KulturaMuzykaRecenzjeZestawienia

Czego słuchaliśmy w 2020 roku

Redakcja Filmawki
Kolaż z materiałów prasowych

2020 był wypełniony świetną muzyką – miejmy nadzieję, że obecny rok również będzie obfitował w tak pokaźną ilość interesujących wydawnictw. W tym tekście możecie zapoznać się z wyborem kilkunastu ciekawych płyt. Nie jest to topka, czy ranking najwspanialszych, najwybitniejszych albumów, lecz wybór wydawnictw, które z jakiegoś powodu spodobały się naszym redaktorom. Prezentujemy szerokie spektrum gatunków – od k-popu do jazzu, od polskiego rapu do brytyjskiej muzyki elektronicznej – tak, żeby każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. Jeśli wciąż brakuje wam po tej lekturze muzyki, zachęcamy do zapoznania się z innymi naszymi rekomendacjami, gdzie znajdziecie wiele interesujących wydawnictw. Enjoy!

Lianne La Havas – Lianne La Havas | neo-soul

Okładka płyty “Lianne La Havas” – Lianne La Havas

Brytyjska artystka koncertowała z Coldplay, grała z Princem, który pod koniec swojego życia stał się wielkim fanem jej twórczości, supportowała również Alicię Keys. Przez kilka lat dopracowywała swoją wizję muzyki – po wydanym w 2015 roku, bardziej przebojowym Blood postanowiła stworzyć album, który posłuży za eksplorację emocjonalnego stanu po zakończeniu związku. Stąd też zapewne decyzja o nazwaniu tegorocznej płyty swoim imieniem i nazwiskiem – Lianne La Havas to bowiem wydawnictwo osobiste i autobiograficzne.

La Havas dysponuje przepięknym, miękkim wokalem, który otacza oszczędnymi aranżacjami, pozwalając znaleźć się mu w samym centrum. Jednym z utworów, gdzie widać to najpełniej, jest Green Papaya, piosenka będąca hołdem dla folku Joni Mitchell. Początkowo subtelna i delikatna, lecz wraz z wzrastającym tempem Lianne coraz głośniej wyśpiewuje tęskne frazy, co w połączeniu z niespodziewanym i krótkim wejściem klawiszy tworzy utwór równie słodki, co tytułowy owoc. Wokalistka ma talent do wplatania takich krótkich, emocjonalnych momentów w jednolitą tkankę kompozycji – jak podczas wybitnego coveru Weird Fishes Radiohead, gdy jej głos wzbija się ponad chórki po czym, w ciągu kilku sekund, upada do szeptu, czym doskonale ilustruje tragizm tekstu Thoma Yorke’a. Lianne La Havas to płyta wypełniona po brzegi takimi hookami, a jej zgłębianie to nie tylko ciekawe doświadczenie, ale też czysta przyjemność od pierwszego odsłuchu. (Wiktor Małolepszy)

Alabaster DePlume – To Cy & Lee: Instrumentals Vol. 1 | chamber jazz

Okładka płyty “To Cy & Lee: Instrumentals Vol. 1” – Alabaster DePlume

Miejsce: Anglia, dokładniej Manchester. Czas: nieznany. Prawdziwość zdarzeń: wątpliwa. Na dworze około dziewięciu stopni, skromna mżawka. Dzień, jak co dzień. Gus Fairbairn, ściskając w dłoni futerał z saksofonem, szybkim krokiem przemieszcza się wzdłuż Crown Street. W małym, zbudowanym z czerwonej cegły domu, który właśnie ukazał się jego oczom, czekają na niego Cy i Lee. Pracuje z nimi już dłuższy czas, pomaga im się socjalizować i radzić sobie z ich niepełnosprawnościami. Tworzą razem muzykę – siedząc w trójkę, nucą spokojne, relaksujące, niemal mantryczne melodie. Wspólnie uciekają gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie słońce głaszcze pączkujące rośliny, gdzie słychać jedynie odgłosy natury, gdzie można poczuć się bezpiecznie i komfortowo. Uśmiecha się, na myśl, że za chwilę czeka go kolejna sesja z Cy’em i Lee – pomagają mu równie mocno, co on im. Wyobrażam sobie, że kiedy – jako Alabaster DePlume – wydał zadedykowany im album, bazujący na dźwiękach, które dyktafon zarejestrował w trakcie ich spotkań, na twarzy miał ten sam uśmiech, a żłobieniem pomiędzy nosem, a policzkiem, płynęła pojedyncza łza. (Kuba Małaszuk)

Sevdaliza – Shabrang | art pop

Sevdaliza, Shabrang
Okładka płyty “Shabrang” – Sevdaliza

Przyzwyczajając się powoli do zautomatyzowanych odruchów ludzkich coraz bardziej nabieram przekonania, że wrażliwość Sevdalizy to ostatni pierwiastek człowieczeństwa, który pozostał na tym świecie. W akompaniamencie oryginalnych, trip–hopowych beatów irańsko–holenderska artystka opowiada swoją historię – pełną abstrakcyjnych metafor, będących intrygującą refleksją na temat dobra i zła oraz własnej pozycji w tym galimatiasie. Drżący, przepełniony bólem wokal, materializujący się niekiedy w postaci melodyjnego szeptu, obdarowuje słuchacza dziwnie satysfakcjonującym poczuciem osamotnienia. Wschodnie artykulacje pojedynczych słów, okraszonych orientalnymi smyczkami, nadają całości niezwykle mistycznego akcentu, dzięki czemu ostatnie westchnienie Sevdalizy jest niczym katartyczne objawienie tajemnicy filozofii życia. (Magdalena Wołowska)

 

Julianna Barwick – Healing Is A Miracle | ambient

Okładka płyty “Healing Is A Miracle” – Julianna Barwick

Nowy album Julianny Barwick faktycznie brzmi jak muzyka, która jest w stanie leczyć ludzi. I nie mam tu na myśli newage’owych składanek „muzyki relaksacyjnej” Readers Digest, kuszących frazesami o 432hz i medytującymi paniami na okładkach. Nie, Healing Is A Miracle to eteryczny ambient, który swoimi wibracjami i melodiami jest w stanie przeszyć skórę słuchacza. Julianna Barwick wyraźnie inspirowała się podczas tworzenia swojego najnowszego longpleja dokonaniami Liz Harris z Grouper – słychać to przede wszystkim w chorałach powiewających nad pogrążoną w delayu gitarą akustyczną. Choć na żadnym etapie płyta Barwick nie zbliża się do poziomu, który osiąga jej zamiłowana w czarno-białych okładkach koleżanka po fachu, to Healing Is a Miracle jest wciąż zestawem naprawdę świetnego ambientu, przy którym z łatwością można się wyciszyć i przenieść umysł w inne miejsce. Na przykład na skraj islandzkich klifów, gdzie umiejscawia nas monumentalne In Light, wzbogacone przez wokale Jónsiego z Sigur Rós, albo do opuszczonego klubu wraz z Nod, brzmiącym jak niewykorzystany instrumental z Take Care Drake’a. 8 utworów, zaledwie 33 minuty – ciężko o tegoroczny album, który byłby lepszy na rozpoczęcie przygody z ambientem. (Wiktor Małolepszy)

Eartheater – Phoenix: Flames Are Dew Upon My Skin | avant-folk

Okładka płyty “Phoenix: Flames Are Dew Upon My Skin” – Eartheater

Piękny musi być wschód na pustyni Monegros. Pełzające promienie słońca pieczołowicie odsłaniają ognistą ziemę, miejscami liźniętą delikatną zielenią jałowca, traw i krzewów. Do życia budzi się pustułeczka, która już niedługo zacznie przemierzać puste niebo w poszukiwaniu zdobyczy. Cisza, spokój, specyficzne uczucie poniżej obojczyka. Wyobrażam sobie, że w takich okolicznościach narodził się Feniks, skoro Drewchin pisała ten album podczas pobytu w Saragossie. Wspaniale kontrastuje z przejmującym chłodem Trinity (2019), otulając ciepłymi dźwiękami gitary, harfy, czy wiolonczeli. Niepokój, tajemnice, wulkany, lawa i płomienie. I believe that you, you and I / Don’t need to be more than just right now / But just right now could steal a lifetime / So I’m inclined to break away. (Kuba Małaszuk)

UNDADASEA – DA GROOVEMENT | rap

Okładka płyty “DA GROOVEMENT” – UNDADASEA

Rok 2020 nie zapisze się na kartach historii jako dobry, ale wielu artystów starało się go uczynić choć trochę bardziej znośnym. Do tej grupy zalicza się gdyńska ekipa UNDADASEA, której muzykę poznałem dzięki akcji #Hot16Challenge2. Wjeżdża tu Unda, nagrywka bez jednego bucha! – słowa te, do tej pory losowo pojawiające się w mojej głowie podczas wszelkich prób skupienia, okazały się być trafnym opisem roku dla składu, który po kilku latach undergroundowej działalności w końcu wjechał do świadomości szerszej publiczności, w tym mojej. Pozytywna energia, którą emanują i zarażają okazała się być tym czego potrzebowali Polacy tego lata. Lata, które należało do Undy.

Przeczytaj również:  "Zupa nic" – PRL-owskie artefakty | Recenzja

Na fali sukcesu kawałka ekipa w końcu postanowiła podzielić się swoją dyskografią na Spotify, a także ogłosić wydanie debiutanckiego długogrającego krążka. Da Groovement nie zawiodło oczekiwań fanów, a z pewnością nie moich. Otwierający kawałek jest doskonałym przedstawieniem albumu, zawierając wszystko, czego od niej oczekiwałem. Czillowy nastrój, pełna skreczy produkcja Nikaragui Guacamole, wiele sampli i melodie od razu wpadające w ucho. Spędziłem z Undą na słuchawkach lato 2020, ale wiem z pewnością, że gdy tylko znów zrobi się ciepło i pozwolą na to warunki epidemiczne pójdę ze znajomymi na plażę, otworzymy piwka i będziemy całą noc bujać się w rytm takich kawałków jak KOLOROWE KREDKI czy UNDAZIBON. (Kamil Popielarz)

Yukika – Soul Lady | k-pop

Okładka płyty “Soul Lady” – Yukika

Można mówić wiele rzeczy o k-popie, j-popie i związanym z nimi biznesie, zakładającym wręcz dehumanizację idoli oraz idolek na rzecz stworzenia z nich posągowych maszyn showbiznesu. Sam nie raz zastanawiałem się nad bojkotem tego podgatunku popu… Lecz wystarczy, że wychodzi kolejna taka płyta, jak Soul Lady i wszelkie moje moralne rozterki odlatują, wygonione przez taneczne przeboje artystów ze wschodu.

Pomimo, że Yukika jest z pochodzenia Japonką, to tworzy w Korei Południowej i należy do ich odłamu popu. W jej muzyce jednak bardzo wyczuwalne są ślady japońskiego city popu, którego Soul Lady stanowi swoisty revival. Nie jest to  jedynie próba wskoczenia na nostalgiczną falę cieszącego się drugą młodością za sprawą nieomylnych youtube’owych algorytmów gatunku. Na debiucie Yukiki odnajdujemy rzecz jasna od groma elementów, które brzmią tak, jakbyśmy cofnęli się w lata 80. – mamy funkowe instrumentarium, orkiestrowe aranżacje i ogólnie definiowany „luksusowy” groove, dobrze znany wielbicielom vaporwave’u. Pojawia się jednak też bezlitośnie przebojowe, future house’owe pit-a-pet, będące jasnym odniesieniem do osiągnięć koreańskiej supergrupy LOONA, jak i romantyczne, lekko kiczowate Shade. Plastyczny głos Yukiki z łatwością wpisuje się zarówno w balladę A Day For Love, nie daje się też zdusić chaotycznemu utworowi tytułowemu, zdecydowanie najcięższej kompozycji na całym albumie. Płyta spodoba się wszystkim tym, którzy co jakiś czas odświeżają Spotify, z zawodem stwierdzając, że wciąż nie można znaleźć na nim większości wydawnictw Tatsuro Yamashity. No i po prostu wszystkim fanom azjatyckiego popu. (Wiktor Małolepszy)

Disclosure – ENERGY | house

Okładka płyty “ENERGY” – Disclosure

Pamiętam, że gdy bracia Lawrence wydawali swój debiutancki album – rewelacyjne i przełomowe Settle – wielu krytyków ogłaszało narodziny nowych gwiazd muzyki klubowej. Dlatego też bardzo zaskakujący był odbiór ich kolejnej płyty. Caracal spotkało się raczej z chłodnym przyjęciem – narzekano na odejście od garażowo-house’owej formuły i przyswojenie bardziej komercyjnego brzmienia. Sam również nie należałem do największych entuzjastów tego krążka, chociaż doceniałem wiele z jego momentów, jak Hourglass, czy Jaded, to czułem, że Guy i Howard powinni wydać bardziej skoncentrowany i zbity album. Z radością przyjąłem więc niesłusznie pomijaną epkę Moonlight, gdzie bracia powrócili do klubu i zaprezentowali zestaw doskonałych, słonecznych deep house’owych przebojów. Wydane natomiast wcześniej w tym roku Ecstasy zapowiadało, że chłopaki wiedzą, co robią i szykują solidny album.

No i nadeszło ENERGY i pewnie bracia znowu zachodzą w głowę, dlaczego żaden znajdujący się na niej hit nie chwycił tak, jak luźne single z Khalidem, czy Omen i Latch z Samem Smithem. Najnowsza płyta braci Lawrence jest bowiem najbardziej skondensowanym LP w ich karierze – 11 nut, z czego dwie to instrumentalne, wyluzowane interludia. Może to przez ich nieprzystosowanie do tendencji w dzisiejszym popie? Poza słodkim, przywołującym dokonania Destiny’s Child Birthday z subtelną Syd (P.S. – sprawdźcie VIP Remix), nie ma tu piosenek typowo “popowych”. Nie znaczy to jednak, że brakuje hooków i chwytliwych refrenów – o to zadbał zestaw świetnych gości. Do highlightów zdecydowanie należy My High, gdzie Slowthai i Amine zapraszają nas na przyprawiający o zawał serca sprint po wykrzywionym, dudniącym bicie, Douha (Mali Mali), czyli najlepszy afro-house jaki usłyszcie w tym roku i klubowy tytułowy kawałek, który naturalnie nawiązuje do pamiętnego When A Fire Starts To Burn z debiutanckiego wydawnictwa Disclosure. Choć trafiają się też tutaj słabsze indeksy (nudne Ce n’est pas) to Energy jest kolejną udaną płytą duetu producentów – życzyłbym sobie tylko trochę więcej eksperymentów w przyszłości, okej panowie? (Wiktor Małolepszy)

Grimes – Miss Anthropocene | synth pop

Grimes, Miss Anthropocene
Okładka podstawowej wersji płyty “Miss Anthropocene” – Grimes

Zdecydowanie opus magnum kanadyjskiej producentki. Grimes po pięciu latach wydawniczej przerwy sporządziła dzieło, będące kwintesencją kondycji współczesnego świata. Cukierkowe brzmienia Art Angels ustępują tu miejsca futurystycznym, mrocznym, a nawet apokaliptycznym dźwiękom, tworzącymi fundamenty pod narrację o alternatywnych bóstwach, prowadzących naszą cywilizację ku upadkowi. Całość kontrastuje z eteryczną wokalizą artystki, dzięki czemu agresywniejsze instrumentale równoważą się do melancholijnych tonacji. Claire Boucher wystawia na próbę nie tylko swoje zdolności producenckie, ale także kompozycyjne – Grimes zręcznie umieszcza popowe melodie w barokowych podkładach, przez co koniec świata nie wydaje się być wcale taki zły. (Magdalena Wołowska)

Rina Sawayama – SAWAYAMA | pop

Rina Sawayama, Sawayama
Okładka płyty “Sawayama” – Rina Sawayama

Debiutancki album Riny Sawayamy Sawayama to kompilacja ikonicznych nurtów ostatnich dekad. Wydawałoby się, że mamy do czynienia z kolejną próbą uwodzenia słuchacza wyłącznie za pomocą nostalgicznych melodii, dzięki którym jego aktywność odbiorcza redukowana jest do oklepanego odgadywania inspiracji twórcy. W tym przypadku mogłam na szczęście odetchnąć z ulgą. Japońsko–brytyjska artystka oferuje na swoim krążku karykaturalne interpretacje hitów z przeszłości. Obecność producenta Clarence’a Clarity (odpowiedzialnego także za fantastyczne, eklektyczne brzmienie EP–ki Rina) pozostawia po sobie ślad w postaci niezliczonych strukturalnych suspensów. Te, w połączeniu z chwytliwymi wokalami Riny, komponują się w zjawiskowy, kiczowaty eksperyment. Sawayama to bowiem rzadka egzemplifikacja muzyki popularnej, której niezwykle pomysłowe modyfikacje czynią z tego gatunku przestrzeń wartą poświęcenia uwagi bez poczucia wstydu. (Magdalena Wołowska)

Kaz Bałagane – Digital Scale Music | trap

Okładka płyty “Digital Scale Music” – Kaz Bałagane

Mogę z radością wszem i wobec ogłosić, że po trzech latach książę nieporządek wrócił do formy! Od razu poprawiam – nie jest to poziom tak wysoki jak na Narkopopie, o Gruzie czy o Locie nie ma co wspominać, ale światowo nazwane Digital Scale Music pomimo obszerności materiału wyróżnia się na tle trzech ostatnich, niezbyt udanych wydawnictw warszawskiego poety. Czym? Przede wszystkim – hookami! Jacek już pokazał wielokrotnie, że potrafi poruszać się na każdym bicie, nie boi się też zaśpiewać lub zanucić coś swoim mocarnym głosem i zaryzykuję stwierdzenie, że na najnowszym krążku daje najlepszy popis wokalny w swojej karierze. Całe spektrum można poznać śledząc indeksy 6-8: najpierw płaczliwe wycie Weź nie panikuj ze ślicznymi chórkami w tle, potem prawie wyszeptane, wibrujące Zapytania, gdzie Kaz Bałagane korzysta z okazji, żeby obśmiać #hot16challenge i poinformować nas że w Karpaczu je Carpaccio, a na końcu przebossowy Elegancki Pan, którego każdy wers można by było sobie wytatuować (i niektórzy już to robią).

Przeczytaj również:  "Ucieczka na srebrny glob" – Ciemna strona księżyca | Recenzja

Na 18 numerów zaledwie 1/3 z nich trwa dłużej niż 3 minuty i oczywiście jest tu trochę naddatków, jak Matematyka z kompletnie bezpłciowym Bersonem, albo Pierwszy Kajdan, którego wybór jako jednego z singli promujących album wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą przy o wiele zabawniejszych, bardziej wpadających w ucho lub ciekawszych pod względem storytellingu numerów na tym wydawnictwie. Jednocześnie są na Digital Scale Music traki absolutnie esencjonalne jeśli chodzi o dyskografie tego niezwykle płodnego rapera, kilka nowych tekstów do cytowania w codziennych rozmowach z ziomkami, a i sam Jacek pozwala sobie chyba pierwszy raz w karierze na… sentymentalność w zamykającym album kawałku Dobranoc, który raper poświęca swojej rodzinie. Moment bardzo ckliwy, ale kiedy słyszymy, jak Jacek rapuje, że Jedyne co mam to śmiech córki / Sens życia odkryłem po latach, kiedy do ciebie do domu wracam, to wiemy, że nigdy nie był bardziej szczery na traku. (Wiktor Małolepszy)

Better Person – Something to Lose | soul

Okładka płyty “Something to Lose” – Better Person

W 2020 roku w końcu doczekaliśmy się debiutanckiej płyty Adama Byczkowskiego, lepiej znanego pod pseudonimem Better Person. O mieszkającym w Berlinie songwriterze pierwszy raz głośniej zrobiło się w 2016 roku, kiedy dzięki swojej EPce It’s Only You zaliczył całkiem niezły przełom – dość powiedzieć, że dał kilka koncertów w Europie i za oceanem. Od tamtego czasu rozwijał swoje umiejętności w myśl zasady, że „pisze tylko wtedy, gdy ma coś do powiedzenia”. I tak jakoś złożyło się, że wielbicielem talentu Adama stał się Ben Goldwasser z MGMT, który zaprosił Polaka do Los Angeles, gdzie wyprodukował i zmiksował Something to Lose.

To płyta satynowa, elegancka i ze wszech miar wypełniona romantyzmem pojmowanym na modłę nie współczesnych gwiazd rnb i trapsoulu, lecz nowego romantyzmu (new romantic). Odsłuch Something to Lose to jak przejażdżka po tropach ejtisowego synth-popu i soulu – słychać tu Marvina Gaye’a, Sade, nawet George’a Michaela – po intrze tytułowego utworu czekałem tylko na opowieść o ostatnich świętach Bożego Narodzenia. Zachwycają utwory śpiewane po polsku – filmowy dramatyzm refrenu Dotknij Mnie oraz sentymentalne, otwierające album Na Zawsze. Chciałoby się więcej utworów w rodzimym języku Byczkowskiego – przez swój krótki, zaledwie półgodzinny czas trwania, debiut artysty pozostawia niedosyt, jednocześnie jednak zapraszając do kolejnych odsłuchów, ujawniających głębię i wyrafinowanie tych piosenek. Jeśli szukacie płyty, która potwierdzi, że Polacy potrafią tworzyć pop na światowym poziomie – trafiliście w dobre miejsce.  (Wiktor Małolepszy)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.