Advertisement
Recenzje

“Ekstaza”, czyli hera, koka, hasz, ludzka krew [RECENZJA]

Kuba Stolarz

Blokada twórcza. Czai się od dawna, pojawia się znikąd. Żywi się kompleksami, zmusza do wymyślania wymówek, sprawia, że odechciewa się żyć. Pijawka, wiedźma, katalizator desperackiego szukania rozwiązań, bo na ten brak pomysłów musi być przecież jakaś fizyczna metoda, prawda? Kawa da energię, alkohol rozluźni, fajki uspokoją, a koka rozbudzi wyobraźnię. Na pewno. No to bierzesz. Nie działa za pierwszym razem. Za mało wziąłeś, zażywasz więcej. Znowu nie działa. Zażywasz jeszcze więcej, nie działa, zażywasz znacznie więcej, nie działa. Im mocniejsze dawki, tym silniejsza robi się paranoja, która wmawia Ci, że bez tych używek nigdy nic nie wymyślisz i nie udowodnisz, że jesteś coś wart. Uzależnienie, które wrasta się w skórę i staje się częścią Twojej osobowości.

Może się jednak okazać, że korzystanie w takich ilościach ze wspomagaczy rzeczywiście przynosi efekty (te uboczne też). Główna bohaterka Ekstazy, nieprzyjemna dla wszystkiego i wszystkich malarka Deezy, od trzech tygodni nie potrafi dokończyć obrazu, na który dostała zlecenie od miejscowej galerii. Agent puszcza ją z torbami, właściciel mieszkania domaga się czynszu, a sama artystka tłumaczy się brakiem weny, jednocześnie spędzając każdą wolną chwilę na dyskotekach – chleje na umór, odurza się, wciąga kreski, od miłości preferuje szybkie numerki. Żyje pełnią życia, by zaraz potem zgonować w klubowej toalecie.


Zobacz również: “Godzina oczyszczenia”, czyli Diabeł też potrzebuje atencji [RECENZJA]

Wszystko się zmienia, gdy malarka próbuje dopalacza o niezwykle subtelnej nazwie “Diablo”, po czym idzie się bawić na ostro zakrapianej imprezie. Nastaje świt, wraca do domu. Mieszanka nowego narkotyku, potężnej dawki kokainy, alkoholu, seksu oraz autodestrukcyjnego usposobienia skutkuje nagłym przypływem weny twórczej. Dezzy maluje jak nigdy: śmiga pędzlem jak szalona, głowę nawiedza masa kształtów i pomysłów, zaś wprawiona ręka automatycznie przenosi je na płótno. Dzieło zaczyna przypominać arcydzieło. A gdy przez przypadek posmakuje ludzkiej krwi, nie cofnie się przed niczym, żeby dokończyć obraz. Egzorcysta nic tu nie zdziała. Tu trzeba osinowego kołka.

Ekstaza to zarówno sztandarowy przykład kina eksploatacji, jak i jego hołd. Film uniwersalny czasowo, ale i taki, który byłby dzisiaj obiektem kultu, gdyby został nakręcony w ubiegłym wieku. Joe Begos nie owija w bawełnę, kondensując metraż do 80 minut seansu i serwując widzowi nieskrępowaną jazdę bez trzymanki, w której nie liczy się nic poza hektolitrami wylewanej krwi, głośno dudniącą muzyką, nagranymi na taśmie 16mm zdjęciami, epileptycznym montażem oraz wrażeniem, jakby samemu było się na haju. To wizualizacja tego, jak mogłoby wyglądać Opętanie Żuławskiego, gdyby zostało nakręcone przez Panosa Cosmatosa.

Red Miller (Nicolas Cage) i Deezy Donahue (Dora Madison), oboje skąpani w psychodelicznie soczystych kolorach oraz ciemnej ludzkiej krwi, nie wiedzą, co jest fałszem a co prawdą, ale i tak brną w to szaleństwo, myśląc że znajdą w nim jakieś rozwiązanie, co prowadzi wyłącznie do wdrażania w życie kolejnych etapów samozagłady. Idą pod prąd, robią co trzeba, żeby osiągnąć swój ważny cel, choć wszystko pod kopułą zrobiło fikołka.

Ale podczas gdy Nicolasem Cage’em kierowała czysta żądza zemsty oraz to, że nie miał nic do stracenia, tak Deezy rządzi prawie że całkowite zezwierzęcenie. Chlać, ćpać i jeść – garnąć się na jakiegoś typka, przegryźć mu gardło, popić to krwią, brzuszek najedzony, satysfakcja potężna. W końcu to dla sztuki, dla wyższego celu. Chęć namalowania obrazu to ostatnia ostoja człowieczeństwa dziewczyny – przeżywającej beztroskie, artystyczne uniesienia, by nagle obudzić się nago w łazience, nie pamiętając, co do tego doprowadziło.


Zobacz również: “Koko-di Koko-da”, czyli dzieci i traumy głosu nie mają [RECENZJA]

Ekstaza w dodatku przypomina momentami Climax, w którym dragi były jedynie pretekstem do udowodnienia, iż tego typu używki uwalniają w ludziach najgorsze instynkty. Begos też to prezentuje, stawiając miejscami na naturalizm, a czasem na totalny kamp. W scenach zażywania narkotyków idealnie pokazuje, jak potrafią oszukać, że dają jakieś korzyści z ich brania (hipnotyzujące kolory, pulsujący przed oczami świat, wyłączenie rozumu, żeby ciało robiło, na co ma ochotę), zaś w momentach bliskiego przedawkowania uderza w Żuławskiego i Noé jednocześnie. Grająca główną bohaterkę Dora Madison łączy ze sobą dzikość Isabelle Adjani oraz desperację Sofii Boutelli, serwując jeden z najlepszych fizycznych popisów aktorskich ostatnich lat. Krzyki, jęki, kopnięcia, wymachy, bolesne zwijania się z bólu, tarzanie się w plwocinach, trocinach i innych wymiocinach – pełen repertuar odgłosów i odruchów opętanej osoby na haju wygrany fantastycznie. Celowo napisałem “fizycznych popisów aktorskich”, bo aktorstwem jako takim ten film nie stoi, co nie jest w żadnym wypadku winą odtwórców ról.

Największą wadą Ekstazy jest straszliwie pretekstowy scenariusz, którego dialogów nie dało się w żaden wiarygodny sposób przełożyć na ekran. Nie mam problemu z tym, że świat w niej przedstawiony jest skrajnie negatywny, bo takie już jest kino exploitation – wyolbrzymia cechy charakteru każdego bohatera, żebyś bawił się na filmie, a nie opłakiwał śmierć czyjejś postaci. Problemem jest łopatologiczne przedstawienie tego świata.

Climax było kapitalne w zwięzłym zarysowaniu, kim i jaki jest dany bohater. Sofia Boutella pyta się każdego, jak wyszła impreza? Ona jest ta odpowiedzialna i będzie starała się ogarnąć cały ten bałagan, żeby nikomu nic się nie stało. Ten w dresie ma ADHD i jest agresywny? On wywoła największe kłopoty, i tak dalej, i tak dalej. Dzięki czemu wiedzieliśmy, dlaczego ktoś tak się zachowuje, a Noé nie musiał nam nic tłumaczyć, tylko przechodził od razu do reakcji.


Zobacz również: “Dziewczyna z trzeciego piętra” [RECENZJA]

Ekstaza nie pokazuje, tylko mówi. Mówi, mówi, mówi. Mówi, że Dezzy jest całkiem niezłą artystką, podczas gdy jedyną jej pracą, jaką widzimy, jest malowany na zlecenie obraz. Dezzy twierdzi, że ciągnie ją do pędzla i musi bez przerwy tworzyć, choć w scenach przy płótnie nie widać na jej twarzy żadnej radości z malowania. O ciekawych relacjach możecie zapomnieć, bo sprowadzają się one do nieustającej ekspozycji i irytującego rzucania mięsem – akcentowanego w taki sposób, żebyś nie miał jakiejkolwiek wątpliwości, jak zepsuci są ci bohaterowie. Szczególnie doprowadza to do szału w scenie, w której Donahue wypomina znajomej przez telefon, że coś dziwnego się z nią dzieje. Monolog nie wypada naturalnie, bo aktorka za bardzo skupia się na tym, żeby słowo “fuck” było wypowiedziane soczyście, a nie na tym, żeby dobrze odegrać tę scenę. Co niestety jest domeną większości scen z Dezzy.

Tyle dobrze, że cała reszta filmu rekompensuje niedogodności. Dialogi potrafią zjeżyć włos na głowie, ale nie bardziej od najlepszych momentów Ekstazy. Begos potknął się parę razy o własną ambicję, ale błądzić jest rzeczą ludzką, wyklepie się. W dodatku chłop ma dopiero 32 lata, a już opanował sztukę wizualnej groteski do perfekcji, więc nie jestem w stanie się na niego złościć. Zwłaszcza, że to dzieło prosto z serduszka, powstałe z potrzeby promowania współczesnego kina exploitation, w którym nie liczy się zysk, tylko beztroska frajda z tworzenia oraz spróbowania zakazanego owocu. Seans będziecie wspominać, jakbyście sami przeżyli swój własny narkotykowy odlot. Ktoś krzyczał, ktoś rzygnął, ładne kolorki, głośno też było. Mój ulubiony rodzaj kampanii antynarkotykowej – ucząc bawi, bawiąc uczy.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.