“Obcy na mojej kanapie” – Bo wszyscy Ziemianie to jedna rodzina [RECENZJA]

“Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. “Bez ryzyka nie ma zabawy”. “Jeśli człowiek nie ryzykuje, to nic w jego życiu się nie zmienia”. Dużo się tego tałatajstwa słyszy, szczególnie w młodości. “Baw się, ryzykuj, szalej, tańcz i klaszcz, bo Ci całe życie przeleci przed oczami, nawet się nie zorientujesz, a tu już trzeba testament pisać”. Stara śpiewka. Takie ryzyko kojarzy się najczęściej z frajdą, z próbowaniem czegoś ekstremalnego – skok na bungee, pierwsza fajka, pierwsze piwo, kradzież gumy ze sklepu, ale tak, żeby się ekspedientka nie zorientowała, podstawienie pinezki na krześle nauczyciela – z wykonaniem konkretnego fizycznego czynu.

Dla mnie, człowieka nieśmiałego, ryzykiem jest nawiązywanie kontaktu z drugim człowiekiem w taki sposób, że stworzysz w jego głowie obraz osoby ogarniętej i zdolnej przynajmniej powiedzieć “dzień dobry”, “do widzenia” i “dziękuję”, jak na dobrze wychowaną osobę przystało. Ryzyko: nigdy nie wiem, co ten człowiek powie. Czy będzie chciał poznać aktualną godzinę, czy zapyta się o wydrukowanie potwierdzenia, albo czy zechce się dowiedzieć, co sądzę o wczorajszym meczu. Pal licho, że znam tylko Lewego, bo odwiedzając sklep, przechodzę czasem obok sygnowanej przez niego puszki/reklamy Coca-Coli; ktoś coś do mnie powiedział! Komórki buzują, trybiki szaleją, a ja, nieprzygotowany na nagłe zapytanie o to, czy ktoś już wszedł do gabinetu, odpowiadam, że: “Nie, tylko człowiek tam wszedł”. Tyle dobrze, że nie niedźwiedź.


Zobacz również: Nawet nie wiesz, czy bardzo cię kocham

Skretynienie czy nieśmiałość, zdecydujcie sami. Niemniej moja bojaźliwość wobec rozmów z innymi, bo pewnie coś palnę nie tak, sprawiła, że jeszcze bardziej doceniłem dokument Obcy na mojej kanapie. Film Grzegorza Brzozowskiego udowodnił mi, że taka błahostka jak zapytanie, “która jest godzina?”, to nic przy ludziach, którzy uprawiają couchsurfing – osoba urządza u siebie darmowy nocleg, przyjeżdża do niej gość na jedną noc z dowolnego zakątka globu i dzieje się magia. Nie zawsze trafi się rodak. Czasem do pięćdziesięcioparoletniej Warszawianki zawita koreański chłopak, a kiedy indziej do samotnej matki wpadnie Wietnamczyk, który obecnie mieszka w Niemczech. Szwedzki stół kulturowy oraz prawdziwy test zaufania i relacji międzyludzkich.

Brzozowski idealnie pokazuje, że jedyną potrzebną rzeczą do zawiązania międzynarodowej znajomości nie jest wcale konieczność posiadania wiedzy na temat kraju, z którego Twój gość pochodzi – wystarczy kapka angielskiego i zwykła chęć zrozumienia. U Adama, spokojnego inżyniera po pięćdziesiątce i dwóch rozwodach, pojawia się Robert, chłopak studiujący technologię kosmiczną. Z długimi włosami oraz kolczykami w ustach i uszach opowiada o tym, jak ojciec zwykł mu na każdym kroku mówić, że jego syn jest porażką. Gamoniem, który nigdy nic nie osiągnął, mimo tego, że ma jeszcze całe życie przed sobą i całą masę czasu do udowodnienia swojej wartości. Satelity? Rakiety? Granie w zespole metalowym? Piercing? To, co dla ojca Roberta wydawało się kpiną, dla Adama jest rzeczą ciekawą; odtrącającą go na moment od szarej rzeczywistości i pustego mieszkania, pełnego kupy gratów do poukładania i sterty papierów do posortowania. Adam chce zrozumieć chłopaka, pocieszyć go i odnaleźć jego tatę w samym sobie na przykładzie wychowywania własnego syna. I choć obie sytuacje są zupełnie odmienne, rodzi się pomiędzy nimi pewna nić porozumienia, oparta na samej chęci wyrozumiałości.

Zrozumienie odbija się także na inżynierze – Adam po puszczeniu przez Roberta kawałków autorstwa swojego zespołu stwierdza, że to zwyczajnie nie jest muzyka dla niego, bo nie potrafi odróżnić od siebie jednej piosenki od drugiej. Student nie puszcza tego płazem i nie reaguje na to przewróceniem oczami, tylko słucha ze zrozumieniem uwag rozmówcy. Okej, może nie lubić, może to nie jego klimat, ale warto posłuchać opinii kogoś z zewnątrz. A nuż odkryjesz coś, czego nie dowiedziałbyś się od największego fana?


Zobacz również: By Krzysztof Kieślowski – Sylwetka mistrza i przegląd jego twórczości

To jest największa siła “Obcego..” – redukcja różnic kulturowych do ciekawostek, którymi możesz zaciekawić swojego odbiorcę. Oczywiście, kraj pochodzenia może być znaczący dla Twojego obecnego statusu (jak w przypadku Koreańczyka Chi i jego niemożności uwolnienia się z rodzicielskich okowów), ale niekoniecznie musi. Liczy się głównie to, jakim jesteś człowiekiem, a to, skąd pochodzisz, nie jest potrzebne do zbudowania relacji. Wspólne zainteresowania, przeżycie podobnych wydarzeń – to nas kreuje w rozmowach z innymi. Kraju można się wyrzec, uznawać go za swój, ale nie wyznawać jego tradycji. Jak Vivian, od dziecka uczony modlitw do Boga, który pewnego dnia uznał, że nie jest mu to do szczęścia potrzebne. Największym filarem znajomość jest przede wszystkim zrozumienie – najbardziej skrajne temperamentem osoby potrafią ze sobą przeżyć w małżeństwie lub innym związku partnerskim całe lata właśnie dzięki zrozumieniu, czemu druga połówka taka jest, a co można i czego nie powinno się z tym robić. Altruizm przełamuje bariery etniczne i sprawia, że obywatel dowolnego kraju na świecie może się poczuć jak u siebie, niezależnie gdzie się znajduje. A oprawa audiowizualna dokumentu pasuje tutaj idealnie – mimo swojej toporności i nijakości zdjęć, które raz na jakiś czas tracą swoją ostrość, udało się tutaj uchwycić urok niedoskonałości ludzkiej i tego, że życie jest najzwyczajniej w świecie upierdliwe i nie zawsze takie, jakbyśmy je sobie wymarzyli.

Ale właśnie w tym tkwi magia; w tym tkwi siła związków i cudowność życia. W znajdowaniu luk w kolejach losu i łataniu ich tym, co mamy na podorędziu. W połączeniu swoich sił i wspólnemu pokonaniu walących nas w dziób przeciwności. Samotnie wychowująca syna Katarzyna, mimo okazjonalnych przebłysków ponurej rzeczywistości znajduje energię, żeby jakoś przeć przez to życie, choć niespecjalnie kto ma jej w tym wszystkim pomagać. Ewa, choć mogłaby się wyrwać z domu i zwiedzać beztrosko świat, nie chce zostawić rodziców oraz swoich podopiecznych z hospicjum, którymi się opiekuje i których uczy francuskiego mimo tego, że następnego dnia mogą już nie wykazywać żadnych oznak życia.


Zobacz również: “Stroiciel Himalajów” – Kaprys czy misja?

Relacje relacjami, ale egoistyczny morał też się tu znajdzie – grunt to żyć w zgodzie ze sobą. Troszcz się o innych, dbaj o nich, ale nie zapominaj także o swoich potrzebach. Niczym na lekcjach EDB: jeżeli zobaczysz zdewastowany samochód na środku drogi, najpierw spójrz, czy nic nie jedzie w Twoją stronę. Jeżeli jedzie, poczekaj, bo inaczej Cię potrąci i nikomu nie uratujesz życia. Jeżeli nic Tobie nie zagraża – biegnij i uczyń czyjś dzień lepszym.

Brzozowski serwuje widzom piękną lekcję pokory i hartowania ducha. Nie bój się, śmiało podejdź do tej ekspedientki i zagadaj. Skoro inżynier po pięćdziesiątce miał odwagę zaprosić na jedną noc metalowca z Niemiec, to czemu Ty miałbyś się bać poproszenia sprzedawcy o L&M-y zielone cienkie? Twardy bądź.

Dasz radę.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.