Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Hokum” – Źle się dzieje w Irlandii [RECENZJA]

Łukasz Al-Darawsheh
Hokum fotos
fot. „Hokum” / mat. prasowe Monolith Films

Po miesiącach czekania i dystrybucyjnych zawiłości Hokum trafiło wreszcie do polskich widzów. Co prawda, zamiast kinowej sali historię obejrzeć można najwyżej na domowej kanapie, ale przecież horror bronić może się bez względu na rozmiar ekranu. Techniczne smaczki czy scenariuszowy wdzięk to miłe dodatki, ale skalą, przez którą oceniamy straszaki, jest nic innego jak czysta, fizyczna reakcja (albo napływ bodźców do ciałka migdałowatego, jak kto woli). Nie dziwi więc, że już pierwsze zwiastuny najnowszego filmu Damiana McCarthy’ego wywołały niezdrowe podniecenie wśród fanów horroru. Pokazane tam monstrum, dziwaczny króliko-stwór, działa właśnie na tej płaszczyźnie – wyrwany z jakiejś wypaczonej dziecięcej fantazji wywołuje lęk samym swoim istnieniem, wszelkie symboliczne czy psychologiczne aspekty sprowadzając do drugorzędnej roli. Królik, jako obraz smarkackiego lęku, to wreszcie obietnica powrotu do horroru zrodzonego z atmosfery i niepewności; lęku najbardziej irracjonalnego. Pytanie tylko, czy ta obietnica została spełniona.

Ohm Bauman (Adam Scott) to poczytny pisarz, już od pierwszej sceny dręczony (metaforycznie i dosłownie!) przedwczesną śmiercią matki. Zmęczony psychologiczną udręką wyrusza do Irlandii, gdzie planuje rozsypać prochy swoich rodziców. Wyjazd do Europy ma być ucieczką od własnej psychologii, ale też ostatnią przysługą wyświadczoną rodzinie – irlandzki hotel, w którym się zatrzymuje, jest tym samym, w którym  jego rodzice spędzili miesiąc miodowy; bodaj ostatni moment partnerskiego szczęścia. Personel hotelu, jak na horror przystało, składa się w większości z członków jednej, enigmatycznej rodziny, a niespokrewnionym z nim nieszczęśnikom przychodzi uczestniczyć w familijnych intrygach i zawiłościach. Ohm, jak na pisarza-bohatera horroru przystało, jest skończonym bucem i mizantropem. Budynek – jak na dom strachów przystało – znajduje się w lesie, gdzie mieszkają nie tylko podejrzane, uzależnione od halucynogenów typki, ale też wiedźma. Sztampowość tego dramatycznego ustawienia nie jest wadą samą w sobie. McCarthy rozkłada znane klocki jako hołd dla klasyki, ale buduje z nich opowieść przesiąkniętą współczesnymi horrorowymi tendencjami. Dopiero to do bólu współczesne rozstawienie staje się źródłem wszystkich filmowych wad i zalet.

Sprytny remiks znanych konwencji wyciąga to, co w kinie Irlandczyka najlepsze. Oto horror atmosfery i pełnego zrozumienia grozy. Już od pierwszych scen pod skórą pojawia się niepokój, który przez absolutnie opresyjną atmosferę reszty seansu jedynie wzrasta. Napięcie od czasu do czasu rozładowuje taktownie wpleciony jumpscare, ale główne skrzypce gra tutaj wciąż creature horror. Już sama zapowiedź pojawienia się królika czy wiedźmy wystarczy, żeby nastraszyć widza. Znajome chwyty przełamuje się postmodernistyczną zabawą z gatunkiem; reżyser nie omieszka mrugnąć do widza, wplatając w ten duszny świat trochę humoru albo przypominając nam, że znajdujemy się w filmie, nie w rzeczywistości. Wreszcie jednym z najbardziej udanych motywów w filmie jest zastąpienie – zdawałoby się, że w horrorze obowiązkowych – ujęć na wykrzywione strachem twarze bohaterów, montażem równie wykrzywionych oblicz kiczowatych figurek cherubinków, których pełno w hotelowym apartamencie dla nowożeńców.

Przeczytaj również:  „Light Pillar” – Chiński Aki Kaurismäki | Recenzja | Animator 2026
fotos z filmu Hokum
fot. „Hokum” / mat. prasowe Monolith Films

Jednocześnie te post-horrorowe zabawy prędko wymykają się spod kontroli. W imię samoświadomej konwencji klisza goni kliszę w tempie tak morderczym, że trudno zorientować się, co ma być hołdem, a co pastiszem. Tak na przykład, zachowanie Ohma przypomina wszystkie komediowe anegdotki o zapijaczonym Stephenie Kingu, przedmioty i technologia przestają działać wtedy, kiedy jest to fabularnie najwygodniejsze, a (delikatny spoiler!) martwa pracownica hotelu do złudzenia przypomina martwą matkę głównego bohatera, chociaż z tego duchowego siostrzeństwa nie wynika nic, oprócz dodatkowego psychologicznego cierpienia protagonisty. Wreszcie, w prawdziwie „nowofalowym” geście, reżyser sporą część stuminutowego metrażu poświęca umysłowi bohatera. To psychologiczne zacięcie objawia się w serii gwałtownych flashbacków i bliżej mu do pop-psychologicznej eksploatacji, niż – prawdopodobnie zamierzonej – próbie szczerej eksploracji traumy i żałoby jako narzędzia terapeutycznego.

Nie pomaga też struktura narracyjna. Hokum operuje równolegle trzema rejestrami grozy – horrorem psychologicznym, horrorem nadprzyrodzonym i kryminalnym thrillerem. Każda z tych płaszczyzn otrzymuje swoją własną nić fabularną. Horror psychologiczny to naznaczony traumą świat wewnętrzny Ohma i Stany Zjednoczone, od których uciec trzeba do baśniowej Europy. Irlandia to wszak kraina dziwów i magii, a jej bogaty folklor – sprowadzony do roli wiedźmy z bajań miejscowego starca – staje się źródłem nadprzyrodzonego strachu. Wreszcie wątek morderstwa w hotelu, z zarysowanymi weń mieszczańskimi intrygami, przypomina kryminalne powieści Agathy Christie.  Wszystkie z tych opowieści płyną niejako obok siebie, jeśli się przecinają, to tylko powierzchownie i w imię fabuły; z międzygatunkowych napięć nie rodzą się żadne nowe treści ani ciekawe wnioski. Trudno, żeby było inaczej. Przy takim natłoku materiału Hokum jest zwyczajnie zbyt krótkie. Ostatecznie żadna z historii nie ma szansy wybrzmieć w pełni, a niektóre – jak rozwiązany po macoszemu wątek rodzinny – wywołują najwyżej politowanie.

Fotos Hokum
fot. „Hokum” / mat. prasowe Monolith Films

Mimo wszystkich wad McCarthy spełnia obietnicę złożoną widowni, dostarczając nieoczywisty i klimatyczny spektakl grozy. Taki, który sypie się za kulisami, ale to, co dzieje się na scenie, sprawia, że i tak chce się usiąść w pierwszym rzędzie. Coraz rzadziej pojawiają się horrory prawdziwie atmosferyczne – mgliste krajobrazy i niemal wiktoriańska poetyka nawiedzonych domów znalazły już sobie ciepły dom w innych gatunkowych niszach. Szkoda tylko, że tego popisu atmosfery nie doświadczymy w kinie – klaustrofobiczny klimat ciemnej sali dużo lepiej gra z podskórną grozą niż cieplutka kanapa. Może właśnie na tym przeniesieniu widza z kina do domu Hokum najbardziej cierpi. Bo i łatwiej dumać nad fabularno-ideowymi niedociągnięciami w swoich własnych czterech ścianach.

Przeczytaj również:  Kino nawiedza opactwo – relacja ze Slot Art Festival 2026

Korekta: Krzysztof Kurdziej

+ pozostałe teksty

Wierzy, że filmy muszą być albo długie i nudne albo absolutnie szalone i grożące przestymulowaniem. Nic pomiędzy. Pozafilmowo - absolutny świr lingwistyczny i prowokator głupich dyskusji.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

I Am the Pretty Thing That Lives in the House, Odwieczna Córka

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.