FelietonyKulturaMuzykaZestawienia

Hyperpop, czyli punk 2.0? Kilka słów o nowym metagatunku

Magdalena Wołowska
Hyperpop
źródło: orangemag.co / autorka: Isabel Canales

Nad tym, czym jest dla mnie muzyka, zaczęłam zastanawiać się dopiero po zetknięciu z pewnym zjawiskiem, które aktualnie figuruje pod roboczą nazwą – hyperpop. Celowo posłużyłam się pojęciem zjawiska, aniżeli gatunku, bowiem na istotę tego awangardowego tworu składa się bogaty kontekst społeczno–kulturowy. Ale po kolei.

Zapoznajcie się ze specjalnie stworzoną przez nas playlistą utworów hyperpop! 

Muzyka jest dla mnie, pewnie jak dla wielu z was, swoistą formą medytacji. Uwielbiam kontemplować poszczególne dźwięki oraz to, jak w harmonijny sposób wchodzą ze sobą w interakcję, by następnie scalić się w fantastyczny, audialny krajobraz. Ten audialny krajobraz, jako suma nieprzypadkowych zmysłowych bodźców, realizuje się w mojej głowie za pomocą niekoniecznie pasujących do siebie barw. Na pierwszy rzut oka bezsprzeczną dominantą zdają się być pastelowo–gradientowe odcienie popu, które subtelnie przechodzą w metalicznie połyskujący kolor elektroniki, zaakcentowanej wyraźnymi, czarnymi konturami gitarowych brzmień we wszelkich postaciach (od Dolly Parton po Chelsea Wolfe). Całość skąpana jest we mglistej szarości ambientu, co w efekcie maluje się w oniryczny pejzaż abstrakcji. Wszystko to dzięki przyjemniej muzyce. Po prostu.

Z tego cudownego snu gwałtownie wybudzają mnie groteskowe, metaliczne dźwięki – podkręcone do granic swoich częstotliwości, sięgają absurdu. Ekscentryczne brzmienia, niekiedy podkreślane nieregularnym rytmem, komponują się w niepokojące twory o niedookreślonym celu. Co mam w tym podziwiać? Na co zwracać uwagę? Czy autor próbuje mi coś w ten sposób powiedzieć? Jak czytać ten nowy manifest estetyczny? Drodzy Czytelnicy, zapraszam Was do Krainy Hyperpopu.

Na skraju wytrzymałości – filozofia punku w estetyce hyperpop

Narodziny hyperpopu datuje się na okres pierwszej dekady drugiego milenium. Jest to także moment, w którym zdumiewającą popularność zyskuje kuriozalny mikro–gatunek, powszechnie znany jako nightcore. Ten, jak się okazuje, stanowi fundamentalny punkt wyjścia dla późniejszych eksperymentów twórców muzyki masowej. Nienaturalne, wysokie tonacje linii wokalnej, okraszonej karykaturalnie przyspieszonym bitem, wyewoluowały w świadome działanie twórcze o określonych cechach i założeniach. Dodatkowym atrybutem stał się także agresywny, metaliczny bas utrzymujący całość kompozycji w awangardowo–cybernetycznej estetyce. Efekt końcowy stoi w definitywnej kontrze do znanych nam, poprawnie tworzonych utworów. Surowe, syntetyczne brzmienia oscylują na cienkiej granicy pomiędzy błędem produkcyjnym a faktyczną melodią. Druga połowa poprzedniej dekady jednoznacznie wykazała, że od tej pory motyw quasi–glitchu jest nową, niekonwencjonalną formą ekspresji.

Doświadczenie pierwszych dźwięków utworów, określanych jako hyperpopowe, szybko pokierowało moje myśli w stronę założeń charakterystycznych dla punku, czy nawet grunge’u. Te dwa, klasyczne już, lecz przede wszystkim, rewolucyjne nurty zasłynęły ze swojego kontrataku wobec konsumpcyjnego otępienia. Formą protestu dla każdego z tych gatunków był bezkompromisowy bunt estetyczny, który polegał na załamaniu tendencyjnych, nośnych melodii, bezrefleksyjnego songwritingu i sztucznej aparycji. Zatem idea punku realizowała się w niechlujnym wizerunku artystów oraz repetytywnych, dynamicznych akordach gitarowych. Teksty, które lawirowały wokół tematów związanych z uciemiężoną wolnością człowieka, były sposobem na komunikowanie światu o zlekceważonych losach indywidualistów uwikłanych w niesprawiedliwy system społeczny. Słuchacze bardzo szybko zdecydowali się na zmaterializowanie przedstawianych założeń w postaci nowej, odrębnej subkultury o poglądach zdecydowanie przeciwstawnych do tych powszechnie uznawanych za fundamentalne. Grunge, jako bezpośredni efekt punkowego sukcesu, formalnie dotyczył mniej więcej tego samego. Natomiast merytorycznie poszedł w stronę egzystencjalnych rozterek pozbawionych politycznych konotacji, które występowały w poprzednim przypadku.

Przeczytaj również:  "Mrok w różu", czyli morskie zbliżenia [RECENZJA]

Oba wspomniane nurty łączyła potrzeba ekspresji stłumionej osobowości, która w ciężkich, surowych brzmieniach znajduje najwłaściwszy język dla swojej niewyrażonej frustracji. Jednak mimo wyraźnie kontrastującej z równolegle rozwijającą się muzyką popularną warstwy brzmieniowej, to nie dźwięki stanowiły prymarny ekwiwalent buntu, lecz właśnie tekst. To treść utworu była bezwzględnym czynnikiem, który doprowadził do zrzeszenia tak ogromnej grupy ludzi. Bowiem niewygłaszane nigdy wcześniej poglądy stanowiły fundament dla stworzenia nowej wspólnoty, której spoiwem był podobny bagaż doświadczeń, emocji, uczuć i bolączek.

W krzywym zwierciadle, czyli smutna prawda o nas samych

Rewolucja to coś, na co zawsze musimy być gotowi. Niezależnie, czy dotyczy ona zmian kulturowych, społecznych, czy, tak jak w tym przypadku, gatunkowych. Moment przesilenia jest sytuacją, w której zwrot ku tłamszonemu musi być bezwzględny, by mógł on przywrócić niezbędną równowagę. Powyższe przykłady, ilustrujące jedną z form buntu, miały w efekcie doprowadzić do wykreowania nowej jakości w postaci zintegrowanej wspólnoty wyrzutków, którzy w grupie odnaleźli swoją zaginioną wartość. Jak w tym przypadku sprawdza się hyperpop?

Hyperpop jest o tyle interesujący, że w przeciwieństwie do punku i grunge’u nie krytykuje wprost konsumpcjonistycznej rzeczywistości. Rozlicza się z nią poprzez jej hiperbolizację. Wizualna część tego zjawiska koncentruje się na syntetycznej do bólu, cukierkowej estetyce, której przytłaczająca jaskrawość i nienaturalność ma stanowić komentarz do współczesności. Nierzadko za główny punkt odniesienia obierane są także konkretne produkty. Przy hedonistycznej warstwie tekstowej komponuje się to w surrealistyczną wizję aktualnej kondycji człowieczeństwa. Bunt hyperpopu polega na wykorzystaniu tego, co strukturalnie fundamentalne dla muzyki popularnej.  Następnie, przy użyciu groteskowych narzędzi i środków wyrazu, zdekonstruowaniu jej, a wraz z nią naszej codzienności na zdigitalizowane części pierwsze. Te w efekcie spajają się w portret zautomatyzowanego człowieka o potrzebach sztucznie wygenerowanych przez kapitalistyczny model społeczny.

Hyperpop jest także, poniekąd, metagatunkiem. Nienaturalnie wysokie tonacje linii wokalnych, agresywny, metaliczny bas oraz melodie inspirowane estetyką glitchu skupiają uwagę odbiorcy na formie utworu. Samozwrotność tego zjawiska ustanawia jego podstawową różnicę w stosunku do punku. Hyperpop bowiem w swym założeniu nie dąży do stworzenia fundamentu pod nową wspólnotę. Egotyczny charakter tego innowacyjnego nurtu, jego autoreferencyjność ma, zdaje się, skonfrontować odbiorcę ze swoimi zaprojektowanymi oczekiwaniami. Hyperpop drwi z słuchacza, bezwzględnie trywializując jego oparte na fikcji życie. Wygląda na to, że teatr absurdu w końcu ma swój soundtrack.

Kilka wniosków ze sprawy powyższej

Zmierzając już w stronę podsumowania, chciałabym na chwilę powrócić do swoich refleksji z początku tego tekstu. Dzieląc się z Wami swoimi uczuciami wobec pewnej harmonii dźwięków, zdawałoby się, że hyperpop to nie jest coś, co zaspokoi moje potrzeby eksploracji zasadności muzycznych struktur. I w istocie tak jest. Jednak to, co mnie przekonuje to wykreowanie innowacyjnego narzędzia, stwarzającego przestrzeń dla nowej perspektywy poznawczej, a co za tym idzie – innej postawy odbiorczej. Autotematyzm tego mikrogatunku podważa, jak się okazuje, sztampowe już założenie, że to muzyka jest dla ludzi, dla złaknionego rozrywki słuchacza. Hyperpop jest dla artystów, którzy go tworzą, jest dla samego siebie. Samoświadomość medialna tego zjawiska dekonstruuje oraz dekoncentruje konsumpcyjne fundamenty, tworząc w zamian podstawy dla własnego, niepowtarzalnego uniwersum.

Pogadaliśmy sobie trochę, ale wiadomo, że sedno sprawy zmaterializuje się dopiero przy konkretnych przykładach. Oto kilka hyperpopowych albumów, z którymi się zetknęłam:

Przeczytaj również:  Pamięć widmowa. Podsumowujemy 46. FPFF w Gdyni

CHARLI XCX – POP 2 (2017)

Pop 2" Charli XCX - hyperpop
Okładka płyty “Pop 2” Charli XCX

Charli XCX nie interesowała mnie jako artystka przez zdecydowaną większość swojej kariery. Do momentu wydania swojego ostatniego albumu how i’m feeling now (2020), czyli efektu kwarantannowej nudy. Produkcja stanowi dojrzałą wersję nieśmiałych propozycji z przełomowego dla brytyjki krążka Pop 2. Płyta jawi się jako eklektyczny, kolektywny projekt, w którym każdy partycypujący wykonawca ma szansę na przetransferowanie swojego unikalnego stylu przez filtr autotune’a, w akompaniamencie metalicznie połyskujących bitów. Kompozycje stronią od charakterystycznej dla hyperpopu syntetycznej agresji. Są wyraźnym eksperymentem, w którym artystka dopiero przygotowuje swoich słuchaczy na nadejście nowej, futurystycznej epoki. Zdecydowanie moja faworytka spośród zaproponowanych tutaj wykonawców, Charli objawia się jako największa konformistka tego zestawu. Jednak idąc na kompromis z oczekiwaniami odbiorcy sprawia, że eksploracja nowej jakości dźwięków jest o wiele bardziej interesująca, a subtelność i zręczność w operowaniu nimi – satysfakcjonująca.

A.G. COOK – APPLE (2020)

"Apple" A.G. Cook
Okładka płyty “Apple” A.G. Cook

A.G. Cook, czyli Alexander Guy Cook, jest pomysłodawcą kolektywnego projektu o nazwie PC Music, funkcjonującego także jako niezależna wytwórnia muzyczna. Stawia sobie za cel zrzeszanie artystów, dla których właściwą formą ekspresji twórczej jest karykaturyzacja muzyki popularnej poprzez groteskową ekspansję jej podstawowych chwytów. Wobec czego realizują oni wspomniane wcześniej założenia hyperpopu. Czy A.G. Cook odzwierciedla spektakularność z wcześniejszych opisów? Nie. Album Apple brzmi jak kompilacja gdzieś już zasłyszanych utworów, które podczas renderowania natrafiły na poważny błąd systemu komputera. Spór pomiędzy chwytliwą melodią a cybernetycznym szumem jest jednak tak upierdliwy, że naprawdę trudno o uznanie tego albumu za rozsądny manifest nowej estetyki.

SOPHIE – OIL OF EVERY PEARL’S UN-INSIDES (2018)

"OIL OF EVERY PEARL'S UN–INSIDES" SOPHIE - hyperpop
Płyta “OIL OF EVERY PEARL’S UN–INSIDES” SOPHIE

SOPHIE to niespodziewanie zmarła na początku tego roku artystka, którą natychmiast po premierze pierwszych nagrań ochrzczono mianem producenckiej wizjonerki. Jej debiutancki album OIL OF EVERY PEARL’S UN-INSIDES jest ucieleśnieniem estetyki hyperpopu w każdym swoim najmniejszym detalu. Cybernetyczna agresja i surowość metalicznych brzmień zlewają się w przyzwoicie skoordynowany taniec z eteryczną wrażliwością SOPHIE. Całość komponuje się w ambitną, syntetyczną symfonię, pozostawiającą po sobie satysfakcjonujące, katartyczne spustoszenie.

DORIAN ELECTRA – FLAMBOYANT (2019)

"Flamboyant" Dorian Electra - hyperpop
Okładka płyty “Flamboyant” Dorian Electra

Wspomniana przed chwilą SOPHIE bez wątpienia traktowała swoją sztukę z ogromnym szacunkiem i powagą. Zdecydowanym przeciwieństwem wobec tego jest pierwsze wydawnictwo Dorian Electra. Artyści identyfikujący się jako genderfluid (posługują się zaimkami oni/one), wykorzystują możliwości dynamicznych dźwięków. Ich spektakularność i wspaniała jaskrawość okazały się być najlepszym środkiem ekspresji dla niebinarnej tożsamości. Podstawowym narzędziem Dorian do wyrażania swojej niebinarności jest zręczna modulacja wokalu. Manipulowanie różnymi częstotliwościami tonalnymi nadaje całej produkcji performatywnego charakteru, wobec czego transgresyjność indentyfikacyjna staje się o wiele bardziej namacalna.

100 GECS – 1000 GECS (2019)

"1000 gecs" 100 gecs - hyperpop
Okładka płyty “1000 gecs” 100 gecs

Ekscentryczny duet z Missouri prezentuje na swoim debiutanckim krążku abstrakcyjną symfonię dźwięków, które kompletnie do siebie nie pasują. Podstawą dla tej intrygującej kakofonii są przebłyski znanych powszechnie nurtów, takich jak: trap, pop punk czy nawet ska. Zdarza się, że te gatunki potrafią toczyć ze sobą walkę o dominację w ciągu trwania jednego, ponad dwuminutowego utworu. Laura Les i Dylan Brady w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób wzbudzają dokładnie te same uczucia, które miałam w 2008 roku podczas słuchania Paramore.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.