FilmyKinoRecenzje

“Asteroid City”, czyli Anderson do kwadratu [RECENZJA]

Magda Wołowska
scarlett johansson asteroid city
fot. kadr z filmu "Asteroid City" / mat. prasowe

Asteroid City nie istnieje. Tak samo jak wszyscy jego tymczasowi lokatorzy i ich niecodzienne perypetie. To trwające poza czasem quasi miasteczko (wszak składa się ono wyłącznie ze stacji astronomicznej, pensjonatu i podupadającego zakładu samochodowego) powstałe na potrzeby programu telewizyjnego. Rzeczowy Narrator (Bryan Cranston) przybliża w nim kulisy jego powstawania – jako głównego elementu sztuki teatralnej autorstwa Conrada Earpa (Edward Norton). Dramaturg osadza Asteroid City w bezkresnych granicach arizońskiej pustyni i czyni z niego stolicę najlepszych młodocianych naukowców. Co roku celebrują oni konkurs astronomiczny z okazji Dnia Asteroidy, tj. 5000. rocznicy upadku planetoidy na Ziemię. Podczas uroczystej obserwacji gwiazd nocą dochodzi do nieoczekiwanej sytuacji, która zakłóca przebieg astronomicznego święta…

Bez dwóch zdań jest to pomysł wyjęty prosto z głowy Wesa Andersona. Asteroid City, jedenasty film reżysera, konsekwentnie zachowuje swoje autorskie standardy. Historia przedstawiona w atmosferze emocjonalnego chłodu i narracyjnej groteski, zostaje opowiedziana symetrią oraz dedykowaną paletą pastelowych kolorów. Postaci, niczym humanoidalne twory, balansują na granicy niezręczności i intelektualnej gry słownej.  Odkrywa to przed widzem egzystencjalny wymiar problemów bohaterów Andersona. Ta estetyczno–semantyczna formuła funkcjonuje w filmografii amerykańskiego twórcy jako permanentny, postmodernistyczny element autorskiego uniwersum, którego specyfika zarówno dzieli, jak i łączy. Nie inaczej jest z Asteroid City.

Choć na pewnym poziomie Anderson serwuje porcję znanych z poprzednich produkcji tropów, to tym razem osadza je w kontekście nowej struktury świata przedstawionego. Reżyser kreuje cztery równoległe środowiska, za pomocą których (d)opowiadany jest sens Asteroid City. Są to: program telewizyjny, atelier Conrada Earpa (przedstawiane na deskach teatru), praca Schuberta Greena (Adrien Brody) nad spektaklem oraz tytułowe Asteroidowe Miasteczko. Anderson zaznacza dychotomię pomiędzy poszczególnymi wątkami używając koloru – poza akcją rozgrywającą się w Asteroid City wszystko ukazane jest w czerni i bieli. Szkatułkowa opowieść i jej nieustannie przenikające się sensy w istocie stanowią pewną nową jakość w filmografii reżysera. Eksponuje ona to, co andersonowskie i podwójnie to podkreśla. Postaci stawiają między sobą a widzami emocjonalną ścianę. Niemożność jej identyfikacji, choć wpisana w formułę, zagęszcza duszącą atmosferę groteski, której eskalacja niekoniecznie wybrzmiewa jako atut.

Przeczytaj również:  „MaXXXine” jest już gwiazdą. Ale to nie wystarczy [RECENZJA]
steve carell asteroid city
fot. kadr z filmu “Asteroid City” / mat. prasowe

Asteroid City to andersonowskie ekstremum, które kontempluje samo siebie i nie daje nic w zamian. Reżyser sam to z resztą przyznaje poprzez krótką wymianę zdań pomiędzy Schubertem Greenem a aktorem odgrywającego fotografa wojennego Augiego Steenbecka (Jason Schwartzman). Odtwórca roli zaczyna zastanawiać się nad motywami i charakterem Augiego. W końcu przyznaje, że go nie rozumie – tak samo, jak całej reszty przedstawienia. Reżyser spektaklu zapewnia jednak mężczyznę, że wcale nie musi. Wystarczy, że skupi się na opowiadaniu historii. Anderson tym samym daje sygnał widzowi, by nie próbował nadawać obrazowi sensu.

W tamtej chwili reżyser sprawia wrażenie jakby wpadł w pułapkę własnej wizji i całkowicie ją wypłaszczył. Pozostaje wrażenie wyeksploatowania autorskiego uniwersum oraz, co stanowi pewien paradoks, maksymalizacji treści przy jednoczesnym poczuciu pustki semantycznej. Odpowiedzi na filozoficzne pytania prowokują egzystencjalne zwątpienie, ponieważ pozostają koniec końców w zawieszeniu. Tak samo bohaterowie, którzy z powodu niespodziewanej wizyty przybysza z kosmosu zostają objęci kwarantanną.  To egzystencjalne limbo, choć ma swoje uzasadnienie, nie sprawia, by Anderson swoim najnowszym dziełem postawił duży krok do przodu.

Twórca nieustannie żongluje oczekiwaniami odbiorcy i wystawia je na próbę, co czasami wychodzi mu bardzo zręcznie. Poszczególne wątki nie mają jednak swojego celu, nikt nie jest głównym bohaterem. Uwaga widza pozostaje w rozproszeniu między meta–warstwami i markowymi twarzami Hollywood, od których podprogowo oczekuje się charakteru. A tu nic. Pustka. W tym kontekście szczególnie ciekawa okazuje się rola Scarlett Johansson jako Midge Campbell. Portretuje ona zaszufladkowaną aktorkę, usiłującą udowodnić swoją wartość artystyczną. Przekonuje ona – co prawda ledwo – widocznym konfliktem z ego.

Przeczytaj również:  Ani mru mru. „Ciche miejsce. Dzień pierwszy” [RECENZJA]

Założenia Wesa Andersona w Asteroid City przywodzą na myśl perspektywę przyjętą przez Quentina Dupieuxa w Morderczej Oponie (2010). Deklamuje ona bowiem wprost: “to, co tutaj widzisz, nie ma żadnego sensu, nie szukaj go. Patrz i zobacz, co się stanie”. I tak o to śledzimy losy złaknionego krwi kawałka gumy, który przemierza pustynie w celu unicestwienia kolejnej ofiary. Jednak różnica w radykalizacji tych autorskich pomysłów polega na wykorzystywaniu różnych środków. U Dupieuxa jest to absurdalne poczucie humoru, a Andersona, niestety, zachłyśnięcie samym sobą.

korekta: Anna Czerwińska

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.