O sobie własnym głosem. Recenzujemy “Jane Campion: Kobieta kina” z Millennium Docs Against Gravity
Uważam, że kobiecość jest niezwykle ważnym punktem odniesienia do naszego człowieczeństwa. Myślę, że jesteśmy boginiami, jesteśmy piękne, jesteśmy pełne intuicji i wyczucia, jesteśmy karmiące i pielęgnujące. Tak wiele z tworów kultury czy ze sposobu, w który postrzegamy świat zostało napisane czy wymyślone przez mężczyzn, którzy tak naprawdę nie mają pojęcia, co my mogłybyśmy myśleć – właśnie ta wypowiedź Jane Campion z jubileuszowego 60. Festiwalu w Cannes została wybrana przez Julie Bertuccelli na pierwsze słowa dokumentu Jane Campion. Kobieta kina. Cytat ten jest podwójnie nieprzypadkowy. Ustawia on spojrzenie na dorobek Campion i jej obecność w branży filmowej, jakie Bertuccelli będzie konsekwentnie prowadzić przez cały film. Jego użycie jest deklaracją formalną twórczyni, wyróżniającą Kobietę kina spośród innych biografii – komentować swoją twórczość przez cały dokument będzie tylko i wyłącznie sama Campion.
Co więcej, wypowiedzi reżyserki nie zostały nakręcone na potrzeby filmu. Bertuccelli zebrała materiały do produkcji w czasie pandemii. Wykonała ona tytaniczną pracę, jako że wybierała spośród stu godzin archiwalnych wywiadów i making ofów. Oddanie całkowicie głosu reżyserce jest hołdem; Bertuccelli nie ukrywa, że Campion była dla niej autorytetem już od pierwszego seansu Anioła przy moim stole (1990). Hołd ten ucieka jednak od laurkowatości, a przy tym wpisuje się w feministyczne przedstawianie historii kobiet ich własnymi słowami.
Reżyserka dokumentu umiejętnie i z dużym wyczuciem łączy narrację Campion z montażem scen z jej filmów. Tworzy prawdziwie podatne na interpretacje impresje, w których wybrzmiewają i przenikają się ze sobą Campion jako artystka, córka, matka, współpracowniczka, a także jej filmy. Wzbudziło to we mnie bardzo mocne skojarzenia z ekranizacją dzienników Wacława Niżyńskiego (Niżyński, 2001). Czułam się niemalże rozczarowana, gdy Bertuccelli robiła przebitki na obraz mówiącej Campion i przypominała, że jednak oglądam dokument biograficzny, a nie realizację intymnego pamiętnika. Są to niewątpliwie momenty, w których film jest najlepszy i choć sprawiają wrażenie ulotnych, to będą przepływać pod powiekami długo po zakończeniu seansu.

Przyjęcie takiej perspektywy niesie też za sobą ograniczenia. Nie dowiemy się z dokumentu, jak na niektóre ze swoich artystycznych decyzji patrzy obecnie Campion. Przyjmujemy choćby jej ówczesną wersję, że decyzja o dwuletniej przerwie w działalności po zmiażdżonym przez krytyków Tatuażu (2003) została podjęta ze względu na opiekę nad córką. (Po tym filmie kariera odtwórczyni głównej roli, Meg Ryan, uległa załamaniu i aktorka nigdy nie odzyskała swojej pozycji – o tym też nie ma ani słowa w filmie). Nie zostaje również zaadresowana, ani nawet wspomniana, krytyka filmów Campion w kontekstach feministycznych (a taka spotkała np. Fortepian z 1993). Jest to chyba najbardziej uwierający mnie brak; z filmu można odnieść mylne wrażenie, że reżyserka konfrontowała się z “niegrzecznymi pracownikami technicznymi” i nieprzychylnymi recenzjami męskiej części świata filmowej krytyki, a przecież nie jest to prawda. Gdyby dać Campion możliwość bezpośredniej odpowiedzi na niektóre wątpliwości, dotyczące jej wizji, moglibyśmy dostać szerszy kontekst do tej twórczości.
Mimo, że widać białe plamy w kreślonym przez Bertuccelli obrazie, poznajemy samą Campion od bardzo prywatnej strony. Chociaż wszystkie materiały użyte w filmie są publiczne, skupienie na samej reżyserce każe przyglądać się jej wnikliwiej – analizować mimikę, podpatrywać gestykulację, wsłuchiwać się uważniej w pauzy. Oprócz tego, co Campion mówi, dochodzi aspekt tego, w jaki sposób mówi, przez co kończy się seans z poczuciem, że nie tyle zdobyło się nową wiedzę na temat reżyserki, ile poznało się ją tak, jak poznaje się człowieka, z którym fizycznie się przebywa. Zestawianie słów Campion z jej femicentrycznymi filmami i akcentowanie w dokumencie kobiecej perspektywy prowadzi do porównywania samej reżyserki z jej bohaterkami. Pierwsze wrażenie mocno akcentuje różnice – Campion portretuje kobiety w kryzysie, w sytuacjach bezbronności, zbliżające się do swoich granic i przekraczające je. Sama jest przedstawiona w sytuacjach publicznych – pokazuje więc swoją bardzo zorganizowaną, stanowczą, pewną siebie stronę. Z jej opowieści wynika, że taka jest w swoim profesjonalnym życiu.

W mocno autoironicznym poczuciu humoru Campion i jej wybuchach śmiechu, akcentujących konkretne wypowiedzi, można dostrzec ukrytą głębiej stronę reżyserki. Szczególnie widać ją w opowieściach o pracy z aktorami i materiałach z planu filmowego. Utkwiła mi w pamięci szczególnie scena, w której Campion daje wskazówki Nicole Kidman w trakcie kręcenia szczególnie emocjonalnej sceny w Portrecie damy (1996). Reżyserka jest łagodna i konkretna jednocześnie, przeprowadza aktorkę przez swoją wizję w sposób empatyczny, ale nie terapeutyczny czy protekcjonalny. Jest to cenny element tego dokumentu.
Ostatnie sceny Kobiety kina są jednocześnie scenami z Anioła przy moim stole (wspomnianego już pierwszego objawienia się Campion przed Julie Bertuccelli). Twórczyni dokumentu zestawia wypowiedź reżyserki na temat swoich twórczych inspiracji ze sceną, w której pojawia się Janet Frame. Nowozelandzka poetka i pisarka jest ukazana w momencie, gdy po trudach dłuższego ślęczenia nad maszyną doznaje artystycznego olśnienia. Jest w tej scenie delikatność, intymność, osobność. Bertuccelli po raz kolejny oddaje bardzo wyrazisty hołd Campion – porównuje ją do wybitnej autorki, jaką jest Frame, wykorzystując do tego własną twórczość reżyserki. W tej scenie zamknięty jest cały sens dokumentu.
korekta: Jakub Nowociński
Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.
