„Szczęściarz” – Recenzja
Z uśmiechem!
Nie tak dawno temu miałem przyjemność obejrzenia „Miłości” w reżyserii Michaela Haneke, z zachwytem chłonąłem ten niesłychanie delikatny, lecz jednocześnie brutalny portret małżeństwa mierzącego się z problemami starości. Zastanawiałem się jednak, jak wygląda starość w samotności – temat nieczęsto w kinie poruszany (warto wspomnieć „Prostą historię” Davida Lyncha). Okazało się, że wydany w zeszłym roku „Lucky” wypełnia tę niszę doskonale.
„Szczęściarz” to dzieło nietypowe, swoiste pożegnanie się z kinem i z życiem w wykonaniu niezastąpionego Harry’ego Deana Stantona, który – jak zwykle – spędza większość filmu z papierosem w dłoni. Stanton to aktor kultowy, przeważnie jednak grywał role drugoplanowe, przez co zręcznie wymykał się międzynarodowej sławie. Zasuszony dziadek o krzaczastych brwiach i złotym sercu – niemalże stereotyp wiekowego kowboja. Stanton kochał aktorstwo, było dla niego życiem i spełnieniem. Dlatego warto też obejrzeć „Lucky”, gdzie cała jego szczerość i pasja wychodzi na zewnątrz.
Historia opowiedziana w filmie nie należy do przesadnie skomplikowanych – tytułowy Lucky to wiekowy samotnik, mieszkający na obrzeżach niewielkiej mieściny, gdzieś pośród pustynnych przestrzeni. Lucky ma wyrobioną rutynę na każdy dzień – kawa i joga o poranku, potem rozwiązywanie krzyżówek w cichej kawiarni, następnie zakupy (mleko i papierosy), mała osobliwość po drodze, której nie zdradzę, i na zakończenie dnia telewizor bądź spotkanie znajomych w pubie. Pewnego dnia wszystko się zmienia – Lucky upada czekając na poranną kawę.
Od tego momentu w jego życiu pojawia się strach. Zaczyna sobie uświadamiać, że śmierć jest już blisko, co znacząco wpływa na jego humor. Pozostali mieszkańcy starają się go wesprzeć widząc, że ich miastowy szczęściarz nie paraduje już z uśmiechem na ustach. Lucky znów łączy się z życiem, czy to popalając maryśkę z młodą kelnerką, czy odwiedzając fiestę znajomej meksykańskiej rodziny, czy też prowadząc filozoficzne dysputy w barze. Jednocześnie jest przejęty losem swego najlepszego przyjaciela – Howarda (David Lynch, grający – kto by zgadł – Davida Lyncha), któremu jakimś cudem uciekł żółw o imieniu Roosevelt. Tak też i film płynie, ze sceny do sceny, każda pokazuje nam coś nowego, nieznanego o naszym tytułowym szczęściarzu, by wreszcie zakończyć się kulminacją w barze, gdzie film nabiera mocno nihilistycznej wymowy, lecz o dziwo – z humorystycznym wydźwiękiem.
Naprawdę ciężko oceniać ten film. Niewielu aktorów ma szansę by pożegnać się ze światem w tak humorystyczny, nostalgiczny i przejmujący sposób. W tym filmie po raz ostatni oglądamy Stantona uśmiechającego się do kamery. Słyszymy go grającego na harmonijce, patrzymy głęboko w jego zapadnięte, jasne oczy. To jest bardzo osobisty film z pozytywnym przesłaniem dla każdego. Problemem jest jednak fakt, że dla dzisiejszego widza „Lucky” będzie po prostu nudny – brak tu akcji, a życie i fabuła toczy się powolnym tempem. Seans umila nam przyjemna ścieżka dźwiękowa (blues i country) oraz chwilowe artystyczne sceny, niemalże żywcem wyjęte z twórczości Davida Lyncha.
Czy warto zapoznać się z tym filmem? W mojej ocenie – warto. Choćby dla tego ostatniego uśmiechu i iście kowbojskiej koncepcji. Stanton pokazuje nam swoją duszę i naucza o swoim podejściu do życia. To piękna lekcja i na długo pozostanie w mojej pamięci. Na zakończenie pozostaje jedynie powiedzieć „so long, cowboy” i zakończyć seans z nową perspektywą na życie.
Człowiek-rysownik
