After

After – pejczów i knebli brak, romans to nadal “rak” [RECENZJA]

Nie ukrywam, że jeżeli wchodzi się na seans filmu będącego ekranizacją książki napisanej na podstawie fanowskiego opowiadania o członkach One Direction, do którego scenariusz został popełniony pod wpływem zbytniego zafascynowania się Pięćdziesięcioma twarzami Greya, to ma się wobec niego p e w n e oczekiwania. Muszę uczciwie przyznać, że naprawdę trzeba mieć jaja, żeby reklamować taką produkcję cytatem, że jest to “godny następca” serii E.L. James (wiecie, tych dzieł, w których toksyczne związki są podane jako wzorzec relationship goals, a brak dialogu ze swoim partnerem jako budulec stosunków pomiędzy Wami).

Zobacz również: „Hellboy” – Apokalipsa franczyzy [RECENZJA]

Z powyższych przyczyn, jeżeli ktoś z Was podjarał się posterowym sloganem, że, podobno, “pierwszy raz zmienia wszystko”, to pozwólcie, że Was najpierw uspokoję. Jedyne, co After ma wspólnego z Trylogią Pejcza i Kajdanek, to traktowanie swojej drugiej połówki jak ostatniego śmiecia, drewniane dialogi, sceny miłosne nakręcone z takim erotyzmem, że na TV4 puściliby je spokojnie przed 22, oraz dialogi podlane tym, czego można było się spodziewać po ekranizacji fanfika z Wattpada – gęstym i jakże soczystym krindżem. Chowamy chusteczki i wyciągamy ręce na kołderkę. To nie są stosunki, których szukacie.

After

Poznajcie Tessę. Tessa to dobra dziewczyna. Pochodzi z dobrego domu, ubiera się jak Dorotka z Czarnoksiężnika z krainy Oz, została wychowana przez dobrą, kochającą matkę i kocha swojego dobrego, wychowanego chłopaka. Dopiero co rozpoczęła naukę w college’u (dobrym!), a tu już los spycha ją w objęcia złego młodzieńca o imieniu Hardin.

Poznajcie Hardina. Hardin to niegrzeczny chłopak. Pochodzi z bogatego domu, ubiera się jak model nowej kolekcji H&M, został wychowany przez bogatego tatę i nie kocha nikogo, ponieważ, jak sam twierdzi podczas omawiania na lekcji Dumy i uprzedzenie, miłość to zwykła transakcja – a jedyne, co się liczy, to pożądanie.

Tessa od początku czuje względem niego bardzo silny pociąg, chociaż nie chce się do tego przyznać. Zanim się obejrzy, Hardin tak ją omota swoim niebagatelnym byciem “edgy”, że po paru niepewnych spotkaniach i jednej kąpieli w jeziorze będzie już gotowa nosić jego koszulki z Metalliką (ani chybi kupione za dwie dychy na polskich festynach), wprowadzić się z nim do mieszkania, a do tego olać szkołę, żeby tylko spędzić więcej czasu z swoim ukochanym. Musi jeszcze tylko o tym wspomnieć swojemu eks, ale powiedzmy to głośno – kogo on obchodzi? Miłość! Bunt! Anarchia! Jak to mawiał wielki wieszcz: “Chcecie z naszych mózgów zrobić ciasto, to my wam rozwalimy miasto!”.

Zobacz również: „Varda według Agnès” – Piękna retrospektywa od samej twórczyni [RECENZJA]

Choć powyższy opis fragmentu fabuły Aftera wyjął mi z życiorysu najwyżej dziesięć minut, przedstawienie go zajmuje twórcom prawie ¾ czasu trwania seansu, czyli dobrą godzinę z hakiem. Nie znaczy to oczywiście z miejsca, że film dłuży się przez to jak glut z nosa przedszkolaka – reżyserka i współscenarzystka Jenny Gage do spółki z dwiema pozostałymi autorkami skryptu opanowała bowiem rzadką sztukę stworzenia produkcji kompletnie o niczym, ale którą da się… bezboleśnie oglądać.

Sztuka ta nie jest specjalnie trudna do opanowania: wystarczy zatrudnić do swojego filmu przystojnych aktorów (poza jednym drewnianym, który gra głównego bohatera, ale że jest nieco podobny do Harry’ego Stylesa, to dajesz mu święty spokój), dać im do powiedzenia żałośnie sztywne teksty z gatunku: “Kogo najbardziej w życiu kochasz?”, “Nie jestem taki jak inni” czy “Miłość to tylko transakcja”, bierzesz sprawnego operatora, żeby to wszystko ładnie sfilmował – pyk! Otrzymałeś dialogi, których słucha się z zaciśniętymi zębami, ale przynajmniej oczy mają czym nacieszyć oko – biznes się kręci.

Zobacz również: Ostatni dialog filmowy – „Syn Szawła”

I mimo że Josephine Langford (siostra Katherine Langford, najbardziej znanej z roli Hanny Baker z Trzynastu powodów) w pewnym stopniu ratuje swym naturalnym urokiem kanciaste wywody na temat sensu studenckiego życia, to niestety nie pomaga jej w tym ekranowy partner, Hero Fiennes-Tiffin. Hardin to w jego wykonaniu podręcznikowy przykład odzianego w czarną skórzaną kurtkę, przystojnego jak cholera bad boya, ale nie takiego, którego masz ochotę schrupać, tylko takiego, który ma tak skostniałą i nieużywającą emocji twarz, że prędzej zadzwonisz na 911, aniżeli zaprosisz go na kawę (ale jak całuje, to ohoho).

After

Chwała Bogu, After (w przeciwieństwie do swojego protoplasty, czyli trylogii Greya właśnie) nie idzie na tyle daleko, żeby przedstawiać widzowi relację Tessy i Hardina jako coś normalnego. Tessa okłamuje bliskich, nie rozmawia z nimi, a do tego zdradza swojego chłopaka? Dostaje od losu porządnego kuksańca w brzuch. Hardin okłamuje bliskich, nie rozmawia z nimi, a do tego traktuje wszystkich z góry jak ostatni cieć? Także dostaje od życia palec w ucho. (Co prawda, pod koniec i tak do siebie wracają, bo trzeba jeszcze zekranizować trzy kolejne książki z Wattpada, ale chociaż tyle).

Zobacz również: „Gra o tron”: Najważniejsze informacje z 7. SEZONU, czyli powtórka przed FINAŁEM

Sceny, w których Tessa zdradza swojego chłopaka z Hardinem twórcy oczywiście tak rozkosznie oświetlelili i wykadrowali, żeby widz oglądał je z nieukrywaną przyjemnością, ale o sarkastycznej zabawie z widzem, mającej na celu sprawdzić jego bystrą spostrzegawczość, nie ma tutaj mowy – film nie ma na tyle jaj, żeby się bawić jakimikolwiek schematami, choćby tak błahymi. Nie ma jaj, żeby zaprzeczyć, bądź też potwierdzić, że w ogóle przyklaskuje temu, co czynią główni bohaterowie, bo po prostu nie zaprząta sobie tym głowy. After nie ocenia ani nie daje widzowi samemu ocenić, czy to, co robi główna para, to moralna rzecz – po prostu to pokazuje i tyle.

Ba! Nie ma jaj w ogóle, ponieważ nawet jeżeli trafia się jakakolwiek scena łóżkowa, to zawsze sprowadza się ona do paru ujęć na całujące się głowy, okazjonalnie unoszącą się w trybie góra-dół twarz Langford oraz na tułowia naszej zakochanej pary – nic od pasa w dół. A ujęcia te znajdują się tak blisko głównych bohaterów, że aż dziw, iż nie widać na obiektywie pary wydychanej z ich ust. Minuta, dwie, kilka całusów, popowa muzyka, relacja zbudowana (toż to filmowy związek instant – polej gorącą piosenką i gotowe!).

Najbardziej ironiczne jest w tym wszystkim to, że najlepszą sceną w filmie jest moment, w którym główni bohaterowie dokonują kolejnej wątpliwej moralnie rzeczy – włamania do uniwersyteckiej biblioteki oraz następującej po tym bardzo szybkiej ucieczki przed strażnikiem (którego inspekcja przed zamknięciem na noc tegoż pomieszczenia opiera się na tym, że zatrzymuje się zaraz przed stołem, za którym kryje się nasza dwójka, obraca głowę na boki i po prostu sobie idzie).

Zobacz również: Dziewiąty sezon „The Walking Dead”, czyli o zmartwychwstałym trupie [RECENZJA]

Scena ta, choć nie ma w niej nic odkrywczego (ot, slow motion i kolejna popowa piosenka), to jednak jest jedyną, w której naprawdę czuć chemię pomiędzy postaciami Langford i Fiennesa-Tiffina – uśmiechy nie są wymuszone, przyjemny zapaszek anarchii udziela się także i widzowi; znajdzie się nawet miejsce na jedyny trafiający w punkt żarcik (Hardin przeskakuje buntowniczo przez bramkę obrotową, a patrząca się na niego z wyrazem politowania na twarzy Tessa po prostu przez nią przechodzi). Prawo złamane, ale serce nie narzeka; widz zadowolony, reżyser zadowolony, bo kolejny etap fabuły odhaczony. Udana transakcja.

After

I niby śmichy chichy, ale prawda jest taka, że seans Aftera minął mi wyjątkowo bezboleśnie, choć film upstrzony jest poważnymi wadami po sam czubek głowy. Po tym, kiedy pojawiły się napisy końcowe, a ludzie, którzy wypełnili największą salę w kinie praktycznie w całości, zaczęli szemrać do znajomych, że “szału nie było”, mnie pozostało jedynie mocne przeciągnięcie się, głębokie ziewnięcie, zebranie swoich betów i ruszenie do wyjścia ewakuacyjnego. Jak po maśle, bez grymasu na twarzy. Ot, obejrzałem takie sobie filmidło, świat kręci się dalej, nikt od tego filmu nie ucierpi, godny następca Pięćdziesięciu twarzy Greya nie zdjął królowi korony z łepetyny. Jeśli poczekamy na ekranizację następnych książek z serii, to bardzo możliwe, że w ruch wejdzie syndrom Christiana, którego przygody osiągnęły apogeum absurdu dopiero w finalnym epizodzie trzecim (będziemy musieli zatem trochę poczekać, zważywszy że After składa się z czterech części).

Na razie jednak nie ma o czym mówić. Naprawdę istnieją lepsze rzeczy do roboty niż prychanie na nic. Na przykład zajęcie się czymś ciekawszym. After powstało, After jest i After będzie. C’est la vie, ręce pod kołderkę, idźcie spać, dobranoc.


1.5/5


One thought on “After – pejczów i knebli brak, romans to nadal “rak” [RECENZJA]

  1. Czytałam książki i nie moge znieść tego aktora grającego Hardina masakra jakaś. W ogóle Tristan to kobieta a w oryginale był facet. Film pozostawia wiele do życzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.