FilmyKinoRecenzje

„Bezmiar” – Bezlitosna opowieść o życiu [RECENZJA]

Magda Wołowska
fot. "Bezmiar" / mat. prasowe

W ekstremalnie uproszczonym, tradycyjnym sensie rodzina to komórka społeczna, na której spoczywa odpowiedzialność za kondycję społeczeństwa. Emanuele Crialese w swoim filmie rzuca światło na ten podstawowy, cywilizacyjny konstrukt, ukazując jego niedoskonały kształt poprzez nałożenie na obiektyw kamery autobiograficznego filtra. Bowiem Bezmiar, jak ujmuje sam twórca, jest poetyckim przedstawieniem osobistych doświadczeń z okresu dojrzewania. Te z kolei oscylują pomiędzy wspomnieniami idyllicznego azylu zbudowanego na fundamencie bezgranicznej miłości matki a przytłaczającym poczuciu nieprzynależności, niedopasowania do powszechnie uznawanych norm i własnego ciała. Intymna opowieść włoskiego reżysera jest refleksyjnym spojrzeniem na przeszłość – koniecznym krokiem do określenia samego siebie.

Rzym w ujęciu Crialese jest przeciwieństwem mitycznych wyobrażeń. Fellini w swoim monumentalnym (i równie osobistym) hołdzie dla Wiecznego Miasta ukazał metropolię na tle rozłożonych w czasie kontekstów, ukazując jej różne wcielenia. Przybiera formę plastycznego tworzywa, za pomocą którego twórca ucieleśnia idee, materializuje namiętności, a także poetycko komentuje bieżące zdarzenia. W przypadku reżysera Bezmiaru punktem wyjścia w rzymskiej opowieści jest życie pięcioosobowej rodziny. Clara (Penélope Cruz), zdominowana przez przemocowego męża Felice (Vincenzo Amato), ucieka od cierpienia w świat dziecięcej fantazji, gdzie towarzyszy jej Adri, Gino i Diana (Luana Giuliani, Patrizio Francioni, Maria Goretti). Z najstarszą Adrianą łączy ją szczególna więź. Oboje bowiem borykają się z poczuciem osamotnienia oraz niemocy wobec otoczenia. Zachwycające piękno matki okazuje się być jedynie fasadą, za którą kryje się przemilczana krzywda, dostrzegalna tylko dla dzieci. Adri, przekonany o swoim kosmicznym pochodzeniu, oczekuje na cud, boski ruch naprowadzający rzeczywistość na właściwy kurs. Doświadczenie dysforii płciowej wymusza na dziecku – identyfikującemu się jako Andrea – nieustanną walkę o prawo do samostanowienia, a więc także o swoje miejsce na świecie.

Miasto, choć widoczne jedynie jako panorama z dachu wieżowca,wyznacza istotny kontekst. Crialese osadził rodzinny dramat w realiach Rzymu lat 70. – prosperującej, europejskiej metropolii, skrywającej w swoich zakamarkach rodzinne sekrety, przełknięty płacz oraz społeczne nierówności. Nowo wybudowane blokowisko stoi w kontrze do osiedla robotników, którzy, wykluczeni z lokalnej wspólnoty, funkcjonują podług własnych zasad. Andrea, mimo bezwzględnego zakazu matki i obaw rodzeństwa, nieustannie przedziera się przez gęstwinę wyschniętego pola uprawnego, by dotrzeć do Sary, osoby, która zapewniła mu upragnioną akceptację i romantyczne spełnienie.

Przeczytaj również:  „Copa 71" - niezwykła historia zapomnianego turnieju | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024
Luana Giuliani w filmie „Bezmiar”
fot. „Bezmiar” / mat. prasowe

Wobec rzeczywistości Bezmiaru zbawienna okazuje się beztroska, zapomnienie. Katalizatorem eskapizmu jest telewizja, bombastyczne popowe hity oraz, w przypadku Clary, po prostu czas spędzony z dziećmi. Sposobem na poradzenie sobie z doznawanym cierpieniem są niestworzone fantazje, bezcenne momenty zawieszenia bólu, ulotne chwile, w których zło nie istnieje. Penélope Cruz, po raz kolejny w roli archetypicznej matki, obiera szczególną strategię ekspresji doświadczanej traumy – swoje skrzywdzone wnętrze manifestuje w milczeniu. Intymne zbliżenia na kąciki oczu, pomalowane usta, trzymanego w dłoni papierosa komponują się w krótki przebłysk alienacji od faktycznego stanu rzeczy. Puste spojrzenie zwiastuje nadchodzący punkt krytyczny, nadchodzące awantury i agresję w porządku rodzinnym. Wówczas z pomocą przychodzi wspomnienie włoskich przebojów zasłyszanych w telewizji. Fantazmatyczne wizualizacje beztroskiej zabawy uruchamiane są w obrazie Crialese poprzez muzykę, która natychmiast prowadzi bohaterów ku bezpiecznej przystani wyobrażeń.

Nie mogę też przejść obojętnie wobec funkcji muzyki w Bezmiarze. Skojarzenie popularnych piosenek z czymś dobrym jest również, w szczególności dla Andrei, metodą na wytworzenie sztucznych, ale pozytywnych reminiscencji. Sceny tańca, wakacji nad Morzem Tyrreńskim, choć ekstatyczne i sielskie, wciąż ulegają aurze nieszczęścia, co czyni obraz Crialesego niezwykle dramatycznym i niekiedy bardzo trudnym do oglądania. Gwałtowne zmiany nastroju wpływają gwałtownie na percepcję, a to przekłada się na szczere współodczuwanie bezsilności z bohaterami. I choć transparentny tragizm stanowi bezwzględną dominantę fabularną, to jednak na myśl o Bezmiarze reaguję wzruszeniem. Rumore Raffaelli Carry to do tej pory moje pierwsze wspomnienie związane z filmem, które świetnie współgra z fantazjami dorastającego Andrei.

fot. „Bezmiar” / mat. prasowe

Autorytarna rodzicielskość jest kolejnym wątkiem, który Crialese wprowadza w Bezmiarze. Felice przekłada swoje frustracje na przemoc (zarówno fizyczną, jak i psychiczną) wobec najbliższych. Wymusza na nich posłuszeństwo, wprowadzając atmosferę strachu i emocjonalnego dystansu. Matka agresywnego mężczyzny nie reaguje na jego brutalną napaść na Dianę podczas rodzinnego obiadu, a z kolei koleżanki Clary, uporczywie nakłaniają ją do cielesnego ukarania Andrei za wprowadzenie ich pociech do podziemnego labiryntu. „Nigdy nie biłam swoich dzieci” – odpowiada skrępowana. Po pierwszym uderzeniu w twarz (o które Andrea sam prosi) w bohaterce coś pęka. Tym jednym, przekraczającym granicę gestem Clara nie tylko staje się kolejnym filarem toksycznej praktyki, tkwiącej w apodyktycznym duchu czasów, ale jednocześnie przerywa wyjątkową nić porozumienia łączącą ją z synem. Wkrótce Andrea rezygnuje ze wspólnych zabaw z matką, dając jej jasno do zrozumienia, że w przestrzeni dziecięcych zabaw nie ma dla niej miejsca. Clarze zostają odcięte możliwe drogi ucieczki, a w miejsce zapomnienia wchodzi chroniczna depresja.

Przeczytaj również:  „Ostatnia wyprawa” – coraz większy cień | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024

Bezmiar jest bezlitosną opowieścią o życiu. Do tego budzi sprzeczne emocje: od uderzenia w twarz po pełny czułości uścisk. Historia buduje nasze zaufanie, by za chwilę pozostawić po sobie pustkę i rozgoryczenie. Crialese nieustannie żongluje tymi skrajnościami, zachowując umiar naturalizmu. Jego prostota uspójnia tę dynamikę w kompletne doświadczenie niestabilności, w której brutalność i piękno idą ramię w ramię, jako nierozłączna para. Włoski twórca latami przygotowywał się do tego emocjonalnego i tożsamościowego ekshibicjonizmu, a efekt tej pracy został entuzjastycznie przyjęty na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji.

Jednak wartość Bezmiaru leży w jego finalnym wybrzmieniu, bo choć kończy się kolejnym rozczarowaniem, to po pojawieniu się napisów końcowych następuje katartyczna ulga. Z jednej strony dotyczy ona, po prostu, potencjalnej (lecz prawdopodobnie złudnej) nadziei na nowy początek. Z drugiej – co w moim przekonaniu najważniejsze – wyraża jakieś wewnętrznego ukojenia zaznanego przez samego reżysera. Crialese odtwarza fragment swojego życia, dzieli się osobistym sekretem, a także tłumaczy wspomnienia na refleksyjny, wzruszający obraz o bezmiarze głębokiego szczęścia, przemilczanego cierpienia, jak i wytrwałej walki o autonomię – aspektach, które zawsze zasługują na ekspozycję.


korekta: Kamil Walczak

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.