Advertisement
Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2024FestiwaleRecenzje

„Kroniki kisspeptyny” – gdzie jest kobieta w tym feminizmie? | Recenzja | Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2024

Irena Kołtun
Kadr z filmu „Kroniki kisspeptyny"
fot. „Kroniki kisspeptyny” / materiały prasowe Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków

Z pełnometrażowego debiutu Shiiki Okady możemy wiele dowiedzieć się o męskiej dezynwolturze i społecznym przyzwoleniu na nią oraz o strategiach dopasowania się do niego przez kobiety. Jednak one same znajdują się na marginesie zainteresowań twórczyni, zajętej analizowaniem mężczyzn i ich wpływu na płeć przeciwną.

Shigusę poznajemy jako małą dziewczynkę, bawiącą się lalkami w małżeństwo. W kolejnych rozdziałach będziemy obserwować jej przemiany z dziecka w dziewczynę i kobietę oraz śledzić jak nawiguje między mężczyznami i ich oczekiwaniami w poszukiwaniu szczęśliwego związku i poczucia osobistego spełnienia.

W swoim pierwszym pełnometrażowym filmie japońska reżyserka skupia się na obserwacjach oczekiwań i zachowań w relacjach damsko-męskich w patriarchalnym systemie społecznym. Dzięki towarzyszeniu bohaterce od dzieciństwa, poprzez nastolęctwo, aż po dorosłość, widzowie mają okazję poznać zmieniające się wymagania i sposoby, do jakich ucieka się Shigusa, żeby im sprostać. Proporcje między poświęcaniem uwagi mężczyznom i ich zachowaniom a skupieniem na bohaterce i jej wewnętrznym świecie wydają się jednak zaburzone. Reżyserka bardziej skupia się na analizowaniu męskich toksycznych zachowań i stojących za nimi motywacji. Posuwa się w tym tak daleko, że w pewnym momencie ma się wrażenie, że produkcja zmienia bohaterkę na bohatera, a widzowie więcej wiedzą o uczuciach i potrzebach chłopaka Shigusy niż jej samej.

Kadr z filmu „Kroniki kisspeptyny"
fot. „Kroniki kisspeptyny” / materiały prasowe Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków

Bohaterka jest niczym czysta karta, zawsze w gotowości, żeby sprostać stojącym przed nią oczekiwaniom, czy trzeba wysłuchać przydługiego opowiadania o spędzonym dniu, czy pokornie przeprosić za domniemany błąd, czy domyśleć się, jakie przekąski przygotować na wycieczkę. Shigusa jest reaktywna, nie ma swojej osobowości; zamysł twórczy, stojący za tak napisaną postacią i przekaz, jaki niesie, jest jasny. Ma jednak swoje konsekwencje. Jej przemiana toczy się właściwie siłą bezwładu, za pomocąsytuacji, które jej się przytrafiają, a nie z powodujej świadomych decyzji i wyborów. Tak rozpisana postać usuwa się na margines, w centrum zaś są mężczyźni; tak, produkcja ukazuje ich toksyczne zachowania, ale nie zmienia to faktu, że przez to mamy film bardziej o nich, niż o kobiecej perspektywie. Nawet wtedy, gdy główna bohaterka – absolwentka wydziału sztuk pięknych – poprzez performance próbuje przepracować swoje związki, to jej sztuka jest bardziej call outem, pokazaniem palcem męskich przewin wobec niej, niż skonfrontowaniem się z własnymi uczuciami i przeżyciami. Nie widzimy, żeby bohaterka dążyła jakkolwiek do samostanowienia; jedyny jego przebłysk dostajemy na samo zakończenie; jest on powodowany impulsem, wychodzącym od spotkanego przypadkiem byłego chłopaka i urywa się razem z filmem, zanim zdąży na dobre się rozwinąć. Przez to Shigusa sprawia wrażenie papierowej, nie z krwi i kości, co utrudnia zaangażowanie w fabułę.

Przeczytaj również:  „Wpatrując się w słońce” – Migawki przeszłości | Recenzja | Tydzień Filmu Niemieckiego 2025
Kadr z filmu „Kroniki kisspeptyny"
fot. „Kroniki kisspeptyny” / materiały prasowe Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków

Kroniki kisspeptyny nie spełniają też oczekiwań formalnych, rozbudzonych przez opisy filmu. Aspekt performatywny jest wpisany w tradycyjną narrację stylu zerowego –skupiający uwagę widza raczej na treści, niż formie. Chociaż rysunki są ważnym elementem życia Shigusy (powiedziałabym nawet, że to jedyna dystynktywna cecha bohaterki), to animacja jest w produkcji narzędziem epizodycznym, bardziej doczepionym niż wplecionym w fabułę, podsumowującym bardzo dosłownie to, co mieliśmy okazję zauważyć wcześniej. Wyrazisty podział produkcji na rozdziały koresponduje z tytułowymi kronikami, jednak bardziej niż kolejne etapy rozwoju bohaterki, kategoryzują one zdarzenia, które są jej udziałem. Podział ten nadaje jednak pewnego medytacyjnego rytmu całości, co, jeśli nie zasiada się do seansu z poczuciem, że zobaczy się coś eksperymentalnego na ekranie, nadaje nieco innego spojrzenia na przekaz produkcji.

Wciąż jednak Kroniki kisspeptyny bardziej są filmem o rozpieszczonych przez patriarchalny system mężczyznach, niż przekazaniem kobiecego doświadczenia czy emocjonalnej perspektywy. Z obserwacjami Okady trudno się nie zgodzić – są one jednak na tak wysokim stopniu uogólnienia, że trudno je także nazwać trafnymi. Chciałabym zobaczyć kolejny film reżyserki, który zaczyna się dokładnie w momencie, w którym Kroniki kisspeptyny się skończyły: w momencie, w którym Shigusa zaczyna nawigować sobą w gąszczu cudzych potrzeb i oczekiwań, zamiast obsługiwać z mniejszym lub większym powodzeniem rzeczone potrzeby. Innymi słowy, chciałabym zobaczyć wersję  z bardziej dojrzałym feminizmem, stawiającym na pierwszym miejscu samostanowienie i doświadczenie kobiet, z dookreśloną i konkretnie napisaną główną bohaterką.


Korekta: Krzysztof Kurdziej

+ pozostałe teksty

Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Fale, Kim Jiyoung. Urodzona w 1982

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.