Advertisement
FestiwaleFilmyNowe Horyzonty 2024Recenzje

„Natatorium” – Przerażająca pustka | Recenzja | Nowe Horyzonty 2024

Magda Wołowska
film nowe horyzonty natatorium
fot. „Natatorium” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

Za zhakowaniem status quo kina gatunkowego stoją twórcy dzisiejszych horrorów… ej, już przewracacie oczami? Chwileczkę, tym razem naprawdę jest inaczej! Rzecz dotyczy filmu, masakrującego serce maszyny narracyjnej, elementu, o który Hitchcock oparł cały mechanizm Okna na podwórze (1954), a Triet bez mrugnięcia okiem wykorzystała do zmanipulowania naszych zautomatyzowanych oczekiwań w spektakularnej Anatomii upadku (2023). Mowa o tajemnicy – kruchej strukturze, która na czas trwania filmu przyjmuje efemeryczne właściwości na rzecz osadzenia sensu w jej zburzeniu, celem zdemaskowania istoty przedstawianych zdarzeń. Natatorium podejmuje tę rękawicę, jednak wyróżnienie tego tytułu na tle ostatnich inicjatyw, eksperymentujących z językiem filmowym, polega na potknięciu się o własne nogi.

Osiemnastoletnia Lilja (Ilmur María Arnardóttir) postanawia zatrzymać się u dziadków w trakcie trwającego naboru na wymarzone warsztaty teatralne. Bez uprzedniego poinformowania o tym fakcie ojca, Magnusa (Arnar Dan Kristjánsson), wsiada w autokar z pomysłem na najbliższą przyszłość – dziewczyna pragnie uciec z wyspy, by zostać artystką  poza granicami Islandii. Początkowo pobyt u Áróry (Elin Petersdottir) i Grimura (Valur Freyr Einarsson) wydaje się stwarzać odpowiednie warunki dla szlifowania założonych celów, jednak wszechobecna atmosfera niepokoju zaczyna obejmować pozostałych członków rodziny, wyciągając spod powierzchni pogrzebane wspomnienia i wspólne sekrety. 

Domem zaczyna rządzić figura Áróry, aktywizującej poczucie zagrożenia – stanu, na którego kreację Helena Stefánsdóttir obrała dość trudną metodę. Reżyserka redukuje miejsce akcji do przestrzeni mieszkania z intencją wyróżnienia jego klaustrofobicznej roli, co powinno sensownie integrować się z pomysłem przeklętej aury domu, podtrzymywanej przez rodzinną tajemnicę – główną bohaterkę Natatorium. Niedopowiedzenia, znaczące spojrzenia i nieuzasadnione zachowania są jednymi z głównych narzędzi, za pomocą których Stefánsdóttir usiłuje utrzymać naszą wiarę w istnienie realnego niebezpieczeństwa. Minimalizm tej diegetycznej artykulacji rzuca światło na pragnienie rozwikłania demonicznej zagadki i ustanawia je dominantą narracyjną fabularnego debiutu Islandki, co rzeczywiście, ze względu na eliminację dodatkowych środków wyrazu, również tych formalnych, kwalifikuje obraz do zestawienia najciekawszych przykładów w katalogu dzisiejszego kina grozy. Natomiast zasadniczym problemem Natatorium jest… właśnie to, co je wyróżnia.

Przeczytaj również:  „The Boys”: sezon 5 – spalona ziemia, spalona szansa [RECENZJA]
kadr z filmu natatorium
fot. „Natatorium” / materiały prasowe Nowe Horyzonty

W pomyśle Stefánsdóttir nietrudno dopatrzeć się ukłonu w stronę przełomowego dzieła Astera Dziedzictwo. Hereditary (2018). W obu przypadkach wisząca nad rodziną klątwa rozciąga się na życia kolejnych pokoleń, a punktem zapalnym dla jej ciągłej aktywności jest postać matki. Podobieństwa jednak na tym się kończą. Radykalna różnica leży w odmiennych strukturach świata przedstawionego – ten w Natatorium, ze względu na strategię reżyserki, sprawia wrażenie skrajnie ubogiego, co zdaje się wynikać nie z autorskiej wizji, a pogubienia we własnej kreacji i jej częściowego niezrozumienia. Pomimo nieustannego napięcia, Islandce bardzo szybko zaczyna brakować narzędzi, umożliwiających wyniesienie owej tajemnicy na piedestał, bowiem ta rozmywa się razem z nieprzekonującymi postaciami, na których barkach przede wszystkim spoczywa zakomunikowanie ciężaru nierozwiązanego problemu. Jednowymiarowość bohaterów wpływa na traktowanie ich poczynań i zachowań z dystansem, co w konsekwencji osłabia zainteresowanie niewyjaśnionym sekretem, a początkowo duszna atmosfera domu okazuje się być złotą klatką dla podziurawionego scenariusza. 

Stefánsdóttir w pewnym sensie radykalizuje koncept tajemnicy jako takiej. Z jednej strony skupia wokół niej całą akcję, a z drugiej, w wyniku niepropocjonalnego rozłożenia gramatury wiadomego i utajonego, uniemożliwia dotarcie do jej sedna poprzez pozbawienie diegezy jakichkolwiek cech umożliwiających odkodowanie następujących po sobie zdarzeń. Natatorium zostaje zdominowane przez wrażenie nieuzasadnienia powołanego świata i jego wszechogarniającej pustki, która zostawia po sobie jedynie lęk przed krytymi basenami.


Korekta: Krzysztof Kurdziej

+ pozostałe teksty

Zastępczyni redaktorki naczelnej, ale, co ważniejsze, bezwstydna melomanka i konsumentka wszystkiego, co da się usłyszeć. Kulturoznawczyni, absolwentka UŁ i PWSFTviT w Łodzi, gdzie ukończyła zarządzanie cyfrową postprodukcją filmową. Koordynatorka projektów, w przeszłości związana z Pracownią VR/AR w Laboratorium Narracji Wizualnych. Zwolenniczka rozwiązań DIY, stąd fotografia i realizacja wizualiów naturalnie stały się jej bliskimi przyjaciółmi. Pracowniczka instytucji kultury.

Przeczytaj również:  „Tokio na winylach” – Strona B Tokio | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2026

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.