Klasyka z Filmawką – “Szczekające psy nigdy nie gryzą” Bonga

Powroty do debiutów uznanych reżyserów są zaiste fascynujące. Kiedy już zna się drogę, którą w przyszłości podążą twórcy, można bardziej świadomie zapoznawać się z ich pierwszymi poważnymi próbami w świecie kina. Dzięki temu łatwiej jest dostrzec refleksy pewnych idei, przebłyski zabiegów formalnych, które sukcesywnie w późniejszych dziełach będą rozwijane i udoskonalane. Czasami debiuty są spektakularnymi porażkami, wszak gdy artysta w końcu może się wypowiedzieć, to rzadko potrafi ujarzmić rwący potok przemyśleń, przez co często po takich seansach widownia pozostaje z poczuciem nadmiaru, przeszarżowania.


Zobacz też: Klasyka z Filmawką – “Amadeusz”

Tymczasem Bong Joon-ho już w swoim pierwszym filmie osiągnął niebywały sukces. Jego Szczekające psy nigdy nie gryzą to zwycięstwo pokory nad pychą, pokojowej koegzystencji formy i treści nad bizantyjską estetyzacją oraz inteligenckim przekombinowaniem. W jego debiucie nie ma miejsca na jakiekolwiek fałszywe tony i puste gesty. Z każdej sekundy seansu Koreańczyk wyciska maksimum, tworząc przeraźliwie smutną, a zarazem przekomiczną wizję rodzimego społeczeństwa wesoło pląsającego w stronę przepaści. Mimo że każdy z podjętych tematów odnajdzie rozwinięcie w późniejszych dziełach Bonga, to już na samym początku kariery reżyser wyraźnie sygnalizuje, że dokładnie wie, o czym chce mówić i w jaki sposób to przekazywać.

Szczekające psy nigdy nie gryzą to historia zdesperowanego pracownika naukowego Yun-ju (Lee Sung-jae), któremu rzeczywistość ciągle wymyka się z rąk. Nie dość, że jego relacja z żoną obfituje w coraz więcej kłótni, to zaraz narodzi się ich dziecko, co potęguje lęk o przyszłość, zwłaszcza że mężczyzna wciąż nie może liczyć na awans na uczelni. Chciałby otrzymać tytuł profesora, ale według korupcyjnego cennika musi zapłacić za ten awans kwotę, której nie może zebrać. Jest zazdrosny o sukcesy rówieśników, poddaje się woli rządzącej małżonki, więc rzadkie wyjścia ze znajomymi na karaoke zawsze kończą się pijaństwem i powrotami nad ranem do domu. Mówiąc inaczej: jest zgnieciony przez silniejsze osobowości i z trudem tłumi w sobie gniew na otoczenie.


Protagonista nie ma wykształconych mechanizmów obronnych, które mogłyby go uchronić przed wiecznie napastującą rzeczywistością, więc szczekanie psów urasta do rangi apokalipsy, kataklizmu rozszarpującego jego wnętrzności i niepozwalającego na normalne funkcjonowanie. Morderczy instynkt przejmuje kontrolę nad Yun-ju, także mężczyzna zrobi wszystko, żeby zneutralizować emitenta hałasu i odzyskać upragniony spokój. Można nawet stwierdzić, że blisko mu charakterologicznie do polskiego Adasia Miauczyńskiego.

Losy bohatera przeplatają się w pewnym momencie ze ścieżką młodej dziewczyny (Bae Doona), mieszkającej nieopodal niego i prowadzącej swój cichy żywot spółdzielczej urzędniczki. Protagonistka również nie jest za bardzo zakorzeniona w otaczającym ją świecie. Chodzi do pracy, ale często się z niej wymyka, żeby poobijać się na zapleczu sklepu, w którym pracuje jej przyjaciółka. Snuje się po okolicy, nie ma jasnego celu w życiu, kolejne dni mijają jej niezauważalnie, niczym się od siebie nie odróżniając. Jej życie nabiera sensu, gdy przez lornetkę, w trakcie kolejnej sesji leniuchowania, przypadkowo zauważa stojącego na dachu mężczyznę (to nierozpoznany przez nią Yun-ju), który zamierza zrzucić psa z kilkunastu pięter. Rozpoczyna się pościg za oprawcą.

Już od samego początku uwydatnia się autorski styl Bonga. Historia utrzymana jest w kpiąco-gorzkim tonie, gdy kamera śledzi losy przedstawicieli koreańskiego społeczeństwa. Bawią poszukiwania szczekającego psa, ale śmiech momentalnie grzęźnie w gardle, gdy bohater naprawdę chce zrzucić czworonoga z dachu wieżowca. Rozczulają momenty słodkiego lenistwa dziewczyny, a jednocześnie smuci pustka wyzierająca spod idyllicznej tapety. Autor żongluje konwencjami, zręcznie przeskakując między intymnymi perspektywami postaci a refleksjami natury ogólnej. Szczekające psy nigdy nie gryzą to zarazem czarna komedia, dramat obyczajowy, a także pokręcona historia kryminalna.


Zobacz też: “Parasite”, czyli najbardziej polski film z Azji [RECENZJA]

Wysnuwane przez Bonga wnioski są nieciekawe: Korea jest więzieniem. Jednakże nie chodzi o polityków mających autorytarne zapędy. Reżyser skupia się bardziej na systemowych barierach, próbując jednocześnie ujawnić istotę towarzyszącego wszystkim ducha czasu. Z jednej strony rozprawia się z mitem o demokratycznym społeczeństwie, w ramach którego istnieje możliwość swobodnej fluktuacji pomiędzy grupami społecznymi. W obiektywie kamery nie ma miejsca na powtórkę z “amerykańskiego snu” – kto nie ma pieniędzy i władzy, ten skazany jest na biedniejszy żywot. Na nic się zdadzą umiejętności, gdy awans na uczelni zależy od tego, czy bohaterowi uda się wypić wystarczającą ilość alkoholu ze swoim przełożonym.

Klasistowska niesprawiedliwość ujawnia się w pełnej krasie w kontekście poszukiwania osoby odpowiedzialnej za zgony kolejnych psów. To nie Yun-ju, który rozpoczyna proceder mordowania czworonogów, ani nie dozorca, który zbiera później te trupy i robi sobie z nich potrawy, tylko bezdomny, podglądający obu mężczyzn i powtarzający ich zachowanie, zostaje schwytany przez policję i oskarżony o popełnienie wszystkich przestępstw. Wyżej postawionym mężczyznom wszystko zaś uchodzi na sucho.

Ale Bonga nie interesują tylko sprawy społeczno-ekonomiczne. Na podstawie losów bohaterki ujawnia tkwiące w ludziach poczucie cichej beznadziei, zanik wiary w możliwość zaznania życiowej przygody i wyrwania się z okowów codzienności. Wobec dziewczyny twórca jest najdelikatniejszy, kiedy stara się ukazać drążącą ją acedię. Nie oskarża jej o brak zaangażowania, nie nakłada na jej losy gatunkowych schematów, wikłając ją w jakieś ośmieszające sytuacje. Postać grana przez Bae Doonę jest w głębi serca dobrą osobą, chce znaleźć oprawcę zwierząt i zaprowadzić go przed organy sprawiedliwości. Wydaje się, że nie jest winna swojej sytuacji, po prostu w otaczającym ją świecie nie ma furtek, które mogłaby wykorzystać w celu dokonania jakiejś fundamentalnej zmiany.


Zobacz też: Mandy, Velvet Midnight i kasety wideo – Rozmawiamy z dyrektorami Octopus Film Festival [WYWIAD]

Absurd nudy, groteska bezsensu. Bong niezwykle szczerze charakteryzuje cywilizację przegrywów niezdolnych do jakiejkolwiek zemsty, zwłaszcza gdy źródło kłopotów jest niejasne, poza zasięgiem wzroku. Wydaje się, że debiut Koreańczyka jest najbardziej surowy, ale też tematycznie najbardziej bezkompromisowy spośród jego wszystkich dotychczasowych filmów. Reżyser unika łatwych tez i nie sięga po efekciarskie chwyty, a mimo to skutecznie definiuje bolączki członków ponowoczesnego społeczeństwa. Może w chwili premiery w 2000 roku bongowe diagnozy były trochę na wyrost, lecz prawie dwudziestoletnia perspektywa potwierdza profetyczną moc tkwiącą w przeprowadzonej przez niego analizie. Warto często wracać do pierwszej, jakże celnej salwy wystrzelonej przez tego utalentowanego twórcę. 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.