„La Chimera” – Kontrasty tkane półtonami [RECENZJA]
Rohrwacher w swoim najnowszym filmie sięga po romans łotrzykowski, aby poprzez historię bandy hien starożytnych etruskich cmentarzy opowiedzieć o niekończących się poszukiwaniach ucieleśnienia najgłębszych tęsknot. Twórczyni Szczęśliwego Lazarro sięga po subtelne i niejednoznaczne środki wyrazu, by stworzyć przekaz intelektualnie i estetycznie pociągający, ale emocjonalnie hermetyczny.
Choć akcja La Chimery umiejscowiona jest w miarę precyzyjnie w Toskanii lat 80., reżyserka w charakterystyczny i autorski sposób kreuje poczucie bezczasu opowieści. Popkulturowo zajechane ejtisy bardzo oszczędnie wykorzystują epokowe akcesoria, kostiumy i dekoracje; właściwie tylko po samochodach można pokusić się o jakąś datację. W filmie przenikają się świat współczesny ze starożytnym, świat snów i wizji z realizmem włoskiej prowincji; w filmie pojawiają się też stylizowane na średniowieczne ballady sławiące czyny tombaroli, czyli złodziei grobów (na polski przetłumaczone uroczo jako „grobodzieje”). Ten historyczny eklektyzm podkreślony jest przez dobór soundtracku. Znajdujemy w nim Toccatę z Orfeusza Claudia Monteverdiego, tanga, Disco Italiano i wreszcie Kraftwerk. Wszystkie te zabiegi tworzą poczucie uczestnictwa w baśni czy legendzie; w historii, która poprzez swoją wspomnianą wyżej bezczasowość pretenduje do wydarzania się zawsze i wszędzie. W ten sposób Rohrwacher czyni bohaterów, ich emocje, tęsknoty i decyzje uniwersalnymi oraz przekształca swoją opowieść w rodzaj współczesnego mitu.
Jednocześnie reżyserka ubiera konstrukcję fabularną w ramy romansu łotrzykowskiego. Gatunek literacki wywodzący się z XVI-wiecznej Hiszpanii wspiera taktykę narracji w La Chimerze jako mitu/legendy, przydając potencjału interpretacyjnego akcji i bohaterom. Temat szajki złodziei starożytnych artefaktów z etruskich grobowców idealnie wpisuje się w awanturniczy i szelmowski charakter łotrzykowskich powieści. Podobnie główny bohater, Arthur, cudzoziemiec z Wielkiej Brytanii i archeolog, zaplątany w hultajskie towarzystwo z toskańskiej prowincji. Mieści się on w kanonie gatunkowym protagonisty, który nie wywodzi się z nizin społecznych, ale przystaje do szelmowskiej bandy w geście buntu. W odróżnieniu jednak od literackiego pierwowzoru Arthur nie buntuje się przeciw strukturom społecznym; jego bunt skierowany jest przeciw rzeczywistości, w której nie ma już jego ukochanej Beniaminy. W ten sposób akcent w filmie przeniesiony jest z satyry politycznej, oryginalnie występującej w gatunku na refleksję filozoficzną i kulturową. Postać Arthura jest bowiem współczesnym Orfeuszem, poszukującym innego świata, w którym istnieje możliwość życia Eurydyki/Beniaminy.

W roli o takim intelektualnym ciężarze łatwo o fałszywy krok, po którym postać stoczyłaby się w przepaść groteski i patosu. Wcielający się w Arthura Josh O’Connor gra na bardzo subtelnych nutach, dzięki czemu jego bohater nie zmienia się w „typ” czy „symbol”. Jest niesamowicie ludzką postacią ze wszystkimi sprzecznościami, emocjami i wewnętrznymi walkami. O’Connor tworzy w La Chimerze dwa wyjątkowe duety. Pierwszy z Isabellą Rossellini, wcielającą się we Florę, matkę Beniaminy, emerytowaną śpiewaczkę operową żyjącą w stanie zaprzeczenia i beznadziejnie oczekującą powrotu zmarłej córki. Flora, zapadająca się w swoim fotelu na kółkach w opustoszałych wielkich pomieszczeniach podupadającego pałacyku, sama jawi się jako artefakt w grobowcu. Rossellini potrafi wlać we Florę tyle ciepła i bystrości, że sympatia widza do niej jest ugruntowana w czymś więcej niż zwykłym współczuciu. Aktorka utrzymuje pozytywne emocje względem swojej bohaterki mimo jej dość paskudnego zachowania wobec uczennicy/służącej Italii. W tę ostatnią wciela się Carol Duarte, brazylijska aktorka, którą polscy widzowie mogą kojarzyć z Niewidocznego życia sióstr Gusmão. Duarte podchodzi do swojej bohaterki z odpowiednim balansem między komedią a liryzmem; dzięki temu razem z O’Connorem tworzą parę być może zupełnie niedobraną, ale jednocześnie w jakiś wzruszający sposób wiarygodną i wzbudzającą chęć kibicowania.
Rohrwacher łączy często sprzeczne i kontrastujące komponenty swojego filmu z dużym wyczuciem, operując środkami stylistycznymi w nienarzucający się sposób. Duża w tym zasługa jej regularnych współpracowniczek, operatorki Hélène Louvart i montażystki Nelly Quettier. Ta pierwsza, odpowiedzialna także za zdjęcia do takich filmów, jak Disco Boy, Córka czy Nigdy, rzadko, czasami, zawsze, eksperymentuje z formatami. W La Chimerze korzysta z trzech różnych, a także z ziarnistości obrazu, delikatnie zmieniając charakter scen. Spójny efekt całości film zawdzięcza montażowi, dzięki któremu środki proponowane przez Louvart działają bardziej podświadomie, niż rzucają się w oczy.

W La Chimerze przenikają się kontrasty: światy żywych i zmarłych, porządek mityczny z realizmem, farsa z melancholią i kulturową refleksją. Żaden z tych kontrastów nie wybrzmiewa jednak wyraziście. Rohrwacher woli operować na subtelniejszych nutach, nie narzucać się widzowi, a raczej sączyć bogactwo znaczeń swojego filmu powoli do serca. Świat La Chimery jest przez to podatny na interpretację i zaprasza nienachalnie do refleksji, nie uderza jednak w żaden dramatyczniejszy ton, przez cały seans trzymając odbiorcę na emocjonalny dystans. Być może jest to zamierzone, jednak trochę mi szkoda, że nie udało mi się przenieść razem z Arthurem poza granice smutku i tęsknoty za niemożliwym, by, jak w każdym mitologicznym dramacie, uzyskać upragnione katharsis.
Korekta: Jakub Nowociński
Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Szczęśliwy Lazarro, Cuda
