“Undone” – Ciąg dalszy [RECENZJA – SEZON 1]

Takie projekty jak Undone – gabarytowo drobne, dla polskiej widowni trochę ukryte przez niesprzyjający dostęp streamingowy (czytaj: nie ma ani na Netfliksie, ani na HBO) – często przechodzą obok nas zapomniane i niezauważone. I nie ma w tym paradoksu; odkąd przestaliśmy oglądać telewizję, staliśmy się jeszcze bardziej wygodni i przykuci do najłatwiejszych kanałów. Pobieżny przegląd opakowania nowego serialu Amazon Prime to chyba najlepsza, natychmiastowa zachęta do sięgnięcia po niego.

Ustalmy zatem żołnierskie fakty. Twórcy: Raphael Bob-WaksbergKate Purdy (ten pierwszy to także kreator BoJacka Horsemana, ta druga jest producentką wykonawczą serialu). Pierwszy plan: Rosa Salazar (najbardziej znana z Alita: Battle Angel) oraz Bob Odenkirk (który ciągle jest w tej branży produktem deficytowym; przede wszystkim Better Call Saul, po raz czwarty nominowany za tę rolę do nagrody Emmy). Czas: 8 odcinków po 20 minut metraż. Akcja: zblazowana, żyjąca na rutynie Alma doznaje wypadku – po kłótni z siostrą wpada do samochodu i odjeżdża. Do wypadku doprowadza przez nieuwagę, gdy na poboczu jezdni dostrzega wizję zmarłego w dzieciństwie ojca, Jacoba Winograda. Ten prosi ją o pomoc, wierzy bowiem, że jego śmierć nie była przypadkowa i ktoś próbował się go pozbyć. I jeszcze ważny punkt, animacja: potężny efekt uzyskany dzięki technice rotoskopowej (rysunkowym odwzorowaniu nakręconych na kamerze materiałów).

Undone niesie ze sobą pewien minimalizm środków i przywiązanie do prostych interakcji dnia codziennego. Może to dziwić, serial w całej swej rozciągłości zapowiada przecież coś na kształt wielkiej konspiracji, odkrywania kosmogonicznych arkanów czasoprzestrzeni, co najmniej walki z czasem większej niż życie. Ale Alma, jako bohaterka “przegranych z życiem” i nim zmęczonych, w dalszym ciągu skupia się na swojej rutynie. Po wypadku zapada w śpiączkę, niedługo potem wybudza się w szpitalu i wraca do domu. Każdemu wydaje się, że to powrót do normalności, do mieszkania z kochanym chłopakiem, niezręcznych rozmów z nadopiekuńczą matką, przygotowań do głupiego ślubu siostry i groszowej pracy w okolicznym żłobku. Każdemu poza nią. Bohaterka dzięki nowo odkrytym umiejętnościom ulatnia się, odseparowuje od świata zewnętrznego, choć dalej rymuje się z własną rutyną.

Pojawienie się nieboszczyka ojca jest dla Almy odpowiedzią na kryzys swojej egzystencji. Kiedy spotykamy ją po raz pierwszy, trawi ją monotonia codzienności, wpada w nieubłaganą pętlę – każdego dnia robi dokładnie to samo, niemal mechanicznie. I’m 28 years old and I’m terrified this is all there is – mówi. To coś, z czym każdy z nas kiedyś się zmierzył (lub niechybnie zmierzy), podstawowe pytanie o każualową ontologię indywiduum. Czy żyjemy tylko tu i teraz i nie ma już na co liczyć? Autosugestywnie protagonistka otrzymuje swoją odpowiedź. Ojciec, który zginął w tajemniczych okolicznościach i o którym matka Almy, Camilla, nie chce za bardzo rozmawiać, okazuje się idealnym panaceum; podobnie obietnica “przygody”, jakkolwiek zdefiniowanej w dorosły sposób, dalej snuje się jako coś frapującego i kosmicznego. Nie bez powodu zapisany we wspomnieniach bohaterki Jacob, dyskutując o Czarnoksiężniku z Oz, nie może nadziwić się małej Dorothy, które w obliczu perspektywy tak niezwykłej przygody jedyne czego chce, to wrócić do domu. Chce, żeby Alma obiecała mu, że ona takiej okazji nie zmarnuje.

Co Bob-Walksberg i Purdy gwarantują to zdecydowany poziom jakości. Poczynając od samej substancji, a więc wizualiów, Undone zniewala już obrazem. Ślicznie zanimowani aktorzy (wyjątkowo dopieszczona jest tu przodująca Rosa Salazar) to piękny zabieg, który część może kojarzyć z Życia świadomego czy Przez ciemne zwierciadło Richarda Linklatera. Nie mylicie się. Animatorów z tych filmów zaciągnięto do pracy również przy tym serialu, stąd bardzo charakterystyczna kreska, gładkie, malownicze przejścia między ujęciami i pieczołowicie uchwycone grymasy na twarzach postaci. Na tła kadrów składają się piękne, oleiste malunki. Rotoskopia płynnie uplastycznia bieg wydarzeń, dzięki czemu łatwo przenosimy się z łazienki Almy do odmętów czasowej zawiesiny; od wspomnień do alternatywnej rzeczywistości.

W newralgicznych dla serialu dialogach brylują naprawdę dobrze napisani bohaterowie, którzy mają w sobie coś zwyczajnego i w ten zwyczajny sposób dramatycznego. Ewidentnie ujawnia się tu pióro Walksberga – szczególnie w ironicznej, nieraz cynicznej postawie głównej bohaterki i jej statusu wobec świata. W ten przywykły BoJackowi sposób denializuje przed wszystkimi własne problemy i skrywane traumy, jako chłodna (i wątła) jednostka zachowuje wobec tych bolączek dystans. Niezdolna zaangażować się ani w emocjonalny związek, ani w karierę, bytuje w limbo.

Jej riposty to także classic BoJack, wraz z rzucanymi z rękawa referencjami popkulturowymi, humorem o quasi-depresji czy krótkimi chwilami absolutnej szczerości. Gdyby brać się za bardziej gruntowną komparatystykę Almie bliżej by może było do postaci Diane, choćby ze względu na świadomą, feministyczną postawę, wyczulenie na konteksty rasowe (jej rodzina pochodzi z Meksyku, w 1/16 – od rdzennych ludów) i inteligencką elokwencję. W cały ten zestaw charakterologiczny wpisuje się opiewający całość produkcji humor: niezręczny, autentycznie zabawny i aktualny – przynajmniej dla tych mitycznych milenialsów.

Sama historia zaczerpnięta została niejako z autopsji współtwórczyni Kate Purdy, która w wieku 33 lat przeżywała załamanie nerwowe. Szukając rozwiązania swoich problemów, zafascynowała się metodami stosowanymi przez szamanów z rdzennych (indiańskich) kultur, odkrywając nowe spojrzenie na stan psychiczny człowieka. Perspektywa ta zdaje się kluczowa, zwłaszcza po skończonym seansie. Zakończenie, które pragnę zachować w słodkiej tajemnicy, wcale nie musi narzucać nam najoczywistszej i racjonalizującej interpretacji. Twórcy, nie wywracając wcale swojej wieży fabularnej z podstaw indywidualnego kryzysu i terapii, składnie łączą ją z wątkami podróży w czasie, spirytualnymi kontaktami czy tubylczymi przodkami. Jakkolwiek sceptycznie to antycypować, sprzedanie takiej historii bez cienia zażenowania robi wrażenie.

Z kolei sama obecność postaci odgrywanej przez Boba Odenkirka błyskawicznie skojarzyła mi się z motywem z żywotnego wciąż Mr. Robota (nota bene czwarty, finałowy sezon rozpocznie się już niebawem, bo 6 października, choć na razie bez premiery w Polsce). Tam także zmarły przed laty ojciec (Christian Slater) powraca w wizjach bohatera, przyobiecując mu ważną do spełnienia misję, łatając jednocześnie wychowawcze pustki i doświadczając dysfunkcji społecznej infanta. W produkcji Sama Esmaila nabiera to jednak gargantuicznych rozmiarów, korespondując trochę z marami anarchistów i teoriami w foliowej czapce. Choć punkty zbieżne szybko się urywają, zarówno dla Almy, jak i dla Elliota ten nagły zryw w ich rutynie służy przede wszystkim im samym, ma wymiar mniej lub bardziej niejednoznacznie terapeutyczny.

W Mr. Robocie co prawda wskazują na to sesje bohatera z psychologiem, ale w tej dysturbującej układance, zwłaszcza w kolejnych sezonach, coraz mgliściej możemy określić ten poziom psychopatologiczny postaci. O wiele łatwiej wskazać palcem na takie aspekty w produkcji Walksberga-Purdy. Bardzo słusznie, zamiast dezintegrować i powiększać skalę fabuły, kurczowo skupiają się na 28-letniej dziewczynie i problemach jej i jej otoczenia. Niewiele tracą na spektakularności i rozmachu (nie bez kozery mamy zniewalający świat rotoskopowej animacji), a brylują intymnością introspekcji i rytmiczną narracją, która zna swój początek i koniec.

Warto dodać jeszcze jedną rzecz. Jak zdradzili Waksberg i Purdy, genezy ich projektu można się dopatrywać bezpośrednio we współpracy na planie BoJacka. W pierwszym sezonie Purdy była scenarzystką ikonicznego odcinka zatytułowanego Downer Ending. Wówczas to BoJack odmawia Diane prawa do publikacji książki o nim, bo przedstawia go w niezbyt pozytywnym świetle – a przynajmniej nie takim, w jakim by chciał. Postanawia napisać swoją autobiografię, a robi to przy pomocy Todda, Sarah Lynn i masy dragów. Wszystko kończy się pozaziemskim tripem Horsemana, któremu w halucynacjach ukazują się dwie ścieżki, ta, którą w życiu wybrał i spieprzył oraz ta, którą mógł wybrać. Po chwili przenosi się do alternatywnej rzeczywistości, w której żyje w domku nad jeziorem w Maine z Charlotte, miłością swojego życia. Purdy przypomina, że gdyby BoJack podjął w przeszłości trochę inne decyzje, był mniej egocentryczny i narcystyczny, to mógłby wieść szczęśliwe życie.

BoJack Horseman, Downer Ending (S01E11).

Dlatego przez cały odcinek zadaje on sobie pytanie: Czy jest już za późno? Twórcy Undone wyszli od tych założeń, skupiając się na ich filozoficznej platformie. To był punkt wyjścia, od tego momentu zaczęło się całe szaleństwo – mówił Walksberg w wywiadzie dla ComicBook.com – To był początek serialu. Czym miałoby to być i co chcieliśmy dzięki temu odkryć? Sporo rozmawialiśmy o tym, co nas interesowało, o granicach realności, co jest prawdziwe i jaka jest nasza percepcja realności i czy jest coś więcej? I o frustracji, że przecież musi być coś więcej.

Kiedy piszę ten tekst, prolongata serialu na 2. sezon dalej stoi pod znakiem zapytania. Nie wiadomo zatem, czy uznawać prawie trzygodzinny zamknięty rozdział za całą opowieść czy li tylko jej początek. Optowanie za każdą z opcji ma swoje bezsprzeczne zalety: z jednej strony to rzeczywiście ciekawy koncept z potencjałem, a o możliwości duetu twórców nie musimy się obawiać; coś jednak podpowiada mi, że Undone jako opus samo w sobie to idealny indie-monosezonowiec, niezależny i zakluczony. Pod tym względem można więc spać spokojnie, mając ten komfort alternatywnej decyzji.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.