“Ikar. Legenda Mietka Kosza”, czyli Zagraj to jeszcze raz, Dawid [RECENZJA]

Każdy kto choć raz słuchał Mieczysława Kosza wie, że była to postać nietuzinkowa w historii rodzimej muzyki. Trudno bowiem, patrząc na wielki zbiór polskich pianistów, wskazać osobę, która potrafiła w swoich nagraniach łączyć subtelność z wirtuozerią, oddając efemeryczność zauroczenia w swoim genialnym frazowaniu. Niestety, jego persona i twórczość zostały niejako wyparte ze zbiorowej świadomości, a tytułowa legenda wspominana bywa jedynie przez największych fanatyków jazzu. Swoim najnowszym filmem Maciej Pieprzyca próbuje odkurzyć zalegające na półce winyle i sunącymi po fortepianie palcami Leszka Możdżera zakrzyknąć: “Zagraj to jeszcze raz, Mietek!”.

Punkt wyjścia nie mógł być inny – Festiwal Jazz Jamboree 67′, na którym to Kosz podbija serca publiczności. On, niewidomy chłopak z prowincjonalnej wsi Antoniówka, szturmem bierze jeden z najważniejszych festiwali muzyki jazzowej po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Z dnia na dzień staje się inspiracją i najbardziej pożądanym nazwiskiem na rynku, a jego trio zjeżdża nie tylko całą Polskę, ale i świat. Ma bowiem coś, czego brak reszcie konkurencji: “potrafi zapomnieć o klawiszach i nie przestawać grać”.

Maciej Pieprzyca znakomicie potrafił uchwycić oraz oddać wzlot pianisty i jego brawurowy początek kariery. Umiejętnie bawi się formą i odważnie przełamuje utarte konwencje gatunkowe; niczym Kosz wprowadzający do jazzu folklor i oddający w nutach swoją miłość do tradycyjnych romantyków jaka została przekazana mu w jego szkole muzycznej. I tak też reżyser daje kamerze tańczyć nad głównym bohaterem w przepięknych sekwencjach muzycznych, nie boi się ukazywać jego indolencji w drodze ku perfekcyjnemu brzmieniu (mistrzowsko zrealizowana scena frazowania), a dzięki ostremu, rytmicznemu montażowi płyniemy przez całą opowieść, rozkoszując się ciętymi ripostami i taktami pięknych utworów. Nawet retrospekcje, inaczej niż w większości biografii, nie zabijają tempa narracji, a sposób ich przedstawienia, mając w pamięci historie podopiecznych ośrodku w Laskach, jest bardzo godny i wiarygodny.

Ikar… to film-paradoks, którego poziom odzwierciedla pozycja Mietka w chwili przedstawienia jej na ekranie. Gdy śledzimy jego złote lata, cała produkcja nie ma żadnej konkurencji, nie tylko na naszym rynku, ale i w ogóle. Gdy jednak główny bohater – z powodu wzmożonego egoizmu i ogromnych problemów z alkoholem – zaczyna niweczyć wszystko co osiągnął i relacje, które zbudował, również sama biografia traci swoją tożsamość, stając się kroplą w morzu muzycznych biopiców.

Nagle zamiast produkcji, która bardzo zręcznie unikała klisz (albo też potrafiła kamuflować ich obecność, zaczynamy oglądać film, który widzieliśmy już wiele razy. Dostajemy tradycyjny zestaw: niespełnioną miłość, wyrzucanie butelek, wybuchy wściekłości i zatrważający egocentryzm, dobitnie podkreślający zmianę tożsamości bohatera. Zapominamy wówczas nawet o muzyce, co tym bardziej przekreśla dotychczas kreowany klimat.

Szczególnie boli fakt zaniechania muzycznego w drugiej części, gdyż mało w naszym kraju twórców o takim wyczuciu audiowizualnym co Pieprzyca (Skonieczny to jednak inna kategoria), zwłaszcza gdy chodzi o jazz. Miłość do tej muzyki można było usłyszeć już wcześniej: również ścieżka dźwiękowa do znakomitego Jestem mordercą fascynowała znakomitymi perkusyjnymi improwizacjami. Pomijając nawet sceny koncertowe, które są imponujące i zachwycające – na czele z bitwą na dwa fortepiany – reżyserowi wraz z autorem muzyki, Leszkiem Możdżerem, udaje się miniaturami muzycznymi malować i wypełniać chłodne wnętrza mieszkania Kosza czy sal bankietowych, na których gra.

Pieprzyca określa swój styl pracy nad scenariuszem opartym na faktach mianem “prawdziwego zmyślenia”, gdzie opracowuje dramaturgię i oddaje swoje wyobrażenie na temat życia bohatera, korzystając z faktów jedynie pretekstowo. Dlatego jeszcze bardziej nurtujące zdaje się być pytanie: czemu druga połowa jest tak wtórna i nudna? Bowiem, jak pokazuje przypadek pierwszej części, na pewno nie chodzi o kurczowe trzymanie się biografii.

Najważniejszą częścią całej produkcji jest oczywiście Dawid Ogrodnik w pełni przekształcający się w Mietka Kosza. Odtwarza jego ruchy, mimikę, o idealnym odwzorowaniu fizycznym nie wspominając (by dodać postaci realizmu, Ogrodnik przez większość czasu gra z zamkniętymi oczami), wyzbywając się siebie na rzecz Kosza i po raz kolejny udowadniając, że nikt w naszym kraju nie implementuje tak dobrze metody aktorskiej.

Problem w tym, że Ogrodnika w tej konwencji już widzieliśmy. Kosz, z całym swoim arsenałem zachowań, jest fuzją postaci z Chce się żyćOstatniej rodziny. Neurotycznym samotnikiem pozbawionym szczęścia. Niezrozumianym geniuszem. Osobą wyklętą i dyskryminowaną ze względu na niepełnosprawność. Więc oczywiście, kreacja Kosza jest genialna, ale dobrze znana tym, którzy widzieli Ogrodnika przynajmniej parę razy na dużym ekranie.

Ta przemyślana, acz niewątpliwa szarża aktorska wraz z rozwojem filmu zaczyna rozbijać go dramaturgicznie. Ogrodnik, który jest Koszem, zagarnia cały ekran dla siebie, nie dając rozwinąć skrzydeł drugiemu planowi. Dlatego też sceny mające mocno oddziaływać na nas emocjonalnie, całkowicie nie trafiają, gdyż postacie dla bohatera konfliktowe nie miały wystarczająco miejsca i czasu, by stać się dla nas ważnymi.

Ikar niespodziewanie okazał się tytułem profetycznym. Tak samo jak zaskakująco udało mu się wznieść i na wyciągnięcie ręki zbliżyć do biograficznego ideału, tak samo nagle boleśnie upada.

Jedna myśl pozwala przełknąć mi gorycz rozczarowania – 18 października rozpocznie się moda na słuchanie Mietka Kosza. Chciałoby się powiedzieć: “Wreszcie”.

3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.