możliwe wyłącznie dzięki globalnej zabawie w „króla ciszy”. Tam, gdzie kusi wizja interesującego rozwinięcia mitologii świata przedstawionego, Sarnoski z zasady wybiera drogę na skróty, zaś pierwotnie niekonwencjonalne zabiegi prędko okazują się jedynie zasłoną dymną przed łańcuchem utartych narracyjnych ścieżek. Szok i niedowierzanie: wystarczyły ledwie dwa zastrzyki hojnego przychodu, by seria niegdyś odświeżająca gatunkowe tropy, wnet stała się kolejnym straszakiem z hollywoodzkiej zamrażarki.

Korekta: Adrian Jankowski

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.