Advertisement
KulturaMuzyka

HAIM, czyli genialny cover band – Women In Music Pt. III [RECENZJA]

Magdalena Wołowska
HAIM, Women In Music Pt. III
fot. materiały prasowe / Universal Music Polska

Siostry Haim zaistniały w moim życiu dzięki letniej ramówce. Kilka lat temu pewna komercyjna stacja telewizyjna wykorzystała jeden z ich utworów. Wojujący wówczas na listach wakacyjnych hitów. Zaintrygowana kilkunastosekundowym odsłuchem, z którego natychmiast byłam w stanie wychwycić oczywiste nawiązania do twórczości Michaela Jacksona, postanowiłam zaryzykować. Do jakich wniosków doprowadziło mnie kolejne tendencyjne brzdąkanie na wzór klasyków z przeszłości?  

HAIM to trzyosobowy rodzinny projekt z Los Angeles. W jego skład wchodzą: multiinstrumentalistka, główna wokalistka i gitarzystka Danielle; odpowiadająca za wszelkie dodatkowe instrumentarium Alana oraz grająca na basie Este. Siostry, w trakcie swojego siedmioletniego stażu w środowisku muzycznym, sporządziły trzy albumy z dość jasno zakomunikowanymi inspiracjami. Debiutancki album Days Are Gone(2013) to kompilacja nieskomplikowanych utworów o sile walki, utraconych partnerach oraz wszelkich bolączkach z tym związanych. Wszystko zapakowane w brzmienia soft rockowych hitów z lat 80. i 90. Tandetę liryczną przytłumiały jednak przemyślane i urzekające sekwencje rytmiczne, które bardzo szybko dały się zindentyfikować jako atrybut amerykańskiego girlsbandu.

Wyróżnione nominacją do nagrody Grammy dziewczyny, zostały niejako zobligowane do kontynuowania zaproponowanych przez siebie interpretacji ubiegłych muzycznych dekad. W efekcie otrzymujemy Something To Tell You (2017), czyli album wykreowany w akompaniamencie kalifornijskiej bryzy i wakacyjnego słońca. Siostry, wiedzione sukcesem swojego poprzedniego wydawnictwa, zdecydowały się na eksperymentalną eksplorację zapomnianych nurtów z czasów świetności Fleetwood Mac. Chęć wiarygodnego odwzorowania ówczesnych trendów, poskutkowała nienaturalnie oszlifowaną produkcją. Co gorsza, zatraceniu uległy interesujące i autonomiczne elementy. Tak bardzo wyraźne na pierwszym albumie. Za to miałam do nich największy żal. Byłam przekonana, że to, co proponują HAIM, jest na tyle solidne, by mogły trwale zagościć na scenie współczesnego mainstreamu. Czy siostry po raz kolejny wpadły w swoją własną pułapkę?

Przeczytaj również:  "Szesnaście mgnień wiosny", albo debiut wymarzony [RECENZJA]
HAIM, Women In Music Pt. III
fot. materiały prasowe / Universal Music Polska

26 czerwca światło dzienne ujrzała trzecia płyta rodzinnego projektu z Kalifornii. Ostatnim razem dziewczyny zlekceważyły umiejętne dostosowanie procesu twórczego do wyznaczonego celu. Mowa tutaj o stylizowaniu się na dawnych muzycznych gigantów. Jednak od Something To Tell You minęły trzy lata. Danielle, Alana i Este zdążyły przez ten czas doprecyzować swoje inspiracje i aspiracje, dobierając do tego, w końcu, adekwatne narzędzia. Women In Music Pt. III  to pakiet szesnastu zróżnicowanych gatunkowo utworów, paradoksalnie składających się w koherentną całość. Wspólnym mianownikiem dla wszystkich kawałków jest (nareszcie) uważne dążenie do uzyskania wiarygodnego, odrestaurowanego brzmienia. Silnie osadzonego w korzeniach słynnych amerykańskich klasyków. HAIM eksploruje te płaszczyzny bardzo ostrożnie, ponieważ siostry ewidentnie polegają na swoistej perfekcyjności owych struktur, rzadko kiedy w nie ingerując.

W efekcie otrzymujemy dopracowane laurki ostatnich trzydziestu lat poprzedniego tysiąclecia.  Los Angeles – utwór otwierający album – to audialne wyobrażenie amerykańskiego snu. Jego mityczny ton podtrzymuje okazjonalna, saksofonowa improwizacja. Całość składa się w perspektywę rzutującą na wydźwięk pozostałych kompozycji. Z kolei The Steps, singiel promujący, charakteryzuje się surowymi, chwytliwymi riffami. Niezwykle urzekającymi w swojej prostocie. Refren, będący niejako puszczeniem oka w stronę pop rockowych hymnów w stylu Sheryl Crow, świetnie ujawnia predyspozycje sióstr do kreowania solidnych melodii.

Zanim jednak zdążymy zakorzenić się w klimacie słonecznej Kalifornii, otrzymujemy zaskakująco świeży, elektroniczny bit I Know Alone. Zdawałoby się, że na tym kończy się nasza nostalgiczna podróż w przeszłość. Jednak przy dokładniejszym odsłuchaniu jednoznacznie można wskazać na inspiracje, popularnym niegdyś w Wielkiej Brytanii, nurtem UK garage (rozpromowanym głównie przez Buriala). Kolejne pozycje w albumie niezmiennie utrzymywane są w tonie przeglądu najpopularniejszych gatunków z dawnych lat. 3am zaskakuje groove’em właściwym dla przebojów Janet Jackson. Leaning On You i Man From The Magazine sprawiają przyjemność dzięki bezpośrednim chwytom, przywołującym na myśl twórczość Boba Dylana i Joni Mitchell.

Przeczytaj również:  "Eden", czyli węgierski eko-thriller w psychologicznym tonie [RECENZJA]

HAIM do samego końca pozwala sobie na (być może dla niektórych intrygującą) grę w skojarzenia. Odnoszę jednak nieodzowne wrażenie, że decyzja sióstr o praktykowaniu swoich umiejętności na powszechnie znanych strukturach, doprowadziła ich twórczość do zawieszenia w tożsamościowej próżni. Jednocześnie trudno mi zakwestionować godne podziwu odrestaurowanie niepowtarzalnego klimatu. To w przypadku tego trio świadczy o imponującym wzroście świadomości oraz dojrzałości muzycznej. No cóż, do trzech razy sztuka. Może dopiero szósty album amerykanek będzie ich autonomicznym opus magnum.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.