“Kawki na drodze”, czyli Czeching of age [RECENZJA]

Coming-of-age to temat rzeka. Dojrzewanie osób młodych można przedstawić w wielu różnych od siebie wariantach, a mimo to nie stracić tych wiążących je ze sobą czynników, które czynią je wszystkie takimi pięknymi. Możesz to pokazać w formie kina przygodowego z elementami horroru (“To”), filmu kręconego przez ponad dwanaście lat, żeby jeszcze dokładniej ukazać proces dorastania (“Boyhood”), albo wulgarnej komedii o dzieciakach, które odkrywają, czym jest porno albo do czego służą kulki analne (“Grzeczni chłopcy”). Do wyboru, do koloru. To otwarta na pomysły sztuka, choć niezwykle łatwo się na niej wyłożyć. Ale jeśli odpowiednio się za to zabierzesz, wysoce wynagrodzi Twój ciężki wysiłek.

“Kawki na drodze” bierze się za to od innej strony – jeżeli podczas oglądania filmu uda Ci się wytrzymać to, jak bezczelnymi gówniarzami są główni bohaterowie, to w swoim czasie dostaniesz bardzo sprawnie zrealizowaną i sympatyczną historyjkę o dwóch chłopakach, którzy złapali okazję na wyrwanie się z życiowego dołka i dosyć nieciekawych sytuacji rodzinnych i wykorzystali ją na całego. Mára i Heduš wyruszają skradzionym audi w wycieczkę po Czechach i poznają świat na swój poroniony sposób: ratują psa od utonięcia, zabierają w przejażdżkę autostopowiczkę, która uciekła od swojego chłopaka, a sami wzmiankowani spylają w te pędy przed swoją przeszłością i konsekwencjami nieprzemyślanych występków. Przy wtórze wielokrotnych przekleństw i wspominek o seksie (to już ten etap w życiu).

Olmo Omerzu wierzy w ciekawość, odporność i wytrzymałość widza. Film rozpoczyna się sceną, w której Heduš – w pełnym stroju kamuflażowym, udającym spaloną słońcem trawę – skrada się przez gąszcza i przemyka przez instalacje wodne, żeby się dostać na pobocze, z którego będzie strzelał z karabinu na powietrze do przejeżdżających samochodów. Czając się niczym kapitan McMillan w “Modern Warfare”, a jednocześnie stojąc na pełnym widoku, pruje z broni, nie robiąc nikomu żadnej krzywdy. Kiedy kradzionym autem podjeżdża do niego znikąd Mára, Heduš nie zastanawia się ani chwili dłużej i wsiada, by wyruszyć z nim w nieznane. Po co? Nie wiadomo. Bo ma kłopoty w domu? Bo są najlepszymi przyjaciółmi? Bo Hedušowi jest już wszystko jedno? Bo chce zrobić na złość rodzicom? Po co w ogóle strzela?


Zobacz również: “(Nie)znajomi”, czyli “Ustaw powiadomienie: Obejrzę w dniu premiery”

Cokolwiek to jest, dowiadujemy się tego dopiero po znacznej części seansu. Kawki mają dosyć wysoki próg wejścia właśnie przez to, że jedyne, co wiemy, o głównych bohaterach, to to, że są cholernie nieprzyjemni. Mára równie dobrze mógłby się nazywać Seba – warczy, jęczy, marudzi i sprawia wrażenie chłopaka, który by żuł głośno gumę na lekcji, a wezwany potem do dyrektora próbował to zwalić na koleżankę obok. Zaś Heduš ma przez całą podróż nieodpartą ochotę zaliczenia każdej napotkanej dziewczyny. Tak go korci, że musi o tym wspomnieć nawet wspomnianej dziewczynie, która ma już i tak wystarczająco własnych problemów z facetami.

Dopiero po dłuższym czasie bohaterowie stają się mniej płascy. Omerzu razem ze scenarzystą Petrem Pýchą dodają z czasem coraz więcej cegiełek do ich backstory – matka nie zwraca uwagi, ojciec pije – dzięki czemu przestają być tacy łatwi do oceny, a to nastoletnie kino drogi zaczyna w końcu dostarczać nie tylko na poziomie wizualnym. Mára, choć wciąż wyznaje zasadę nieufności wobec Policji, okazuje się skrywać w sobie nieoczekiwane pokłady empatii, zaś Heduš, dotąd myślący wyłącznie o swoich potrzebach, pokazuje, że potrafi się poświęcić w imię przyjaźni i wykazać się własną inteligencją, a nie jedynie polegać na tym, co inni zrobią dla niego.


Zobacz również: Quidditch, wikingowie i bardzo dziwne filmy, czyli Kapitularz 2019

Cała wyprawa przez Czechy to jedna wielka inicjacja i test męskości, na który umyślnie i nieumyślnie wystawiają się bohaterowie. Umyślnie – wyrzucając komórki do jeziora i uciekając z domu, chcą się pozbyć wszelkiej kontroli. Nieumyślnie – nie wiedzą, że zmierzą się z policją i walką z własnym dojrzewaniem, którą wywoła spotkanie z autostopowiczką. Chęć zaspokojenia swoich intymnych żądz kontra zbudowanie przyjemnej relacji z drugą osobą. Szczyl kontra policjanci, którzy z niejednego przestępcy informacje wyciągali. Nierówna bitwa? Rozmowne potyczki Máry z przesłuchującą go policjantką to jedne z ciekawszych scen w całym filmie, bo opierają się na dwóch silnych charakterach. Oboje mają swoje za uszami i oboje różnymi metodami będą chcieli osiągnąć swój cel – on nie chce wsypać swojego kumpla, a ta chce wiedzieć wszystko o nielegalnej wojaży przez kraj i co go do tego w ogóle skłoniło – a nie są to wyjątkowo szlachetne sposoby.

Ważne lekcje, których się uczą bohaterowie (że kobieta nie jest laską z sex-shopu, że braci się nie traci), nie przelewają się jednak zbytnio na widza – film ogląda się lekko i przyjemnie, ale bez szczególnego poczucia, że powinno nas to wszystko obchodzić. To fajna produkcja, która nie wychodzi szybko z głowy dzięki swojej warstwie audiowizualnej. Piękno czeskich mieścin, sfilmowanych po części ze środków Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, wprawia widza w specyficzny, prawie że senny nastrój. Odwiedzone przez chłopaków miasteczka wywołują u widza ciepełko zarówno przez znajomą nam słowiańskość mijanych okolic, jak i ciągły niepokój przez opatulenie ich mgłą i szarawo-białym śniegiem.

Ale z drugiej strony to, że film nie wywołuje nie wiadomo jak mocnych wrażeń podczas oglądania, to ciekawe rozwinięcie ideologii płynącej z oryginalnego tytułu. “Všechno bude”. Czyli wszystko się jakoś ułoży. Co nas spotka po drodze? Nie wiadomo. Jak wyruszymy, to się dowiemy. Wzruszmy ramionami i wyruszmy w nieznane. Dowiemy się o sobie tego, czego nie wiedzą nawet nasi najbliżsi. Jakoś to będzie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.