FestiwaleFilmyPIĘĆ SMAKÓWPięć Smaków 2023Recenzje

“Tajemniczy pieczeniarz” – witam was w rzeczywistości [RECENZJA]

Jakub Trochimowicz
fot. „Tajemniczy pieczeniarz” / mat. prasowe Pięć Smaków

Gdy zasiadamy do seansu nagradzanego filmu, podświadomie rodzą się oczekiwania. Tak też miałem przed projekcją Tajemniczego pieczeniarza, który został przed kilkoma dniami zwyciężył Grand Prix podczas 17. edycji Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków. Dodatkowym przykuwającym uwagę elementem w kontekście debiutu Lee Jeong-honga jest polskie tłumaczenie filmu. W końcu definicja słowa „pieczeniarz” może się kojarzyć z jeszcze głośniejszym filmem z Korei Południowej, czyli Parasite. W tym przypadku nie mamy jednak do czynienia z odjechaną historią, jak z filmu Bong Joon-Ho. I wyszło to tej produkcji tylko na dobre, z racji łatwości w odnalezieniu się w skórze głównego bohatera – Gi-honga.

fot. „Tajemniczy pieczeniarz” / mat. prasowe Pięć Smaków

W jakiej sytuacji go poznajemy? Gdy wraca z kolegą z pracy z zakrapianego alkoholem wieczoru i obawiając się, że nie wstaną rano do pracy. Postanawiają przespać się w remontowanym przez nich lokalu. To pierwsza z wielu ukazanych w tym filmie sytuacji, które z jednej strony mogły zdarzyć się każdemu, a z drugiej wywołują pewien dyskomfort podczas oglądania. Oto dwójka pijanych ludzi nie potrafi wpisać poprawnie kodu, co po chwili uruchamia alarm oraz wprowadza nerwowość w ich poczynaniach. Za pomocą statycznych i nieprzerywanych ujęć Lee Jeong-hong daje nam wgląd w życie bohatera swojej opowieści. Będący stolarzem Gi-hong (Gi-hong Park) wydaje się przeciwieństwem obrazu typowego rzemieślnika parającego się tym fachem – używa najtańszych materiałów, macha ręką na nierówno położone dranki, a w momentach, w których mógłby pochwalić się specjalistyczną wiedzą, milczy i zbywa temat. Jednocześnie zarówno najbliższym, jak i nowo poznanym osobom opowiada o zaletach swojej pracy, wysokich zarobkach i zadowalającym standardzie życia, próbując w ten sposób pudrować mniej kolorową rzeczywistość oraz brak naturalnej pewności siebie w kontaktach z ludźmi, w szczególności z kobietami. Dobrym tego przykładem jest zaczerpnięta z hitchcockowskiego Okna na podwórze scena podglądania pary z sąsiedniego budynku, która rozkojarza go, co doprowadza do potknięcia się na schodach i rozbicia ekranu telefonu. Dlaczego akurat ta? Ano dlatego, że reżyser postanowił w narrację wpleść SMS-owe rozmowy bohatera ze znajomymi i klientami. Widać w nich skazę na ekranie oraz jego niezdecydowanie, gdy naprzemian coś pisze i zaraz kasuje, nie wiedząc, jak odpowiedzieć na otrzymywane wiadomości.

Momentem stanowiącym zawiązanie akcji jest odkrycie przez Gi-honga wgniecenia dachu w jego samochodzie, w którym przewozi niezbędne do pracy narzędzia. Od razu zagląda do nagrań z samochodowego wideorejestratora, co też wykorzystuje Lee Jeong-hong, dając nam bezpośredni wgląd w to, co udało się kamerce uchwycić. Po chwili wiemy, że wgniecenie spowodował ktoś, kto wskoczył na dach vana. Od tego momentu rozpoczyna się śledztwo. Stolarzowi pomaga w nim właściciel domu, w którym wynajmuje pokój. Mężczyźni zaczynają razem spędzać sporo czasu, grając w tenisa, czy wieczorami pijąc soku. W amatorskich poszukiwaniach jeden z nich poszukuje sprawcy wgniecenia, drugi rozrywki – odskoczni od wiecznego siedzenia w czterech ścianach i rozmów z żoną, która go „nie lubi”. Gi-hong pozostaje zawieszony między odnalezieniem sprawcy, a poszukiwaniem kolejnego zlecania. Portretujący go Gi-hong Park umiejętnie gra skrywaną irytację, często wyraża zakłopotanie i niepewność granej przez siebie postaci. Gdy jego bohaterowi udaje się znaleźć kolejny lokal do wyremontowania, nagle pojawia się osoba, która zaburza jego codzienność oraz atmosferę w domu. Jednocześnie reżyser ujawnia między innymi relację małżeństwa, do którego należy budynek, i pyta widza – kto jest pieczeniarzem dla kogo? W tej zmieniającej się sytuacji Gi-hong odkrywa, że ma coś do zaoferowania drugiej osobie oraz nie musi mieć kompleksów, choćby z powodu brody, która jego zdaniem dotychczas działała na innych odpychająco.

fot. „Tajemniczy pieczeniarz” / mat. prasowe Pięć Smaków

Odpowiadając na początek tego tekstu: tak, Tajemniczy pieczeniarz spełnił moje oczekiwania, zapewniając satysfakcjonujący i intrygujący seans o codzienności, która bywa zakłócona przez różne losowe sytuacje. To uniwersalna opowieść o poszukiwaniu własnej drogi do szczęścia i próby znalezienia swojego miejsca w świecie. W świecie, gdzie raz można być członkiem patchworkowej rodziny, a innym razem czuć dyskomfort z powodu przebywania w rodzimym środowisku. Niektórzy są tytułowymi pieczeniarzami, inni próbują coś osiągnąć. Chociaż oglądamy tę historię głównie z perspektywy Gi-honga, Lee Jeong-hong pozwala widzowi ocenić, czyja postawa do niego bardziej trafia, a która niekoniecznie. Nie spieszy się przy tym, stawia widza jako świadka rozmów o różnicach pokoleniowych, mało satysfakcjonującym małżeństwie oraz daje nam wgląd w SMS-y o niepewności jednej z postaci względem wykonywanej pracy. A to wszystko, żeby na końcu po prostu zdjąć okulary i pójść spać. Bo w końcu jutro jest kolejny dzień.

Korekta: Jakub Nowociński 

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.