“Firecrackers” – Zjarany lont, zjarane małolaty [RECENZJA]

Firecracker. Z angielskiego: petarda.

Niewielki ładunek wybuchowy, mający na celu dawać rozrywkę swoim głośnym pierdyknięciem oraz absorbującymi efektami świetlnymi – czasem będą to jakieś kolorowe iskry, innym razem zwykłe łubudu, ale cokolwiek by to nie było, w momencie wystrzału nie myślisz o niczym innym, jak tylko o tej petardzie. Odpalona z daleka nie wywołuje żadnych szkód, ale po zbliżeniu się do niej może urwać ci palce, tudzież nawet całą rękę. Dojście ognia po loncie trwa jakiś czas, huk to kwestia sekund (ale za to jakich), zaś po eksplozji następuje cisza. Bombka nie robi już nic. Gaśnie, pozostawiając po sobie jedynie barwne wspomnienia i zabrudzoną prochem powierzchnię.


Przeczytaj również: “Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” – Historycy tu i teraz [RECENZJA]

Nie bez powodu recenzowany tutaj film nosi taką nazwę. Dwie dziewczyny z kanadyjskiego Nigdziewa postanawiają się wyrwać z socjalnego dołka i wyruszyć hen! do Nowego Jorku, gdzie zaczną wszystko od nowa. Dwie petardy, odpalone lata temu przez ich rodziny, opiekunów prawnych oraz tak zwanych “przyjaciół”, czekają tylko na szykowany od jakiegoś czasu wybuch, który ich zmiecie z zapyziałego miasteczka w ciekawsze rejony świata. Ale przez jednego typa plan idzie w łeb, zaś ładunki eksplodują w inny, znacznie bardziej kosztowny w skutkach sposób. Iskry poleciały; rozbite szyby, połamane zderzaki i pęknięte serca też. Teraz trzeba posprzątać.

Firecrackers

Firecrackers z miejsca wprowadziło mnie w klimat tej sennej dziury, którą każdy z nas na pewnym etapie życia w jakimś stopniu poznał. Schowana pod kopułą, do której docierają nieliczne oznaki cywilizacji z zewnątrz. Pełna mieszkańców chcących czegoś większego od życia, ale niespecjalnie chętnych, by po to coś sięgnąć i którym ledwo co starcza na czynsz. Ale, że im jednak starcza, to nie będą się przecież męczyć z szukaniem nowego, lepszego miejsca. Zamknięta społeczność, w której każdy zna każdego. Czuć tu woń Magic Castle z The Florida Project i ten naturalizm, z jakim Baker pokazywał postaci – ćpającą, chlejącą, sprośną i pokolorowaną pastelami patologię, która niby zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji, ale koniec końców macha na nią ręką, wyciągając ją po kolejnego browara.

Firecrackers z filmu Bakera czerpie jedynie atmosferę, chwilami bajkowe zdjęcia (kręcone tym razem z ręki) i smrodzik gnijącej okolicy. Bohaterki wiedzą gdzie żyją i dlatego chcą stąd uciec. Rudowłosa Lou jeszcze się zastanawia, czy chce zabrać ze sobą swojego braciszka. Chantal, cytując klasyka, puszcza z dymem całą swoją pieprzoną przeszłość. Nic jej tu nie trzyma, wręcz przeciwnie: spotykają ją same nieszczęścia i przykrości wyrządzane ze strony jej “kolegów” z sąsiedztwa – tych, z którymi nawiązuje się znajomość, bo nie masz z nikim innym.

Czuć tu dodatkowo Złe wychowanie Cameron Post Akhavan oraz Spring Breakers Korine’a; tę samą chęć wyrwania się z rutyny i posmakowania życia, nie oglądając się na innych, a kierując się wyłącznie własnymi potrzebami. Coming-of-age, w którym dorosłość myli się z piciem alkoholu i prowadzeniem auta, choć powinna się kojarzyć z braniem na siebie odpowiedzialności, czego nauka przychodzi dziewczynom ze sporą trudnością. Wybuch petard, który następuje, zmusza je do przemyślenia decyzji i oswojenia się z tym, że nie można wiecznie stać na swoim. Trzeba czasem pozwolić sobie na kompromis, bo inaczej można doprowadzić do stracenia wszystkich wartościowych opcji oraz osób, które opuszczą Cię przez Twoją upartość.

Firecrackers

Inna sprawa, że ten wybuch nie niesie dla widza nic i nie dostarcza niczego wartościowego. O ile pierwsza połowa to bunt w czystej postaci, przykuwający widza do fotela, to tak druga, rozliczająca bohaterki, kręci się w kółko i nie dostarcza nic nowego. To więcej tego samego, co pojawiło się wcześniej – kanadyjscy white trash, bycie gnidą i brak samokontroli – ale bez żadnej wariacji ani lekcji. Lou niby odkrywa, że warto negocjować, ale koniec końców wszystko kończy się dobrze, nie ma żadnych skutków jej działań, bo te zostają po jakimś czasie usunięte, a te nie są w żadnym wypadku łatwe do wybaczenia. Samo jej zachowanie staje się po pewnym czasie skrajnie irytujące, bo o ile na początku można je usprawiedliwić sytuacją, w jakiej się znajduje, to tak po jakimś czasie seansu nie zostaje nic. Nie adaptuje się do wydarzeń, nie wyciąga z nich wniosków, przez co nie obchodzi nas, co się z nią stanie.

Film oczywiście miewa momenty świetne – poza świetnym początkiem błyszczy także i później. Nie są to sceny głośne i zdumiewające swoim rozmachem; to sceny pełne wyciszenia, w których bohaterowie chcą na spokojnie i w pojedynkę przetrawić to, czego doświadczyli. Moment, w którym Lou jest świadkiem tego, jak wielebny chrzci jej brata i chwilowego(?) ojczyma w jeziorze, jest fantastyczny. Obserwuje to wszystko z daleka i wpatruje się w nich jak w obrazek. Chce się poczuć jednością z nimi, tworzyć prawdziwą rodzinę, ale że nie wie jak się za to zabrać, to jedyne co jej pozostaje, to zanurzenie się samotnie. Czuje się wtedy taka sama co oni, a jednocześnie ma święty (no pun intended) spokój, bo woda wszystko zagłusza. Parę sekund ciszy i chwila orzeźwienia.

Gdyby cała reszta filmu była właśnie taka, polubiłbym się z nim jeszcze bardziej. A tak przez większość czasu ten cały hałas, wlewane procenty, wciągane kokainy i rzucane mięsa stanowią jedynie biały szum i męczą po jakimś czasie swoją ciągłą potrzebą udowodnienia, w jakiej dziurze dzieje się akcja Firecrackers. Problemem nie jest tutaj sama deprawacja. Tylko to, że do niczego nie prowadzi.

Na szczęście to debiut pełnometrażowy reżyserki, w którym widać autentyczny power, wizję i talent. Diament, który trzeba doszlifować. Ducha, który trzeba poprowadzić. Wierzę, że w następnych projektach będzie już tylko lepiej. Bo petarda może i już wybuchła. Ale zostawiła po sobie znaczący ślad.


3.5/5

Film bierze udział w konkursie Czarny Koń Filmu na tegorocznym festiwalu Ars Independent.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.