“Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” – Historycy tu i teraz [RECENZJA]

Czy to traktowany jako ostra jak skalpel satyra polityczna (jak chce dystrybutor), czy jako esej o rewizji historyczności – nowy film Radu Jude jest jedną z najciekawszych w tym roku premier w Polsce. Niestety dociera on do nas dosyć późno, bo ponad rok po wiktorii na festiwalu w Karlowych Warach i światowej premierze. Ale zdecydowanie warto było czekać.

Zaczyna się od propagandowego nagrania z lat drugowojennych – wyzwolenia Odessy z rąk radzieckich przez armię rumuńską w roku 1941. Obrazowi towarzyszy podniosła i radosna muzyka oraz głos lektora snującego oderwaną od rzeczywistości projekcję wolności i swobody. Archiwalia będę powracały jako główny leitmotiv filmu, zaopatrując go w fakty, konteksty, portretując całość w ramach tzw. bigger picture.


Zobacz też: “Ikar. Legenda Mietka Kosza”, czyli Zagraj to jeszcze raz, Dawid [RECENZJA]

To historia zawieszona gdzieś między dokumentem a dramatem. Fikcją a rzeczywistością. Oto w swojej pierwszej scenie widzimy jakby moment rozpoczęcia kręcenia, klaps z nazwiskiem reżysera Radu Jude i inne technikalia planu filmowego. Przed kamerą przedstawia się rumuńska aktorka Ioana Iacob, która zaczyna opowiadać o sobie i innych aktorach grających w filmie.

W następnej scenie “kamery już nie ma”, a my, zdaje się, zaczynamy oglądać film, fikcję. Grana przez Iacob Mariana Marin to młoda, ambicjonalna artystka, która przygotowuje prowokacyjną rekonstrukcję historyczną. Ma ona przedstawiać wydarzenia z masakry odesskiej – aktu wymordowania kilkudziesięciu tysięcy Żydów w wyzwolonym w październiku 1941 roku mieście. Dla bohaterki to tylko asumpt, żeby ukłuć wszystkich Rumunów tragedią Holocaustu – z rumuńskich rąk zginęło wówczas ok. 380 tys. Żydów, choć mało kto skłonny jest o tym mówić. Lepiej opowiadać o ucisku komunizmu i obaleniu sekretarza Ceaușescu, o chwale bohaterów i rzymsko-dackich legendach.

Początkowo zatem cel Mariany – a więc i całego filmu – pozostaje jasny. Zresztą jej nazwisko nie jest przypadkowe. Mariana Marin była znaną rumuńską poetką, bardzo krytyczną wobec dyktatury lat komunistycznych. By uniknąć cenzury, kryła się za parabolicznymi metaforami w dzienniku o życiu wyobrażonym w obozie na otwartej przestrzeni, jakim miała być Rumunia tamtych lat. Bohaterka rości sobie zatem tytuł artystki, której zadaniem jest mącić utarte w społeczeństwie schematy i stereotypy.

Jednak jej szczytny cel, żeby uświadamiać i przypominać, także zostaje poddany w wątpliwość. Najlepszą egzemplifikacją tego jest znakomita scena rozmowy Mariany z kuratorem z miejskiego ratusza, przypominająca trochę starcie magistra Kruszyńskiego z docentem Szelestowskim w Barwach ochronnych. Zresztą film Jude obfituje w długie, teoretyzowane dialogi, dywagacje i rozciągnięte sceny. W tej rozmowie urzędnik zarzuca bohaterce, że cały ten spektakl jest nie tyle aktem idei, co jej indywidualnej buty i poczucia wyższości. Bo to jej pomysł, to ona chce udowodnić swoim rodakom, że są antysemitami i denialistami, a ona wybijającą się ponadprzeciętną świadomością decydentką. Poza tym: czemu w ogóle miałaby służyć taka rekonstrukcja? Ludzie nie chcą rozmawiać o tych tematach, nie jest im to na rękę, a jeśli coś do nich dotrze, to tylko doraźnie. Przecież w razie kolejnej takiej granicznej sytuacji, np. podczas wojny, tłum zachowa się tak samo. Nigdy więcej to tylko wyświechtane hasło, które naiwnie próbuje się forsować od zakończenia II wojny światowej. Może wierzymy w nie, wkraczając w mury oświęcimskiego obozu, ale na drugi dzień konfrontujemy to z masochizmem rzeczywistości, który nie działa życzeniowo. Czy zatem działania bohaterki, wypływającej raczej z lewicowych, antagonistycznych przekonań, nie są po prostu pokazem wyższości? Tezą, pod którą dyryguje swoje działania?


Zobacz też: “Supernova” – Climax w biały dzień [RECENZJA]

Jude powstrzymuje się jednak od odpowiedzi, portretując obie strony, ważąc dyskusje, choć nie w terminach symetryzmu czy prawdopośrodkizmu, ale w roli badacza wychodzącego naprzeciw społecznym konstruktom i przekonaniom. Bo właśnie – z jednej strony pokazuje tych wszystkich, dla których już sam temat odesskiej masakry jest niewygodny, niewygodni są też Cyganie, biorący udział w widowisku czy ojkofobiczne zapędy pani reżyserki. Z drugiej strony to pożywka dla stawiających się w roli dydaktyków ludowych, intelektualnej elity, która wprost szuka okazji do wybicia się ponad powszedniość.

Ważnym punktem jest usytuowaniem obrazu na granicy udokumentowanej prawdy i nagranej fikcji. Sznyt dokumentu zaburza już niby wspomniana na początku scena, gdy Ioana wciela się w Marianę, a kamera teoretycznie przestaje być elementem świata diegetycznego. Losy bohaterki śledzimy nie tylko z planu rekonstrukcyjnego i kulis, ale także jej domu, gdzie na wpół roznegliżowana robi research, czyta książkę, ogląda materiały. Wiele z tych scen umieszczonych jest w planie ogólnym, dość zdystansowanym wobec bohaterki. Dodatkowo, są one nakręcona na taśmie 16 mm. Konwencja zmienia się właściwie dopiero podczas samego spektaklu, sfilmowanego w stylu relacji z miejsca zdarzenia przy sprzęcie telewizyjnym. Bezpiecznie będzie zatem określić Barbarzyńców mianem dzieła metafikcyjnego, co nie musi mu odbierać ani grama autentyczności. Dostrzegalne jest to zwłaszcza przy rekonstrukcji w zachowaniach cywilów, którzy współtworzą społeczne postawy i współpamiętają swoje dzieje.


Zobacz też: Klasyka z Filmawką – “Szczekające psy nigdy nie gryzą” Bonga

Na szczęście, mimo całej tej quasi-eseistyki, filmowi Radu Jude przylgnęła też łatka czarnej komedii, zresztą słusznie. Przezabawne są te groteskowe zestawienia tradycji militarnej i współczesnego cynizmu wobec chwalebnej historii – zaangażowani w rekonstrukcję aktorzy pokazują to, naigrywając się z muzealnego arsenału, nazistowskich symboli czy pompatycznych kronik propagandowych z lat wojennych. Oglądając jedną z nich, zastanawiają się, czy ze wzroku tych ludzi da się wyczytać, który z nich był mordercą, podśmiechując się z koncepcji Cesare Lombroso. Barbarzyńcy zestawiają tak sposób postrzegania przeszłości przez starych nowych, którzy coraz śmielej abstrahują od tego, co było.

Rozdrapując historyczne blizny i przywołując temat Holocaustu, reżyser nie wpisuje się w tradycyjny nurt tego typu filmów. Stara się opowiedzieć nie tyle o ofiarach czy sprawcach, ale o zbiorowej świadomości historii, a więc o współczesności. O tym, jak politycznie wciąż gra się tym tematem, rozpisuje pewne narracje i utrwala je w codzienności tak, że później nie jesteśmy nawet w stanie nawiązać publicznej dyskusji. Ciężko tu o ścisłe analogie, bo kazus rumuński jest skrajnie różny od naszego, ale taki klincz miał miejsce w Polsce w styczniu 2018 roku przy okazji nowelizacji ustawy o IPN-ie, gdzie głównym problemem było okopywanie się w swoich racjach. Film porusza także kwestię tego, jaką rolę może pełnić artysta, choć zastanawia się również, czy może on mieć jeszcze jakiś rzeczywisty wpływ na dyskurs.

Wreszcie chodzi o słowa Iona Antonescu, rumuńskiego marszałka i dyktatora w trakcie wojny, który wydał rozkaz eksterminacji Żydów w październiku roku 1941 (ale też później). Te słowa to tytuł filmu: Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy. Dziś wybrzmiewa to równie dosadnie, ale ma inny wydźwięk. Pytanie brzmi: jak ustosunkujemy się do hańby naszych przodków, do hańby Europy, która odpowiedzialna jest za Holocaust? Politycy, zwykli cywile – czy zastanawiają się, jakie dają świadectwo przyszłości? Będąc tubylcami teraźniejszości, tracimy świadomość historyczności. Z taką nieodpowiedzialnością stajemy się barbarzyńcami klimatu, przyrody; rządzący instrumentalnie traktują ludzi obcych, a Żydzi i Cyganie wciąż są na agendzie nienawiści.


Zobacz też: “Undone” – Ciąg dalszy [RECENZJA – SEZON 1]

Radu Jude nie wie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy. Z zacnością prawdziwego autora nie szasta tezami, ale stawia nas przed niewygodnym obrazem tego, na co składa się nasza tożsamość kulturowa i narodowa. Jasne, że możemy przejść obok tego obojętnie – w końcu Polacy nie mordowali Żydów, a nasza historia opiewa w heroiczne eposy o walce dobra ze złem. Zakończenie filmu nie jest zresztą jakimś przełomowym zrywem, a jedynie dotkliwym spektaklem, w istocie fikcją. Można po tym pójść do domu i zapomnieć o niewygodach. Czy w ogóle nas to jeszcze obchodzi?


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.