„Gondola” – podniebnym statkiem w piękny rejs | Recenzja | Nowe Horyzonty 2024
Są takie filmy, które z miejsca przenoszą widza w swój ekscentryczny, nieco odrealniony świat, gdzie pewne rzeczy są umowne, a kolory zachwycają. Dla przykładu – tego typu filmami są dla mnie, chociażby Amelia Jean-Pierre’a Jeuneta czy Duża ryba Tima Burtona. Od razu wiemy, gdzie jesteśmy i możemy zanurzyć się w świat przedstawiony. Nie inaczej jest w przypadku filmu Gondola Veita Helmera, który jest pokazywany na 24. festiwalu Nowe Horyzonty w sekcji Fale.
Oto na gruzińskiej prowincji mamy kolejkę górską, która łączy ze sobą miasteczko w dolinie i wioskę w górach. Widzimy, że przy obsłudze kolejki pracuje jedna dziewczyna – Nino, do której dołączy zaraz Iva. Ta druga jest początkowo niemile widziana w lokalnej społeczności, gdyż zajmuje miejsce zmarłego, który pracował przy tytułowej podniebnej Gondoli. Każda z dziewczyn obsługuje jedną stronę kolejki i tak mijają się każdego dnia, aż w uroczy, niewinny sposób zaczyna się rodzić między nimi uczucie. Wzajemnie sobie pomagają, grają w szachy czy nawet robią posiłki. A to wszystko pod okiem naburmuszonego szefa i dziecięcych figli pewnego chłopca i dziewczynki oraz innych mieszkańców.

Brzmi naiwnie? Aż za słodko? Na pewno, ale Helmer postanowił na konwencję kina niemego i całkowity brak dialogów, co w połączeniu z drobnymi gestami i spojrzeniami głównych bohaterek równoważy wspomniane wyżej aspekty. Do tego film trwa zaledwie 80 minut, co także nie potęguje odczucia przesytu słodkości. Chemia między Mathilde Irrmann i Nino Soselią jest wyczuwalna od ich pierwszej sceny. Z jednej strony niepewność nowoprzybyłej Ivy, a z drugiej dziarskość Nino, odrzucającej zaloty swojego szefa. Nim w ogóle dojdzie do jakiegokolwiek zbliżenia, to obie patrzą na siebie przez okna wózków, podglądają przy przebieraniu, co u Helmera wygląda na nieśmiałe, ale prawdziwe okazanie zainteresowania drugą osobą. Do tego całą słodycz przełamuje to, że Nino marzy o wyrwaniu się z prowincji i spróbowaniu innego życia, innej pracy.
Magiczne, pełne żywych kolorów i statycznych ujęć zdjęcia Goga Devdarianiego ukazują obraz krainy, w której czas się zatrzymał i nie trzeba zważać na większe problemy. A to wszystko podbijane jest kojącą uszy i sielankową muzykę Malcolma Arisona. W świecie Nino i Ivy jest czas na zarobienie kilku srebrnych monet, zbieranie owoców czy fantazyjne przerabianie wózków kolejki górskiej na samoloty czy statki i wzajemne pozdrawianie się. Mają czas, żeby pomóc innym mieszkańcom, podpowiedzieć im i wytrzymać humorki właściciela kolejki. A gdy przyjdzie potrzeba, to także wzięcia sprawy we własne ręce w celu niespodziewanie bombastycznego finału. Jednocześnie tak bombastycznego, że nie powstydziliby się go Charlie Chaplin czy Buster Keaton.

Tak, jak wspomniałem wyżej, Gondola jest nieco naiwną i słodką historią o rodzącym się uczuciu, poszukiwaniu własnej drogi i pogodnej walce z przeciwnościami losu. Jednocześnie nie przesadza z nadmiarem obu tych kwestii. W trakcie seansu czuje się błogi spokój, cieszy oczy urokliwymi krajobrazami i trzyma kciuki za powodzenie bohaterek oraz innych mieszkańców lokalnej społeczności. To udane feel good movie, które trafia do serca po niełatwym dniu niczym zaplanowane transporty górskimi gondolami. Czasem po prostu dobrze w coś wsiąść, w tym przypadku kolejkę górską, patrzeć przez siebie i dać się porwać przygodzie. Bo w końcu po to jest m.in. kultura – dla eskapistycznej przyjemności i zapomnienia o otaczającym nas świecie.
Korekta: Daniel Łojko
Uwielbia czarne kryminały i inne noirowe zabawy. Jego marzeniem jest letni spacer śladami bohaterów z „Przed wschodem słońca”. Gdy nie ogląda to czyta, gdy nie czyta to myśli, gdy nie myśli to śpi. Kocha „Ogniem i mieczem” i „Desperado”. Więcej grzechów nie pamięta.
