“Pewnego dnia”, czyli w pułapce zwyczajności [RECENZJA]

Jeden dzień. W obliczu tego, z ilu dni składa się średnia długość życia człowieka, jeden dzień to naprawdę nic. Ot, kropla w morzu zwyczajności. Zwłaszcza jeśli ma się trójkę dzieci na utrzymaniu, z czego jedyne, które Cię w ogóle słucha, to te, ledwo umiejące powiedzieć “mama”. Znudzonego męża, który na każde Twoje pytanie odpowiada, jakby chciał jak najszybciej zakończyć z Tobą rozmowę. Szefową, której grzecznie przytakujesz na każdą Jej prośbę, bo nie chcesz mieć z nią żadnych kłopotów. Znajomego z pracy, nie bojącego się powiedzieć w żywe oczy, że uważa Twoją sytuację życiową za dosyć absurdalną. Teściową, która przy każdej wizycie u Ciebie powtarza, że moglibyście już naprawić ten cholerny kran, a przecież ona zna takiego jednego hydraulika, on bardzo chętnie wpadłby z wizytą, to naprawdę żaden kłopot…

Anna prowadzi właśnie takie życie. Mało tego: akceptuje przeciwności ze stoickim spokojem, bez cienia irytacji na twarzy. Bez problemu przyzwala na wszystkie rzeczy, które się wokół niej dzieją, jakoby była to wola Stwórcy. Jakoby tak już miało być. Nie ma nawet czasu, żeby się porządnie nad tym zastanowić, bo trzeba przecież odwieźć córkę na balet, przypomnieć synowi, o zabraniu ubrań na WF, kupić lek na gorączkę, wyruszyć do pracy jako nauczycielka i pojechać do banku, żeby udowodnić, że Twoja rodzina spłaca kredyt. Jej życie przypomina trybik w szwajcarskim zegarku, nie ma w nim miejsca na własne przyjemności i chwilę oddechu.

Zobacz również: “Avengers: Koniec gry” – recenzja ze spoilerami

Główna bohaterka najnowszego filmu Zsófi Szilágyi otrzymuje pewnego dnia szansę na to, żeby się wyłamać ze tej rutyny – niestety na skutek terapii wstrząsowej. Wszystko zaczyna się jej sypać, kiedy dowiaduje się, że jej mąż, Szabolcs, ma/miał romans. I jest to informacja z najlepszego źródła, bo od samej kochanki (a także najlepszej przyjaciółki, Gabi), która wszystkimi słowami świata powie jej, że bardzo przeprasza i nigdy więcej tego nie zrobi, ale zapytana o przyczyny odstawienia takiego numeru, milknie i nie wyjawia żadnych powodów. Gabi pozostawia Annę z tą szokującą wiadomością, udaje, jakby nigdy nic się nie stało i usiłuje następnie przejść do typowej gadki-szmatki. Bo przecież nic się nie zmieniło, nadal się przyjaźnimy, prawda? Prawda?

W ciągu następnego dnia zostanie zmuszona do podsumowania swojego dotychczasowego życia. Czy wysyłanie syna na lekcje grania na wiolonczeli nie jest aby niszczeniem jego dziecięcej niewinności w imię tego całego “dorastania”? A nadpobudliwa córka to przejaw jej uroku czy jednak kiepskiego wychowania? Czy nieodzywanie się jej męża to po prostu odznaki jego introwertyzmu czy jednak zaniknięcia uczucia do niej? A przyjaciółka nie zerwała z nią jeszcze więzi tylko po to, żeby mieć pretekst do spotykania się z Szabolcsem? Czy praca w szkole językowej sprawia jej w ogóle przyjemność? Czy bliscy ją doceniają? A być może traktują ją jak popychle, które ma po prostu wykonywać za nich obowiązki?

Zobacz również: “Słodki koniec dnia”, czyli Krystyna Janda i uchodźcy pod słońcem Toskanii [RECENZJA]

Niczym w innej węgierskiej produkcji, Synu Szawła, Szilágyi nie odstępuje ani na krok swojej bohaterce w jej szaleńczej pogoni przez miasto – od domu do szkoły, od szkoły do pracy, od pracy do domu, kolacja, zęby, prysznic, spanie, powtórz. Pewnego dnia to historia wyłącznie Anny. To czysta życiówka, która większość swojego metrażu spędza na dokumentowaniu “zwykłych” ludzkich obowiązków wykonywanych przez postać Zsófi Szamosi – zakupy, mycie naczyń, nakrywanie do stołu, przebywanie z dziećmi, prowadzenie lekcji, wszystko co znamy z naszego życia. Zaskakująco mało tutaj “prawdziwego” dramatu mimo tego, że mamy tutaj przecież do czynienia z tematyką zdrady. Anna rzadko kiedy daje upust swoim emocjom. Nawet gdy jej dzieci zaczynają się wzajemnie wyzywać przy rodzinnym stole, ta nie pozwala sobie choćby na wściekłe krzyknięcie. Podniesie wtedy nieznacznie głos – na tyle, żeby dać znać, że to ona tu rządzi, ale nie na tyle, żeby przestraszyć małolaty. To nie ten film. To nie to tempo.

Tempo Pewnego dnia jest zresztą największą zaletą tego filmu. Siła produkcji Szilagyi leży w drobiazgach i detalach, w tym jak Anna reaguje na małe odstępstwa od tej rutyny – kiedy córka, która obudzona rano mówi, że nie chce jej się iść do szkoły, czy też kiedy jst zmuszona do wdania się w pyskówkę z agresywnym kierowcą na oczach jej syna. Jej reakcje na nagłą potrzebę powstrzymania czegoś, na co nie była przygotowana, ogląda się w ciągłym skupieniu. Duża w tym zasługa Szamosi, której świetne oddanie zmęczenia życiem Anny udziela się widzowi w takim stopniu, co niej samej. Dzięki jej roli nietrudno zrozumieć, dlaczego w pewnym momencie po usłyszeniu dzwonka do drzwi postanawia się schować pod stołem razem ze swoim synkiem. Pod stołem jest cicho, krzesła ich zasłaniają, dzieciak ma na razie proste wymagania – idealne warunki na przeczekanie armagedonu w postaci interakcji z innymi.

Zobacz również: “Avengers: Koniec gry” [“Avengers: Endgame”] – Największe zaskoczenie roku? [RECENZJA]

Niestety specyficzne tempo Pewnego dnia to także i jego największa wada. Choć Szamosi stara się jak może, żeby pokazać trud i znój matki trójki dzieci, która sama taszczy świat na barkach, bo mąż woli coś kręcić na boku zamiast jej pomóc, to w tych obowiązkach niewiele jest treści. Owszem, są to rzeczy wyczerpujące psychicznie widza. Owszem, są to czynności, które doskonale znamy. I właśnie tutaj Szilagyi wpada we własną pułapkę. Bo nie ma w tym nic odkrywczego. Nie ma w tym filmie świeżości, która wybiłaby ten film ponad, o ironio, przeciętny poziom podobnych produkcji obyczajowych. Przez co jedyną rzeczą, którą możemy powiedzieć po seansie, to to, że… cóż… było to ponure. I tyle. Zakładamy kurtkę, wychodzimy z kina, jutro nie będziemy pamiętali, że taki film w ogóle istnieje.

Siłą tego typu “życiówek” są bowiem postaci – bo nawet najmniej skomplikowana historia może zapaść nam w pamięć dzięki świetnie napisanym bohaterom, o których ona opowiada. Pewnego dnia tego nie ma. Mąż i przyjaciółka, wokół których kręci się przecież cała intryga, są wydmuszkami, które pojawiają się tylko na początku i końcu filmu (Gabi przewija się na moment w połowie seansu, ale nie robi nic, co zasługiwałoby na wspomnienie, więc i tak się czujemy, jakby jej w ogóle nie było), a postać Anny wybrzmiewa wyłącznie dzięki Szamosi, której skrypt co prawda daje się wykazać aktorsko, ale nie ma w nim czegoś, co przykuwałoby widza do ekranu. Poza nagłymi reakcjami na niespodziewane Anna nie jest jakkolwiek interesująca – a to ona jest przecież główną bohaterką.

Zobacz również: Odsłuchaj podcast o “AVENGERS: KONIEC GRY”

Nie oznacza to jednak, że film należy spisać z miejsca na straty, bo seans tegoż teatru jednej aktorki mija wyjątkowo bezboleśnie. Ba, im bliżej końca, tym więcej nieprzyjemności Anna spotyka na swojej drodze, Szilagyi wysuwa coraz dalej swoje pazurki, a produkcja staje się znacznie ciekawsza. Szkoda tylko, że moje zainteresowanie wzrosło dopiero podczas ostatnich dwudziestu-trzydziestu minut – kiedy Anna zaczyna powoli zdawać sobie sprawę z tego, że kurczowe trzymanie się grafika nie jest zdrowe. Że czasem warto odpuścić nastoletniemu synowi zajęcia z szermierki, żeby mógł zająć się tym, co go naprawdę jara – czasem zwykła kąpiel ze swoim paroletnim maluszkiem jest tym, czego Ci naprawdę było trzeba. I czasem warto dać sobie po prostu na wstrzymanie z tym wszystkim. 

Zobacz również: “Podły, okrutny, zły”, czyli natchniony Efron, wybitna Collins i chory świat [RECENZJA]

Tym bardziej żal, że przez ostatnią godzinę Szilagyi wczuwa się w sytuację swojej postaci kompletnie na opak – reżyserka zapomniała, że katatonię życia Anny należy pokazać widzowi nie tylko tak, żeby ją zrozumiał, ale także tak, żeby oglądał ją w zafascynowaniu. Tymczasem Pewnego dnia dostosowuje się tylko do tego pierwszego warunku, przez co ogląda się go przez większość czasu z nastawieniem głównej bohaterki – boleśnie nijakim. To kino moralizatorskie, którego morał wybrzmiewa w takim samym stopniu co spoty reklamowe dotyczące bezpieczeństwa na drodze, ale które przynajmniej nie oszukuje widza – od początku do końca nie uderzając w fałszywe nuty. Szilagyi spotkało po prostu przekleństwo zwyczajności – chcąc opowiedzieć o niej historię, sama stała się zwyczajna.

Rozumiemy Cię, Anna. Ale nie chcemy Cię oglądać.


2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.