Miłość i miłosierdzie, czyli kierowca karawanu wstał i zaczął klaskać [RECENZJA]
Mogłoby się wydawać, że największym znakiem ostrzegawczym przed obejrzeniem filmu Miłość i Miłosierdzie w reżyserii Michała Kondrata mógłby stanowić dla widza plakat tejże produkcji – patronat prezydenta Rzeczypospolitej Polski, wepchnięty na siłę slogan “Jezu, ufam Tobie”, wyretuszowana na modłę Inżyniera z Prometeusza Kamila Kamińska i samo nazwisko Kondrata, który z tworzeniem wiarygodnego i uczącego czegoś widza dokumentu jest mocno na bakier. Ale nie. Największym ostrzeżeniem okazało się nagłe pojawienie się logo pewnej polskiej spółki przy akompaniamencie radiowego głosu lektora: “Na film zaprasza KHGM Polska Miedź”. Jeżeli nadal nie uciekłeś z sali kinowej – no cóż, byłeś ostrzegany.
Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]
Potem wcale nie jest lepiej. W ciągu następnych pięciu minut Kondrat przedstawia nam przyspieszoną historię ludzkości – od powstania świata, przez wygnanie Adama i Ewy z Edenu (poczekajcie tylko na Diabła, który jest tak diabolicznie kreskówkowo pokazany, że brakuje mu tylko zaostrzonego ogonka, czarnego trójzębu i głosu Jarosława Boberka), aż do siostry Faustyny i jej prób przekazania woli Chrystusa do świadomości publicznej. A to nie jedyna lekcja, jakiej doświadczycie podczas seansu! Wyciągamy zeszyty, wyjmujemy długopisy i zapisujemy notatki. Michał zaprasza nas na pełnometrażową lekcję religii, podczas której nie wyciągniesz sobie komórki, żeby posprawdzać z nudów Facebooka, bo babcia obok powie Ci, żebyś ją wyłączył, gówniarzu, i dał w spokoju oglądać innym emerytom film. To nie klasa, to sala kinowa. Pierwsza skucha.

Druga skucha została popełniona przez Kondrata. Bo prawdziwy dokument, ale taki z krwi, kości i porządnego researchu, powinien z definicji nauczyć czegoś osoby, które nie mają zielonego pojęcia o danym temacie tak, żeby nie czuli się już totalnymi laikami, a ci, którzy na tym polu zjedli zęby i sięgnęli jęzorem do swojego łokcia, mieli przynajmniej fajną rozrywkę do obejrzenia przez te dwie godzinki – i żeby tylko żaden z tych dwóch obozów nie czuł się podczas seansu jak totalny debil. Bo o to tu przecież chodzi – o jedność.
Zobacz również: „Ruchome piaski”, czyli pierwszy szwedzki serial Netflixa [RECENZJA]
Tłumacząc to na przykładzie filmu religijnego – produkcja taka powinna osobom niewierzącym przedstawić zjawisko wiary w istotę (według nich) nieistniejącą tak, żeby mogli zrozumieć tych, którzy jednak wolą wierzyć w życie po śmierci. Przedstawić je tak, żeby zatrzeć tę granicę pomiędzy wierzącymi a ateistami; żeby załagodzić, jak tylko się da, tę trwającą od setek tysięcy lat debatę na temat tego, czy Bóg jest, czy Boga nie ma (poprawna odpowiedź brzmi: To Twoja sprawa, typie). Natomiast ci, którzy jak najbardziej wierzą, otrzymali solidne poklepanie po pleckach z gatunku: nie robisz nic złego, więc nie ma co się z tym kryć; wierz sobie, w co chcesz. Dla każdego coś miłego.

Kondrat postawił jedynie na klepanko. Tak przedstawia zjawisko wiary w Boga i fenomen Kościoła, że Miłość i Miłosierdzie mogłoby równie dobrze stanowić reklamówkę jakiejś sekty – Bóg i Jezus wyleczą wszystkie Twoje rany, zmówienie paciorka będzie dla Ciebie tym, czym Protego Maxima było dla Hogwartu w Insygniach Śmierci 2 (a nie, czekaj, to przecież czarna magia, zapomniałem), a jak jeszcze będziesz mówił co wieczór “Jezu, ufam Tobie”, to Twoja skolioza zostanie wypędzona, precz do Szatana, a NKWD nie zdąży dorwać Twojej skromnej osoby, bo nagle Jezus otworzy Ci w porę drugie okienko kontroli paszportu! Same zalety! Dołącz już dziś, a dostaniesz sześciopak wina mszalnego za pół ceny!
Zobacz również: „Schyłek dnia”, albo koniec świata, na jaki zasługujemy [RECENZJA]
Skoro zjawisko wiary zostało tak przedstawione, to może chociaż ciekawie pokazano postać Heleny Kowalskiej (znanej także jako Maria Faustyna)? A guzik! Kondrat sprowadza jakąkolwiek naukę, z której można wyciągnąć coś wartościowego, do amatorsko nakręconych scenek fabularnych, poziomem wykonania przypominających telenowele na TVP (częsta utrata głębi ostrości, zbyt bliskie lub dalekie kadrowanie, zabawnie „plumkająca” muzyczka w humorystycznych momentach) oraz do gadających głów, których wypowiedzi nie przypominają już nawet wywiadów, tylko monologi przewodnika oprowadzającego wycieczki po kościołach czy innych zabytkach, bo nawet w czysto dokumentalnej części filmu nie ma ani grama naturalności – wszyscy przepytywani ludzie wygłaszają swoje wykłady bez jakiegokolwiek zająknięcia, a to, co mówią, można spokojnie przeczytać na Wikipedii. W domu i w większej ilości. Z większą frajdą. Z większym poczuciem ulgi. Trzecia skucha.
A przecież aż się prosiło o głębsze przedstawienie postaci siostry Faustyny! Kamińska kreuje ją jako osobę, która mimo szczerej wiary w to, co uświadczyła (czyli najbardziej dosłowne i walące po oczach zobrazowanie Jezusa, jakie od dawna ujrzycie w kinie), przebiera oczami jak obłąkana lunatyczka, a jej bezgraniczna ufność Bogu nie przypomina uroczego przekonania w istnienie Stwórcy, tylko nasilony epizod schizofrenii.
W scenach, w których Helena usiłuje przekonać swoich przełożonych, że jest całkowicie pewna, że to Jezus kazał jej zrobić [wstaw tu dowolną czynność], tkwił soczysty potencjał i szansa na zabawę ze stereotypem Kościoła – surowe siostry oraz księża poznający w końcu osobę, która nie waha się ani przez moment z wyrażaniem swojej miłości do Pana Wszechrzeczy. Kto wygra? Kto przegra? Nieważne. Trzeba szybko przejść do gruźlicy Faustyny, bo nie wyrobimy się w czasie z materiałem. Dawaj, Kamila! Kaszlnij parę razy na sucho, żeby widzowie wiedzieli, że ona jest chora, a wy za tydzień piszecie kartkówkę z życiorysu Heleny Kowalskiej. Bez poprawy!

Zobacz również: „Shazam!”, czyli świąteczna rozrywka dla całej rodziny! [RECENZJA]
To praktycznie jedyna rzecz, która ratuje tę lekcję religii od kompletnej katastrofy: aktorzy, którzy usiłują wyciągnąć ze swoich postaci to, czego scenariusz nie daje im nawet w miligramach (podpowiedź: cech istot ludzkich). Kamila Kamińska wzbudza sympatię w stopniu, na który ten film nie zasłużył i taszczy ciężar tego gniotu na swoich barkach, ilekroć pojawia się na ekranie (czyli przez jakąś ¼ Miłości i Miłosierdzia). Janusz Chabior gra na autopilocie, sprawiając wrażenie jakby już umarł w środku, ale coś tam się w nim jeszcze tli, co sprawia, że da się go bez bólu oglądać, a Maciej Małys w roli księdza Sopoćki wprowadza umiarkowany luz i widać, że mógłby, chciałby i potrafiłby troszkę więcej, ale, cholera, nie w takim filmie. Nie tutaj. Nie teraz.
Miłość i miłosierdzie to po prostu, cytując innego polskiego recenzenta, typowa chrześcijańska pasza na pełnej sutannie (ale z akcentem na pierwsze “a” w “paszy”) – zrobione po łebkach i walące synonimami słowa “wiara” jak łopatą po głowie widza kino moralizatorskie, które absolutnie nikogo niczego nie nauczy, grzeszników za cholerę nie nawróci, wierzących milutko poklepie po pleckach, a wszystko, co nam podaje jako nowe odkrycie, nie okazuje się być żadną szczególną nowością. Omijać szerokim łukiem. A jeśli już, to poczekajcie aż katecheta puści na lekcji religii. Przynajmniej skitracie telefon za plecakiem.
Dziennikarcze, tłumaczka, YouTuber, jełop. Kocha plastelinę animowaną poklatkowo, chce wyjść za Zakochanego bez pamięci, gardzi Vegą bardziej niż sobą, szybciej stoi, niż Ty biegasz, a co najgorsze, JEST Ryanem Goslingiem. Dosłownie.