„Wszystko z nami w porządku”, czyli ciężkie życie polskiego indyka

Dokument w reżyserii Borysa Nieśpielaka, przy okazji będący jego debiutem reżyserskim, pozwala nam zajrzeć za kulisy powstawania elektronicznej rozrywki. Ogół odbiorców dobrze zna światy wykreowane na ekranach naszych komputerów i telefonów. Trochę mniej, ale nadal kojarzymy świat „okołogrowy”, czyli wszystkie eventy, konferencje i ludzką twarz przemysłu chcącego, według swojej roli, sprzedać nam produkt. Jednak ten najbardziej intymny, trzeci świat położony najbliżej źródła, czyli pośród samych twórców, często dostępny jest jedynie dla osób bezpośrednio zaangażowanych w projekt. Nieśpielak swoim dokumentem niejako umożliwia nam wgląd w głowy tych osób, otwierając furtkę do ich świata.

Kadr z filmu „Wszystko z nami w porządku”

Nastrój dokumentu rysuje się na kształt sinusoidy. Zaczynamy optymistycznym tonem, poznając naszych bohaterów, mniej-więcej-trzydziestoletnich Bartosza Pieczonkę i Rafała Zarembę na targach indyków A MAZE w Berlinie. Nie chodzi tu oczywiście o drób, a o indie developerów, czyli niezależnych twórców gier komputerowych, bo tym chłopaki postanowili zająć się co wiązało się z porzuceniem niewolniczej pracy w korporacji. Szybko okazuje się jednak, że pełny etat game-deva oznacza pracę niemal całą dobę, a odpowiedzialność ciąży ci znacznie bardziej, gdy jesteś szefem dla samego siebie.

Zobacz również: Esej o „Przed Wschodem Słońca”

Nie bawiąc się w opis wydarzeń z dokumentu wystarczy powiedzieć, że problemy piętrzą się, a na ich tle rysuje się wyraźny kontrast między bohaterami i ich podejściem do przeszkód na twórczej drodze. Bartosz wydaje się być sercem projektu – tym bardziej wyluzowanym członkiem zespołu, ze wsparciem w postaci narzeczonej, rodziny i psa. Rafał jest zaś mózgiem. To typ planisty i samotnika, który z rzadka ukazuje emocje, czasem dyscyplinując współpracowników lub kuriozalnie wybuchając gniewem podczas gotowania jajek na twardo na dzień przed premierą gry. Spora część scen rozgrywa się w pomieszczeniach udekorowanych jedynie porozrzucanym sprzętem i tablicami z wytycznymi i problemami, co dobrze oddaje nerwowy klimat pracy deweloperów.

Kadr z filmu „Wszystko z nami w porządku”

Choć BartoszRafał chcieli uciec od korporacyjnego życia, ich praca (oraz konstrukcja dokumentu) obraca się wokół nieuniknionego dedlajnu. Dość ciekawym zabiegiem stylistycznym jest pominięcie istoty bolączek młodych twórców, czyli samej gry – przez niemal trzy czwarte filmu nie widzimy, nad czym dokładnie pracują bohaterowie, co według Nieśpielaka miało wynieść historię na bardziej uniwersalną płaszczyznę. Ryzykowne posunięcie odpłaca się połowicznie, bo początkowo jako bierni słuchacze jesteśmy wrzuceni w dość specyficzne informatyczne problemy poprzeplatane niekiedy naprawdę gęstym korporacyjnym polgliszem. Realizacja zadbała o wyjaśnienie najbardziej branżowych terminów w postaci definicji pojawiających się na ekranie. Im bliżej dedlajnu wypadającego mniej więcej w połowie produkcji, tym szerzej uchyla się rąbek tajemnicy i ostatecznie poznajemy powód całej „szopki”, czyli grę Lichtspeer, a czas po premierze ukazuje wyboiste losy premiery.

Zobacz również: Recenzję „Kleru”

Jak wspomniałem, reżyser postawił na nieinwazyjny charakter dokumentu, pozwalając bohaterom bez przeszkód pracować nad grą. BartoszRafał zdają się nie mieć problemów z czwartą ścianą, która nagle pojawia się w ich życiu i pracy – problem w tym, że nie zawsze są na tyle atrakcyjni filmowo, żeby pociągnąć sceny w sposób ciekawy dla widza. Świetnie prowadzi film elektroniczna muzyka Macieja Zakrzewskiego, ale przydałoby się tu jeszcze kilka realizatorskich sztuczek w miejsce statecznych, dość szablonowych kadrów.

Kadr z filmu „Wszystko z nami w porządku”

Ostatecznie, mimo widocznie zszarganych u naszych bohaterów nerwów, twórcy Lichtspeer mogą powiedzieć, zgodnie z angielskim tytułem i parafrazując tytuł piosenki The Who (których koszulkę możemy zauważyć u Bartosza) – WE ARE ALRIGHT. Gra odniosła sukces artystyczny, jednak na ten finansowy studio musiało nieco poczekać. Przyprawia to dokument o słodko-gorzki wydźwięk: można postawić na szali serce włożone w produkcję, a także zainwestować w nią mnóstwo pieniędzy, ostatecznie sukces jest jednak uzależniony od liczby klientów i Wszystko z nami w porządku pokazuje, że dla niezależnych twórców liczy się każda sprzedana kopia. Co najważniejsze, Borysowi Nieśpielakowi udaje się  dostarczyć dowód na słuszność wspierania pasjonatów bez usilnego grania na emocjach.

3/5


One thought on “„Wszystko z nami w porządku”, czyli ciężkie życie polskiego indyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.