Advertisement
Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką: „Mroczne przejście” (1947)

Irena Kołtun
Grafika autorstwa Norberta Kaczały
Grafika autorstwa Norberta Kaczały

Trzecia produkcja z kultowym duetem Bogart-Bacall jest tą najbardziej zapomnianą. Powodów może być kilka: brak pamiętnych one-linerów, dwójka głównych aktorów odgrywa inne role, niż te, do których zostali przyzwyczajeni widzowie, a zakończenie wydaje się nie do końca satysfakcjonujące. Jednak Mroczne przejście nie jest jedynie pozycją do odhaczenia w panteonie ról legendarnych aktorów i wciąż ma trochę do zaoferowania współczesnemu widzowi.  

San Francisco końca lat czterdziestych. Niesłusznie oskarżony o zabójstwo żony Vincent Parry ucieka z więzienia, aby przeprowadzić własne śledztwo i oczyścić się z zarzutów. Niemal od początku bohatera spotykają na przemian nieszczęśliwe i szczęśliwe przypadki, a sytuacja potrafi się odwrócić o 180 stopni kilka razy w ciągu jednej sceny. Jednym z fortunnych zbiegów okoliczności jest spotkanie z Irene – córką innego niesłusznie oskarżonego skazańca.

kadr z filmu „Mroczne przejście"
fot. „Mroczne przejście” / materiały prasowe Warner Bros

Reżyserem Mrocznego przejścia jest Delmer Davis – nazwisko obecnie zapomniane, podobnie jak film. Dorobek reżysera przetrwał jednak próbę czasu: do westernów takich jak Złamana strzała czy estetycznie wybitny 15:10 do Yumy wciąż powracają kolejne pokolenia kinomanów. Jednak jego trzeci w dorobku film przypominany jest przede wszystkim ze względu na zaangażowanie do głównych ról słynnego małżeńskiego duetu. Nie do końca słusznie. W filmie została zastosowana ciekawa perspektywa kamery – prowadzona jest przez pierwszą połowę filmu z punktu widzenia głównego bohatera. Co jest fabularnie uzasadnione: Vincent, aby ukryć się przed ścigającą go policją, przechodzi operację plastyczną. Zatrudnienie dwóch aktorów nie wchodziło w grę; z charakterystycznym głosem Bogiego byłoby konieczne podłożenie go w pierwszej części przed operacją. Zabieg o wiele mniej interesujący realizatorsko, a w dodatku niekomfortowy dla drugiego aktora. Twórcy pozwalają sobie też na pewien dowcip – przez pierwszą część filmu nie widać twarzy Bogarta, ale widzowie poznają go po głosie; w drugiej zaś po zabiegu jego postać dostaje zakaz mówienia przez jakiś czas. Gdy więc odzyskujemy twarz, tracimy charakterystyczne brzmienie aktora.

Mroczne przejście czaruje też impresjonistycznymi zdjęciami San Franscisco. Architektura miasta w oku kamery jest potężna i labiryntowa. Nawet coś tak prozaicznego, jak schody przeciwpożarowe w wieżowcu, sprawia wrażenie stalowej sieci, w której plącze się uciekający bohater. Szerokie drogi onieśmielają swoim rozmachem. Szczególnie imponujące i pomysłowe jest przedstawienie mostu Golden Gate: raz jest to niekończąca się trasa, sprawiająca wrażenie płaskiej pustyni, w której skrycie się przez bohatera jest niemal niemożliwe; drugi raz milcząco i ponuro wisi nad walczącym o życie Parrym.

kadr z filmu „Mroczne przejście"
fot. „Mroczne przejście” / materiały prasowe Warner Bros

Wciąż jednak największą zaletą filmu jest aktorski duet. Jak już wspominałam, i Bogart, i Bacall odgrywają role odbiegające od ich standardowych noirowych emploi. Bacall tym razem nie odgrywa femme fatale – zamiast ciągnąć bohatera w dół, jest jego wybawicielką, tak w znaczeniu praktycznym (chroni go przed policją), jak i metaforycznym (dzięki tej relacji zgorzkniały Parry odnajduje na nowo w sobie wrażliwość). Bacall odnajduje się w odgrywaniu jednoznacznie pozytywnej postaci z lekkością. Nie byłaby jednak sobą, gdyby asertywności Irene nie dodała trochę pazura, a jej decyzji o bezinteresownej pomocy Parry’emu więcej kaprysu niż desperacji. Przy swojej partnerce Bogart w znacznie bardziej stonowanej roli nieco ginie. Parry jest zgorzkniały i pozbawiony złudzeń, ale przy tym brakuje mu cynizmu i ironii charakterystycznych dla innych bohaterów, w których wcielał się Bogart. Wydaje się, że zabieg z kamerą umiejscowioną z punktu widzenia głównego bohatera, chociaż ciekawy, działa na niekorzyść tej roli – wycina Bogarta z ekranu na pół filmu i nie pozwala przez to zaprezentować w całej okazałości swoich umiejętności dramatycznych.

Przeczytaj również:  Galeria Pominiętych, czyli zestawienie filmów, których zabrakło w redakcyjnej topce 2025
Kadr z filmu „Mroczne przejście"
fot. „Mroczne przejście” / materiały prasowe Warner Bros

Co działa nie do końca na korzyść produkcji poprzez kryminalną intrygę starającej się opowiedzieć historię faceta, który po bolesnych przejściach ponownie pozwala sobie zaufać i uwierzyć w miłość. Wydaje się wręcz, że cały kryminalny wątek, wbrew logice, stara się działać na uwiarygodnienie przemiany Parry’ego. W liczącym ponad pół miliona mieszkańców San Francisco wszyscy wydają się ze sobą w jakiś sposób powiązani, zarówno szczęśliwe, jak i katastrofalne zbiegi okoliczności mają w sobie coś paranoicznego, a sam pomysł Parry’ego na oczyszczenie swojego imienia poraża naiwnością. Wszystko to jednak pracuje na przemianę głównego bohatera, który staje się nowym człowiekiem – nie tylko fizycznie po ingerencji chirurga, ale i duchowo.

Mroczne przejście pokazuje duet Bacall-Bogart z innej strony. Ją w wersji mniej zadziornej, a bardziej opiekuńczej, jego jako bardziej dramatycznego i wyciszonego. Jednocześnie prezentuje pełne rozmachu zdjęcia miasta jako betonowego labiryntu i zacięcie eksperymentatorskie. I choć nie uwodzi tradycyjnym podejściem do gatunku noir, to wciąż broni się swoimi zaletami od całkowitego zapomnienia.

 

korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.