Klasyka z Filmawką – “Łowca androidów” Ridleya Scotta

W piątek wyruszyłem wieczorem na miasto odebrać paczkę. Powitał mnie mrok, mgła gęsta jak mleko i rozmyte w niej światła latarni oraz sklepowych logotypów. Zawsze, gdy wybywam na taki oto nocny spacer, budzi się we mnie Rick Deckard. Smutny saksofon ryczy w tle, zaś ja i mój wierny kołnierz kurtki – elegancko przeze mnie postawiony – podążamy wybrukowanymi ścieżkami i zaczynamy się bawić w prywatnego detektywa, który został wynajęty do ścigania czterech zbiegłych replikantów. Suniemy przed siebie odpowiednio przygarbieni, Harrison Ford wygłasza we łbie monolog…

Kraków. Skąpany we mgle od mrozu i wyziewów z rur wydechowych. Duszę się jego smogiem. Dławię się deszczem lejącym się z nieba. Nie cierpię tej stęchłej dziury, a ona nie cierpi mnie i tylko czeka, aż trafię na niewłaściwą alejkę, żeby wylać na mnie całe swoje zło, które trzyma na podorędziu. Każdy, kto tu mieszka, patrzy się na mnie, jakby chciał mnie zabić albo zeżreć.

…a ja powoli zdaję sobie sprawę, że akcja Blade Runnera nie rozgrywa się już w dalekiej przyszłości. Listopad 2019. Tam Los Angeles, tu Kraków. Atmosfera gęstnieje, a zabawa maleje, by zamienić się wreszcie w refleksję nad tym, jak bardzo 37-letnie dzieło Ridleya Scotta jest zgodne z obecnymi czasami. Czy wciąż jest aktualne? Czy nie straciło nic na swojej wartości? Czy zasłużyło sobie na miano ponadczasowego? Czy udało mu się przewidzieć przyszłość?

Najłatwiej odpowiedzieć na te pytania, po prostu znajdując w filmie rzeczy, które w momencie premiery były zwykłymi przewidywaniami na temat nadchodzących lat, zaś dzisiaj nie są już niczym niezwykłym. Cyfrowe billboardy reklamujące ogromne marki, domy obsługiwane przez wirtualnego asystenta, Deckard odbywający rozmowę z użyciem kamery czy coraz bardziej rozwijająca się sztuczna inteligencja. Nie stworzyliśmy jeszcze androidów, które do złudzenia przypominałyby człowieka, ale gdy weźmie się pod uwagę to, jak bliscy perfekcji jesteśmy w kwestii komputerowego odtworzenia ludzkiego ciała, oraz jak zaawansowana jest taka Sophia – pierwszy robot w historii, który otrzymał obywatelstwo dowolnego kraju świata – perspektywa realistycznie wyglądającego humanoida nie wydaje się już taka odległa.


Zobacz również: Elektroniczna melancholia – Soundtrack “Blade Runnera”

Jednak rzucać wszystkim o ścianę i sprawdzić, co się przyklei, każdy potrafi (film chybił chociażby z systemem analizowania zdjęć opartym wyłącznie na komendach głosowych). Gdyby akuratność względem obecnych czasów była jego jedyną zaletą, to stanowiłby on jedynie filmowy odpowiednik wyrażenia: “A nie mówiłem?”; powstały tylko po to, by klepać twórców po pleckach, ilekroć w prawdziwym życiu wydarzy się coś, co zdążyło się już pojawić w filmie. Znacznie większym osiągnięciem jest przekucie tych przypuszczeń w coś treściwego. Miną lata, wychowamy nowe pokolenia widowni, urządzenia staną się jeszcze bardziej nowoczesne, a Blade Runner wciąż będzie znajdował się w ścisłej czołówce najlepszych przykładów cyberpunku i stanowił podstawę takich filmów jak Ghost in the Shell – dzieł, które stały się kultowe na własną rękę. Nie dlatego, że twórcom poszczęściło się podczas tarota, tylko dlatego, że przekaz ich filmu jest cholernie uniwersalny – ważny trzydzieści siedem lat temu, ważny za trzydzieści siedem lat od teraz.

Łowca zawdzięcza swoją popularność przede wszystkim przyciągającemu wzrok designowi pogrążonego w brudzie i syfie Los Angeles. Pierwsza scena filmu – lot nad miastem – do tej pory wbija w fotel. Przypominając nagrane dronami panoramy metropolii, których miliony można dzisiaj zobaczyć na YouTubie, wrasta się w mózg i przedstawia ci całe Miasto Aniołów A.D. 2019 w pigułce – lokalizację, która tak bardzo przyzwyczaiła się do swojego brudu, że wszystko, co wybija się ponad jej przeciętność, jest uważane za piękne i nadzwyczajne. Betonowe wieżowce, cyfrowe reklamy Coca-Coli oraz płomienie wydobywające się z kopalni ropy naftowej – symbole kapitalizmu, konsumpcjonizmu oraz zagarniania przyrody na rzecz poszerzania zyskownej industrializacji – stają się tutaj historycznymi zabytkami. Pamiątkami dawnej kultury przetrawionej przez najgorsze ludzkie instynkty i jedyną kolorową rzeczą, którą zobaczą w ciągu dnia.

Świat przedstawiony w Blade Runnerze to miejsce, które z daleka zapiera dech w piersiach swoim wyglądem, a z bliska smrodem i smogiem; dziura, z której nie ma wyjścia i nie ma gdzie z niej uciec. Świat jest skażony, więc jedyną porządną perspektywą jest życie w pozaziemskich koloniach, których katastrofa ekologiczna jeszcze nie dotknęła. Niestety nawet one nie stanowią gwarancji doświadczenia zwykłej ludzkiej empatii. Ludzie wywodzący się z tego środowiska – niezależnie od tego gdzie by nie mieszkali – są z góry skazani na samotność. Miejsce, w którym przychodzi im żyć, wysysa życie z człowieka, a każda praca, choćby najprostsza, osiąga miano syzyfowej. Policjanci ścigają przestępców nie w imię większej sprawy i dobra ogółu, ale by zarobić na chleb i mieć kolejny obowiązek z głowy. Rick Deckard bierze się za odnalezienie czterech zbiegłych z kolonii replikantów dla zwykłego świętego spokoju i żeby wszyscy przestali zawracać mu gitarę. Żyćko. Niby z przyszłości, a bliski jak przyjaciel.


Zobacz również: “Irlandczyk”, czyli Scorsese tworzy Kino, a trawa jest zielona [RECENZJA]

Nihilistyczna wymowa Łowcy androidów staje się jeszcze bardziej ponura, gdy do akcji wejdą same androidy. Pris, Zhora, Leon i Roy Batty są replikantami z gatunku Nexus-6, które, ze względu bezpieczeństwa, przestają funkcjonować po czterech latach użytkowania. Ta czwórka robi więc wszystko, żeby przedłużyć swój żywot: któraś zatrudnia się jako prostytutka, inna podrywa ludzi, trzeci dokonuje anarchii, zaś czwarty wbija sobie pręt w dłoń, byle tylko coś poczuć. Wrócili na wyniszczoną Ziemię, bo tylko tutaj mogą poczuć, że żyją, a nie są wyzyskiwani jak tania siła robocza. To jedyne postaci w filmie (poza samym Rickiem), które wykazują pełne spektrum człowieczeństwa. Batty dowiaduje się, że nie da się przedłużyć okresu jego egzystencji. Z desperacji, smutku oraz gniewu morduje swego Bogu ducha winnego stwórcę, zaś pod koniec filmu ratuje życie gościowi, który zabił dwóch jego przyjaciół. Zamiast zabić go, spowiada mu się i sprzedaje darmową lekcję pokory – monolog o ulotnych chwilach (po części zaimprowizowany przez Rutgera Hauera), który zapada w pamięć przez swoją dobitną szczerość.

“Widziałem rzeczy, którym wy, ludzie, nie dalibyście wiary. Statki szturmowe w ogniu sunące nieopodal ramion Oriona. Promienie skrzące się w ciemnościach niedaleko wrót Tannhausera.”

Batty nie wygłasza peanów. Ogranicza swój wywód do paru krótkich, ale treściwych zdań: wygarnia ludzkości jej płytkość, ze wszystkich pięknych rzeczy, jakie w życiu widział, wylicza tylko dwie i od razu przechodzi do gorzkiego podsumowania. Nieważne, ile i jak przeżyjesz. Pod koniec żywota i tak te wszystkie chwile przepadną w czasie. Jak łzy… w deszczu.

Podczas gdy postać grana przez Harrisona Forda przez większość seansu nie dorównuje swoim charakterem bohaterom, na których trafia, tak pesymistyczna przemowa Roya oraz zestawienie ze sobą obu podstawowych wersji montażowych filmu sprawiają, że staje się on postacią kompletną. Wszystkie elementy układanki wskakują na miejsce, a widz przestaje go uważać za płaskiego bohatera.

Pod koniec filmu Gaff, android-policjant, zostawia Deckardowi przed mieszkaniem figurkę origami – jednorożca, który ma symbolizować bajkę, mrzonkę oraz to, że Rick buja w obłokach, a jego plan pojechania z Rachael ku zachodzącemu słońcu jest skazany na porażkę, bo zakochał się w robocie. W dodatku takim, którego długość okresu funkcjonowania jest nieodgadniona.

Rick ma to gdzieś, nie uważa swojego planu za porażkę. Ryzykuje wszystko, co miał, miażdży w dłoni figurkę, wpada do windy, koniec, żyją długo i szczęśliwie. Opowieść o androidach, które nauczyły człowieka żyć i kochać, nie ma nic więcej do dodania.

Jednakże istnieje również Ostateczna wersja reżyserska dodająca do filmu scenę, w której Rick śni o biegnącym jednorożcu. Potężny zwrot akcji, wszystko obraca się w drzazgi. Skoro Gaff jest replikantem, a ci posiadają możliwość odczytania procesów myślowych u innych humanoidów… to czy to oznacza, że Rick jest replikantem? Stąd wiedział, że Deckard miał taki sen? Film odwraca się wtedy o 180 stopni. A biorąc pod uwagę przypadek głównego bohatera Blade Runnera 2049, perspektywa androida łowiącego innych androidów nie jest wcale pozbawiona sensu, więc nie ma tu żadnych dziur fabularnych. To historia o robocie, który nauczył się od ludzi, jak żyć i kochać. Szafa gra.


Zobacz również: “Między słowami” – Klasyka w dniu premiery

Skoro oryginalny Blade Runner opowiada o nauce empatii do maszyn, a Final Cut jest historią o androidzie, który stał się człowiekiem, to po obejrzeniu ich obu granica pomiędzy ludźmi a robotami jest jeszcze bardziej rozmazana. Dlatego film wciąż jest aktualny i będzie taki przez długi, długi czas. Jeśli ludzkość tak zaśmieci Ziemię, że filtry do masek antysmogowych będzie trzeba wymieniać co tydzień, to zawsze możemy powiedzieć, że Ridley Scott przewidział to już w 1982 roku. I będziemy mieli rację. Ale to wartości, które przekazuje, świadczą o jego ponadczasowości.

Nigdy nie poznamy prawdy. I niekoniecznie musimy ją poznawać. Cieszmy się chwilą. Rick Deckard wyrwał się z marazmu, wziął sprawy we własne ręce i uciekł ze swoją ukochaną w siną dal.

Czym i kim by nie był, bierzmy z niego przykład. Może te wszystkie chwile przepadną jak łzy w deszczu, ale jeszcze nie pora umierać.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.