„Akademia Pana Kleksa” – Urokliwa magia w trybie slow-mo [RECENZJA]
W styczniu 2024 roku minie równo 40 lat od premiery Akademii Pana Kleksa z niezapomnianą rolą Piotra Fronczewskiego w tytułowej roli profesora Ambrożego. Dla wielu ludzi w naszym kraju to film kultowy, więc przy zapowiedzi nowej ekranizacji książki Jana Brzechwy pojawiły się głosy wątpiące w całość przedsięwzięcia. Nie brakowało też osób zaintrygowanych nowym podejściem do historii. Sam należałem do tego drugiego grona, bo film Gradowskiego widziałem w szkole podstawowej i od tamtego czasu nie wracałem ani do niego, ani do książki Brzechwy. Nie mam specjalnego sentymentu, stąd do projektu Macieja Kawulskiego podchodziłem ze względnym spokojem. Miałem kilka obaw, które się potwierdziły, ale o tym później.
Dosyć już o oczekiwaniach. Najbardziej „kontrowersyjną” zmianą z punktu widzenia oryginału jest to, że głównym bohaterem nie jest już Adaś Niezgódka. Zastąpiła go dziewczynka o imieniu Ada, a w tytułowej Akademii nie ma już samych chłopców, a są także dziewczynki. Była to pozytywna zmiana względem literackiego pierwowzoru i jego pierwszej ekranizacji. W końcu nie mamy już 1946 czy 1984 roku. Tutaj też od razu pojawia się postać księcia Mateusza, zaklętego w ptaka mężczyzny, wędrującego po całym świecie i zapraszającego do Akademii rzeczone dzieciaki.
W tym momencie poznajemy Adę, dziewczynkę mieszkającą na co dzień w Nowym Jorku i czekającą na powrót ojca oraz nowych przyjaciół, którzy świętowaliby z nią jej urodziny. Jeśli do czegoś początek nowej Akademii… można porównać, to jest to bez wątpienia pierwsza część przygód Harry’ego Pottera. Mateusz jako Hagrid zaprasza dzieci do magicznej krainy, którą sceptyczna Ada poznaje niczym bohater grany przez Daniela Radcliffe’a. Dziewczynka chce przy tym poznać, co łączy ją z Ambrożym Kleksem oraz napisać własną historię. Wtedy też poznajemy Alberta, który w pierwowzorze miał na imię Alojzy.

Samo wprowadzenie do historii wypada zgrabnie. Poznajemy Adę, widzimy, z których części świata są inne dzieciaki, jakie zagrożenie ze strony armii wilków czyha na Akademię, ale jest coś, nad czym muszę się zatrzymać. Są to mianowicie żarty o kupie związane z Mateuszem, który za pomocą specjalnych nasion może przybrać ludzką postać. I wtedy też informuje Adę, że w ptasiej formie nie kontroluje… wydalania odchodów. Tak, jest tu żart o ptasiej kupie, który jest powtórzony w pierwszych kilkunastu minutach z cztery czy pięć razy, a już po drugim wywołuje zażenowanie. Szkoda, bo Sebastian Stankiewicz – chociaż jego postać funkcjonuje jako comic relief – to wypada naprawdę dobrze, ale te kupie gagi bardzo rzutują na granego przez niego księcia Mateusza.
Wprowadzenie Ambrożego Kleksa jest zainscenizowane w bardzo dobry sposób. Początkowo Kawulski ukazuje nam go w ciemnych pomieszczeniach, nigdy w pełnej krasie i to trwa aż do czasu pierwszej lekcji. Wtedy Tomasz Kot może w pełni bawić się postacią Kleksa, ukazywać jego dobro i pewną naiwność oraz magiczną potęgę. Wypada przy tym w sposób naturalny i na przestrzeni całego filmu godnie przedstawia bohatera, który przez lata kojarzony był z Piotrem Fronczewskim. Kot znalazł swój sposób na Kleksa. Prostymi słowami i gestami sprawia, że odczuwamy spokój i bezpieczeństwo niczym młodzi adepci magicznej szkoły. Szczególnie uwidacznia się to podczas lekcji i interakcji z dziećmi. Widać wtedy, że Kot musiał mieć mnóstwo frajdy na planie, bo w roli profesora czuje się jak ryba w wodzie, gdy śpiewa, tańczy i rozsypuje rozmaite rzeczy. Niestety, chociaż dzieciaki są różne, to poza jedną charakterystyczną cechą niewiele można o nich powiedzieć – jedno z nich lubi rugby, inne chce nauczyć się magicznych sztuczek i to właściwie tyle. Z postacią Ady – granej przez Tosię Litwiniak – mam taki problem, że w jej przypadku trochę niezauważalnie przechodzi przemiana z powątpiewającej w magię i wyobraźnię dziewczynki do tej, która ma uratować całą Akademię. A to kwestia samego scenariusza, który nie pozwala na odpowiednie rozwinięcie bohaterów, a także reżyserii Kawulskiego, bo w niektórych scenach następuje tu tonalny rozdźwięk. Zostając przy porównaniach z Harrym Potterem, czasem mamy tu sceny niczym z późniejszych części o przygodach młodego czarodzieja, a większość historii to ciepłe i familijne kino fantasy. Niewykorzystana jest też całkowicie postać Alberta. Jest tajemniczy, zimny, niepasujący do reszty i to tyle. Daję jednak kredyt zaufania, że zmieni się to w kolejnej części, bo jest z nim związany pewien zwrot akcji, który idealnie pasuje do opisanego wyżej rozdźwięku.
Co zaś się tyczy samej historii, to jest to prosta opowieść o odkrywaniu samej siebie, przełamywaniu barier, budowaniu własnej ścieżki i wybaczaniu. Nic wyjątkowego, ale z prostym i dobrze sprzedanym morałem. Z czarnych charakterów wyróżnia się cudownie kampowa i zła do szpiku kości postać Danuty Stenki, która ze sztucznymi kłami całkowicie przejmuje ekran, przyćmiewając także księcia Vincenta, czyli przywódcę armii wilków, który w teorii powinien mieć największy powód do odnalezienia Akademii i ukrywającego się w niej księcia Mateusza. Trudno tu jednak winić Daniela Walaska, że nic nie pokazał, bo scenariusz mu na to w żadnym stopniu nie pozwolił.

Wspomniałem już wyżej o Kawulskim, reżyserze m.in. Jak zostałem gangstera. Historia prawdziwa. Nie mogę zatem nie zatrzymać się przy jego umiejętności do przedstawiania ładnie wyglądających sekwencji lekcji, w których dzieci biorą udział wraz z Kleksem, czy przechadzek po magicznej krainie. Cóż jednak z tego, jeśli często nadużywa efektu slow motion, co jest szczególnie widoczne w finale filmu, co nie ma ŻADNEGO uzasadnienia narracyjnego. Nie wygląda nawet zbyt efektownie. Przemarsz armii wilków po raz wtóry? Zwolnijmy tempo. Książę wilków idzie korytarzem? Jeszcze raz. W oczy kłuje także podbijanie różnych popowych kawałków stworzonych na potrzeby filmu w scenach akcji. Rozumiem, że soundtrack trzeba sprzedać, ale mniejsza „teledyskowość” zrobiłaby tej historii na dobre.
Na obronę filmu przyznam, że slow motion dobrze wypada właśnie przy okazji lekcji, gdy jest mnóstwo kolorów na ekranie, dużo się dzieje i widać dziecięcą radość Kleksa oraz jego uczniów. Jednocześnie reżyser w kilku scenach przechadzki po magicznej krainie Akademii pokazuje, że w filmie nie szczędzono grosza i cały ten teren, wraz z żyjącymi tam bohaterami z klasycznych baśni, na ekranie kinowym wygląda po prostu przepięknie. Gościnne występy Ikara i Dedala oraz scena z Królewną Śnieżką są małymi perełkami, przy których nie sposób się nie uśmiechnąć. Podobnie jest z samą Akademią, jej salami pełnymi dziwów, w których widać magiczny dotyk Ambrożego Kleksa – tutaj coś zmienia kolor, tam chmury przybierają fantazyjne kształty.

Chociaż Akademia Pana Kleksa ma wyżej wymienione wady, które mogły uwierać w trakcie seansu, to muszę przyznać, że po seansie czułem ciepło na sercu i był to miło spędzony czas, w trakcie którego nie czułem znużenia metrażem produkcji. Jednocześnie było wrażenie, że nie został do końca wykorzystany potencjał tego świata i historii. Scenariusz kuleje, reżyseria uwiera nadużywanym slow motion, ale pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnej, zapowiedzianej już części, zostanie on wykorzystany. Co może cieszyć też w tym wszystkim, to że polscy filmowcy nie boją się wracać do historii, które zostały opowiedziane lata temu. Najnowsza adaptacja Brzechwy nie jest tak kwasowa i dziwna, jak film Krzysztofa Gradowskiego, ale jest do niej odwołanie w postaci profesora Paj-Chi-Wo (Piotr Fronczewski) czy strojów armii wilków, które przywodzą na myśl te sprzed 40 lat. Ta wersja nie będzie pewnie tak kultowa, ale stoi na własnych, współczesnych fundamentach. Nie tak dawno dostaliśmy nową, udaną wersję Znachora, a teraz niezłą wprawkę do magicznego świata rodem znad Wisły. Podkreślam – do świata, bo historii to w niej było tyle, co metraż pierwszej części Akademii Pana Kleksa z 1984 roku. Mniej efekciarstwa i teledyskowości, więcej wykorzystania tego urokliwie wykreowanego świata Kleksowej Akademii oraz jego bohaterów, a z przyjemnością zanucę jesienią przyszłego roku Witajcie w naszej bajce…
Korekta: Kamil Walczak
Uwielbia czarne kryminały i inne noirowe zabawy. Jego marzeniem jest letni spacer śladami bohaterów z „Przed wschodem słońca”. Gdy nie ogląda to czyta, gdy nie czyta to myśli, gdy nie myśli to śpi. Kocha „Ogniem i mieczem” i „Desperado”. Więcej grzechów nie pamięta.
