15 najlepszych filmów pierwszego półrocza 2019

Gdy rok temu tworzyliśmy nasze podsumowanie pierwszego półrocza, na liście obok naszych perełek, pojawiły się filmy, które powoli stają się współczesnymi klasykami – wystarczy chociażby wspomnieć o Tamtych dniach, tamtych nocach. Tym razem jest inaczej, ale może to lepiej, bo przynajmniej nasze zestawienie może wnieść trochę powiewu świeżości (choć oczywiście nie zabraknie tytułów dobrze znanych i lubianych). Chyba 2019 to taki rok w świecie filmowym, że trudno go jednoznacznie ocenić i opisać.

Gwoli formalności – by film był dostępny do zestawienia musiał mieć: a) – 3 głosy od naszych redkatorów, b) – ogólnopolską premierę (kinową/cyfrową) od 1.01.2019 do 30.06.2019. Dlatego też nie zobaczycie “Won’t You Be My Neighbour”, które zebrało jedynie dwa głosy, a także “Midsommar”, bo na nie zdecydowanie za wcześnie.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

To co? Zaczynamy!


14. (ex aequo) “Królowa Kier”


Królowa Kiery

May el-Toukhy stworzyła dzieło ocierające się o wybitność, mimo że dalekie od krzykliwych, publicystycznych nagłówków, ceremonialnie odwracające się od doraźnej politycznej bieżączki. Historia Anne (Trine Dyrholm), wykształconej prawniczki walczącej o prawa wykorzystywanych seksualnie małoletnich, która jednocześnie wchodzi w romans z młodych chłopakiem, mogła zostać przedstawiona w krzykliwej estetyce, rozpisana na największym emocjonalnym diapazonie.

Tymczasem reżyserka idzie na przekór dominującym tendencjom, nie szafuje lekkomyślnie etykietami “kata” i “ofiary”. Jedynie, ale z jakim skutkiem (!), przygląda się mechanizmom zachodzącym w tego typu relacjach, gdzie istnieje cienka granica między pożądaniem a molestowaniem. Częściej zadaje pytania, aniżeli na nie odpowiada, wkładając kij w mrowisko po obu stronach podziału politycznego. Wielkie to kino, w którym refleksja zastępuje machanie obuchem, w którym poruszenie niezwykle trudnego wątku dalekie jest od skandalizowania czy nachalnego naruszania tabu. Kto chce zmierzyć się z tematyką relacji międzyludzkich w kontekście szantażowania, wykorzystywania, uwodzenia i jak to wpływa na jednostki, gdy istnieje między nimi zasadnicza przepaść emocjonalno-materialna, ten powinien zdecydowanie sięgnąć po “Królową Kier”. (Marcin Kempisty)

Zobacz również: Recenzję “Królowej Kier”


14. “Noc pożera świat”


Żyjemy we wspaniałych czasach dla horrorów. Z każdej strony bombardują nas coraz to nowe filmy autorstwa młodych i zdolnych twórców, dla których klasyka gatunku i wszelakie intertekstualne tropy to budulec, który traktują zarówno z szacunkiem, jak i z zuchwałością, a gatunkowa konwencja kina grozy jest niczym innym jak ogromnym płótnem, na którym utrwalają oni swoje błyskotliwe zagrania formalne i fabularne. Obok tych bardziej medialnych nazwisk – takich jak Robert Eggers czy Ari Aster – znalazł się także francuski reżyser Dominique Rocher, którego pełnometrażowy debiut Noc pożera świat w zeszłym roku dostępny był do obejrzenia na festiwalach (19. MFF Nowe Horyzonty oraz 3. Przegląd Horrorów Fest Makabra), a w ostatnich miesiącach trafił w Polsce do dystrybucji cyfrowej za sprawą serwisu vod.pl.

Ale do rzeczy. Czternaste miejsce w skali całego półrocza to nie jest aż tak znakomity wynik na jaki ten film zasługuje, ale hej, to nadal – spoiler alert – wyżej niż nowi Avengersi! Filmowi Rochera brakuje przede wszystkim popularności, bo kilkanaście seansów w całej Polsce to trochę mało, a na serwisy vod inne niż Netflix niż HBO Go mało kto się zapuszcza. A szkoda, bo naprawdę dużo jest tutaj do lubienia. Koncepcja filmu o apokalipsie zombie, który więcej wspólnego ma z Przypadkami Robinsona Kruzoe oraz Jestem legendą (książką, nie filmem!) niż z Zombielandem czy nawet Nocą żywych trupów już na samym papierze wygląda doskonale, a jeżeli doda się do tego świetnego w głównej i prawie jedynej roli Andersa Danielsena Lie, który perfekcyjnie oddaje samotność i desperację protagonisty, losowe akcenty muzyczne, Denisa Lavanta zamkniętego w windzie, kontrast wynikający z wolnego tempa filmu i zaskakującej mobilności zombiaków oraz panoramę Paryża, która nie skupia się na pocztówkowym pokazywaniu zabytków, to już naprawdę nie ma na co narzekać.

Noc pożera świat to nie tylko film o apokalipsie zombie, ale także wnikliwa i satysfakcjonująca analiza ludzkiej samotności i często destrukcyjnych zachowań w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Jeżeli sam (niesamowicie kozacki) tytuł tego obrazu jeszcze nie zachęcił was do seansu, to mam nadzieję, że te kilka słów dokończyło robotę. Zachęcam wszystkich do oglądania i do dalszego czytania tego zestawienia, bo niżej też się jeszcze znajdzie kilka spoko filmów z równie spoko opisami. (Michał Piechowski)

Zobacz również: Recenzję “Noc pożera świat”


13. “Wspomnienie lata”


Wspomnienie lata

Adam Guziński kazał czekać na swoje “Wspomnienie lata” parę lat, bo nakręcony w 2016 obraz szeroka publika mogła obejrzeć dopiero w tym roku. Niewiele osób jednak skusiło się na marcowy seans, może przez brak wielkich nazwisk, a może przez skrajnie inną od przedstawionej na ekranie aurę tegorocznej wiosny.

Film Guzińskiego wydaje się być pocztówką z lat minionych skąpaną w wakacyjnym słońcu – takim późnym, zmęczonym, jakie sami pamiętamy z młodzieńczych wakacji. Standardowa historia dojrzewającego chłopca jest tu przedstawiona bardzo subtelnie, wręcz staroszkolnie, bez nadmiernej ekspozycji czy nienaturalnych dialogów. Spędzający lato w mieście u boku znudzonej życiem matki Piotrek przejdzie przez fizjologiczną w jego wieku dawkę radości, bólu, zachwytów i rozczarowań. Słoneczne dni są zawieszone w czasie, a ich rytm zdaje się wyznaczać jedynie figura ojca powracającego z wyjazdowej pracy zarobkowej.

Największą siłą “Wspomnienia lata” są zdjęcia Adama Sikory przenoszące wręcz widza na polską prowincję końca lat 70. Dbałość o detale i smaczki, również od strony reżyserskiej, wynagradzają pretensjonalną klamrę i kilka momentów, w których film odkleja się od swojej przyziemności. Kiedy jednak młodość na ekranie może błyszczeć, a dorastanie boli najbardziej – wtedy najpiękniej wspomina się lato. (Michał Palowski)

Zobacz również: Recenzję “Wspomnień lata”


11. (ex aequo) “Złodziejaszki”


Złodziejaszki

Hirokazu, ty sentymentalna bestio! Kolejny film w portfolio mistrza i znowu to samo – relacja rodzica z dzieckiem, tykanie kijem tradycyjnych konserwatywnych poglądów na części składowe rodziny, emancypacja osób z nizin społecznych. Gdyby powstała sztuczna inteligencja symulująca procesy twórcze reżysera to w przypadku Złodziejaszków wskazywałaby najwyższe wartości ciepła i przyswajalności ze wszystkich jego produkcji. Jest to definitywnie najlepszy film żeby zacząć przygodę z Koreedą – daje ogólny pogląd na rzeczy, które go najbardziej interesują, zaangażowani w niego są jego ulubieńcy, widać również doskonałą rękę do prowadzenia dzieci. Jednocześnie dla fanów Hirokazu, tych, którzy już zdążyli rozpływać się nad subtelnością języka filmowego w Dziecięcym Świecie czy współodczuwającymi z bohaterami Jak ojciec i syn, Złodziejaszki będą jak odwiedziny rodzinnego miasteczka. Owszem, pojawiło się kilka nowych wiat autobusowych, lecz tak naprawdę to stare, dobrze znane okolice – chociaż zaledwie po minucie opuszczenia tego miejsca serce ogarnie nostalgia i chęć kolejnego powrotu.

Niewielu jest twórców, którzy w tak prosty i efektywny sposób chwytają poczucie bliskości i bez zbędnych dialogów budują silne więzi między widzem a postaciami na ekranie. Koreeda na etapie Złodziejaszków opanował tę umiejętność do perfekcji, wywołuje łzy, ciarki i śmiech. Lecz najważniejszy jest głęboki humanizm bijący z każdej sceny tej przeuroczej, cieplutkiej historii o tym, że rodzinę można odnaleźć nawet wśród sklepowych złodziejaszków. (Wiktor Małolepszy)

Zobacz również: Recenzję “Złodziejaszków”


11. “Złe wychowanie Cameron Post”


Na ubiegłorocznym American Film Festival miałam okazje niemalże pod rząd obejrzeć dwa filmy o ośrodkach leczenia homoseksualizmu. Jeden z nich znalazłby się na moim zestawieniu z najgorszymi produkcjami tego roku (Wymazać siebie), drugi zaś kontrastował z nim w każdym kadrze wykrzykując – to można zrobić lepiej.

Tak, filarem Złego Wychowania Cameron Post jest seksualność głównych bohaterów, ale przekaz produkcji przedziera się przez jej powłokę i stanowi o pokochaniu siebie oraz zadaniu uniwersalnego pytania – co stanowi o naszej wolności? (Maja Głogowska)

Zobacz również: Recenzję “Złego wychowania Cameron Post”


10. “Free Solo”


Free Solo

Pamiętam sytuację na American Film Festival we Wrocławiu, gdy para znajomych z taką dziwną, emocjonalną ekscytacją polecała mi dokument o wspinaczce górskiej. Porównywali go do najlepszych dreszczowców. Jednak na chwilę zwątpili. Sami kochają góry, ale czy ktoś, komu obce są ścianki i szczyty na pewno przeżyje to tak jak oni? Fenomen Free Solo sprawia, że tak. To idealnie zgrana opowieść o determinacji Alexa Hannolda, który tytułową metodą wspinaczkową, bez żadnego zabezpieczenia, pragnie dokonać czegoś niemożliwego – wdrapać się na szczyt El Capitan, liczący 2307 m n.p.m. Jimmy Chin i Elizabeth Chai Vasarhelyi dokumentują jego przygotowania, próby, samo życie bohatera, dla którego istnieje ten jeden cel.

Nie sposób opisać, w jakim napięciu trzyma nas (i twórców) Alex. To postać godna podziwu, ale też jakby zaślepiona swoimi ambicjami. Jest niezwykle sympatyczny, wie, czego chce, choć tak często łapie go zwątpienie, skurcz emocji, problemy z ogarnięciem życia osobistego. Każde potknięcie, każda kontuzja przybliża go niby do celu, choć uderza też świadomość, że może to być ostatni raz…

Nieoczekiwanym aspektem jest tutaj autotematyczność filmu. Twórcy w końcu muszą zadać sobie pytania: Czy filmowanie tego w ogóle jest etyczne? Co jeśli Alexowi coś się stanie? Co jeśli kamera go rozproszy? Podjęcie tego tematu świadczy o autentyczności tych, którzy stoją za kamerą, o tym, że oni także robią to z pasji i troszczą się o bohatera.

Free Solo doczekało się już premiery na kanałach przyrodniczych, ale niesprawiedliwym byłoby takie zakwalifikowanie tego filmu. To thriller, dramat o natchnionym człowieku i inspiracji, który zamiast przenosić góry, woli się na nie wspinać. (Kamil Walczak)

Zobacz również: Recenzję filmu “Free Solo”


9. “Schyłek dnia”


Schyłek dnia

Kiedy na początku XX wieku w Europie do głosu doszło pokolenie końca wieku, zainspirowane dekadenckimi ruchami przede wszystkim francuskich intelektualistów, społeczeństwo starego kontynentu stanęło na początku bardzo krótkiej drogi ku przepaści. Centrum nadchodzącej katastrofy bez żadnych wątpliwości było Imperium Habsburskie — ze stolicą w Wiedniu, coraz mniej radzącą sobie z pozostałymi częściami CK Monarchii. Zdaniem reżysera „Schyłku dnia”, podobna sytuacja, a przynajmniej podobna atmosfera znów ma miejsce w dzisiejszych czasach.

Laszlo Nemes nie pozostawia jednak swojej tezy bez nakreślenia odpowiednio mocno jej skomplikowanej natury. Za punkt odniesienia stawia kobietę powracającą do Budapesztu, próbującą rozwikłać zagadkę swojej tożsamości — młodziutka Irisz, której rodzice przed laty zginęli w pożarze, szuka swojego zaginionego brata przemierzając ulice naddunajskiej metropolii. W całej tej podróży kamera wraz z widzem nie odstępują jej na krok — przyjmując taką perspektywę, twórcy ograniczyli obiektywne spojrzenie na sytuacje, pozwalając na ciągłe niedowidzenie lub niedosłyszenie czegoś, potęgując klaustrofobiczny charakter całego filmu, wprowadzając nas w bardzo duszny labirynt, gdzie z każda minutą rośnie napięcie – i ciągle sugerując, że nadchodzi nieuchronna katastrofa. (Szymon Pietrzak)

Zobacz również: Recenzję “Schyłku Dnia”


8. “Dzika grusza”


Dzika Grusza

Turcja, położona na styku Europy i Azji łączy w sobie cechy obu tych kontynentów. Sprawia to, że gdy Nuri Ceylan zabiera nas w podróż na turecką prowincję, czujemy się jednocześnie zaciekawieni oryginalnym punktem widzenia bohaterów, jak i zaznajomieni z mentalnością protagonisty, leśnymi traktami i krajobrazami. Zwłaszcza, że Dzika grusza to obraz z każdej strony konfrontacyjny. Konfrontuje wieś i miasto, młodość i starość, mężczyznę i kobietę, idealizm i pragmatyzm, wreszcie ojca i syna. Długi metraż nadaje produkcji cech slow cinema umożliwiając skupienie oka na przyrodzie i jej sezonowym zmianom, a także wybrzmieć dialogom, w których tkwi moc utworu. Bez cienia wątpliwości wskazałbym Ceylana jako artystę równego Linklaterowi czy Bergmanowi w talencie do pisania przekonującej i niebanalnej wymiany zdań. Tak jak bez cienia wątpliwości wskaże film każdemu jako wart poświęcenia trzech godzin swojego życia. (Andrzej Badek)

Zobacz również: Recenzję “Dzikiej Gruszy”


7. “Gdyby ulica Beale umiała mówić”


Przepiękna gra niuansów, pełna dźwięków i niezwykłej wrażliwości Jenkinsa, który nieśpiesznie odkrywał przed widzami swoje karty, dając im czas na czerpanie całej palety emocji płynących z obrazu.

Zakazana miłość kiełkująca od najmłodszych lat przepełniona radością lat dziecięcych, wsparciem lat młodzieńczych oraz bratnim porozumieniem podczas wchodzenia w dorosłość pełną szykan, nienawiści i trudności okazuje się być kamieniem, na którym Jenkins buduje swój film. Historia przez niego prowadzona nie męczy się, nie dłuży ani nie przystaje nawet na moment.

Tę, jak napisał Maciej, operację na otwartym sercu przyjmujemy trzymając się za własne serca, współczując Fonny’emu i Tish ich rozstania, uderzającego w nas bardziej niźli Rozstanie Farhadiego, mimo, że uderza w zupełnie inne tony aniżeli irański geniusz.

Gdyby ulica Beale potrafiła mówić, nie mogłaby opowiedzieć tej historii lepiej, dźwięczniej czy pięknej. Nie jest jednak tak, że to wyłącza zasługa Barry’ego Jenkinsa. Wznoszący się na szczyt James Laxton oraz Nicholas Britell sprawili, że ten niezwykły twór jest dziełem niezapomnianym. (Martin Reszkie)

Zobacz również: Recenzję filmu “Gdyby ulica Beale umiała mówić”


6. “To my”


Jordan Peele to obecnie jeden z najważniejszych reżyserów, a w swoim najnowszym filmie udowadnia, że jak nikt inny potrafi skutecznie wybadać puls współczesnego amerykańskiego społeczeństwa. A w zasadzie wskazać jego brak, bo “To my” bardziej przypomina sekcję zwłok giganta, którego wielkość została zbudowana na hasłach o równości i braterstwie, podczas gdy podskórnie toczyły go wszelkie choroby i zarazy. “To my” to pieśń wyklętego ludu, sprowadzonego do roli mięsa historii, nawozu wykorzystywanego do budowania wielkości kraju. To historia o zapomnianych wykluczonych, którzy wreszcie wychodzą na światło dzienne i walczą o odzyskanie należnego im miejsca. Produkcja Peele’a balansuje na granicy komedii i horroru. Wiele jest w niej popkulturowych mrugnięć okiem, ale że wszystko zachowuje swoją konsystencję, to “To my” plasuje się w czołówce tytułów z ostatnich lat, w których szalona artystyczna wizja wchodzi w owocny mariaż z doraźną oceną polityczną. (Marcin Kempisty)

Zobacz również: Recenzję filmu “To my”


5. “Paddleton”


Nikogo zaznajomionego z mumblecorem nie należy przekonywać o wielkości artystycznej dzieł Marka Duplassa. Tym razem, nasz ukochany aktor-scenarzysta opisał historię swojej śmierci, a właściwie śmierci samotnego, rozwiedzionego Michaela, fana mrożonej pizzy i filmów kung-fu. Jest on jednak scenarzystą zbyt doświadczonym, by opisać świat spowity widmem śmierci z perspektywy tylko jednego bohatera – dlatego też kontrastuje swoją postać, z jego najlepszym przyjacielem Andy’m, równie samotnym sąsiadem z góry, partnerem do tytułowej gry, jedzenia pizzy i oglądania filmów kung-fu. You get the deal.

Nie pamiętam kiedy ostatnio tak pięknie została ukazana wyciszona przyjaźń. Panowie często milczą, żyją zamknięci w swoich schematach i rutynach, będąc dla siebie jedyną odskocznią od pustych czterech ścian. Alex Lehmann nie musi nikogo przekonywać, jak ważni są dla siebie Andy i Michael – to widać w ich oczach, gestach, w każdej odbitej od ściany piłce tenisowej. Tak samo jak nie musi przekonywać widza, że umie tworzyć arcydzielne filmy. To widać w każdej scenie. (Maciej Kędziora)


4. “Faworyta”


Afrontem nie tylko wobec Yorgosa Lanthimosa, ale również naszych czytelników, byłby brak tego filmu w topce. Bo choć jest to prawdopodobnie najbardziej ugładzona z produkcji Greka, to nie sposób jej nie doceniać. Nie sposób nie zachwycać się grą przodującego mu tryptyku wielkich aktorek – groteskowej Olivii Colman, dostojnej Rachel Weisz i przebiegłej Emmy Stone. To one nadają emocje masywnym murom brytyjskich posiadłości ziemskich, to one tchnęły życie w neurotyczny scenariusz, wreszcie to one wspinają się na wyżyny swoich zdolności, byśmy my – widzowie – chcieli do tego dzieła wracać.

Nie oznacza to jednak, że tylko kreacjami aktorskimi oddycha barokowe dzieło młodego mistrza. Znakomita gra światłem naturalnym, widowiskowość inscenizacyjna, przepiękne suknie, monumentalność formy łącząca się z pastiszem, a także pewna doza surrealizmu powodują, że “Faworyta” tkwi w głowie nie jednego z nas. (Maciej Kędziora

Zobacz również: Recenzję “Faworyty”


3. “Sny wędrownych ptaków”


Jeżeli jara was temat rozwoju handlu narkotykami w Kolumbii ale nie macie czasu na oglądanie serialu Narcos albo widzieliście go już trzy razy, to Sny wędrownych są dokładnie tym, czego szukacie. Chociaż raczej zawiodą się tutaj ci, których interesuje tylko i wyłącznie ten aspekt. Film małżeńskiego duetu Ciro Guerry i Cristiny Gallego to nie tylko rekonstrukcja trudnych początków narkotykowych imperiów, ale przede wszystkim piętna, jakie na wielu społecznościach pozostawiła decyzja o pozornie niewinnej chęci sprzedaży marihuany grupie amerykańskich hippisów. Ta wielopokoleniowa i wielorodzinna opowieść to portret Kolumbii namalowany najładniejszymi z możliwych kolorów (warstwa wizualna poraża tutaj i fascynuje swoim pięknem), ale kryjący w sobie głębokie zepsucie i gwałtowną brutalność. Głęboko zakorzeniony folklor miesza się tutaj z postępem technologicznym, nikt nie jest do końca bez winy, a fatum krąży nad bohaterami sprawniej niż w niejednej greckiej tragedii. To kino, które pochłania widza w całości od pierwszej minuty i zostawia go ze wszystkim oraz z niczym dwie godziny później. Takim kinem chcę oddychać. (Michał Piechowski)

Zobacz również: Recenzję “Snów wędrownych ptaków”


2. “Ósma klasa”


Każdy kto widział Eight Grade wie, że ten film ciężko jest schwytać w raptem kilku słowach – jest naprawdę wyjątkowy. Licealne perypetie nastolatków często wskakują na duże ekrany, ale te gimnazjalne, gdy nie są przekonwertowane w kino (quasi) przygody po prostu nie istnieją. Bo Burnham, czyli reżyser tego filmu to jeden z nas. Człowiek, który niegdyś swoje południa spędzał na robieniu vine’ów, memiarz, miłośnik popkultury, ale ponad to wszystko ktoś kto nadąża za nowymi mediami…

… No a jak inaczej stworzyć film osadzony w nastoletniej rzeczywistości niż poprzez zrozumienie? Potęgą tej produkcji jest właśnie to, że jej twórca tak bardzo rozumie realia o których opowiada. Nawet jeśli Wy w głównej bohaterce nie znajdziecie punktu odniesienia do swojej sytuacji sprzed paru lat to na pewno z mniejszym lub większym impetem uderzy Was to z czym borykają się dzisiejsi „gimnazjaliści”.

Eight Grade to produkcja, która cringe’iem stoi, więc jej seans w jednym ciągu może okazać się ciężkim zadaniem – a czy właśnie takie kino nie jest najlepsze? Kino, które wywołuje emocje tak silne, że czasami trzeba podchodzić do niego z odległości a samą produkcje oglądać ratalnie? Może tak. A może ktoś zaraz na mnie nakrzyczy w imię zasady – filmów nie można zatrzymywać. Jednego jestem pewna. Debiutanckie dzieło Bo Burnhama nawet po paru miesiącach od premiery wywołuje u mnie niesamowicie silne emocje, cieszy mnie, ale i wraca w wyobrażeniach pod przykrywką udanych zdjęć czy ważnych dla głównej bohaterki scen. (Maja Głogowska)

Zobacz również: Recenzję filmu “Ósma klasa”


1. “Jutro albo pojutrze”


Minding the Gap to jedna z większych pułapek, jakie można przypuścić na widzu. Na pierwszy rzut oka to dokument o młodzieniaszkach, którzy wolny czas spędzają na deskorolce. Po dłuższej chwili okazuje się, że to może tylko zwyczajny zapis ich trwania, takie pamiętniki prowadzone przez Bing Liu, reżysera. Jednak w całym spektrum tych historii ciężko nie dostrzec czegoś o wiele większego, donioślejszego, cholera, bliskiego.

To opowieść o paczce kumpli wchodzących w dorosłość, dla których dorosłość ta staje się największą przepaścią życiu. Jednego dnia imprezują i jeżdżą na desce, drugiego “ktoś” każe im zachowywać się poważnie, pójść do pracy, założyć rodzinę. Pojawia się nieuchronne pytanie, jak można być skaterskim luzakiem, kontestatorem kultury i wolnym strzelcem, gdy w pokoju obok płacze ci dziecko, a ty dalej jesteś dysfunkcyjnym nastolatkiem. Liu pokazuje, że w pewnym momencie idealizm ustępuje miejsca egzystencji per se, że jeśli mamy mieć do kogoś pretensje, to do siebie. Przy czym on jako autor kieruje też kamerę w swoją stronę, bo i sam nie może ot tak pouczać innych.

Ale głównym celem Binga, o którym, będąc częścią tej historii, mówi wprost, było coś innego. To piękne wykorzystanie filmu do skonfrontowania bohaterów z samymi sobą. Przez bieg akcji zaczynają oni mówić o własnych problemach, które skutecznie ukrywali przed innymi; jako przyjaciele poznają siebie na nowo; zaczynają mówić o swoim dzieciństwie i domu w czasie przeszłym, jako coś, co już dla nich minęło, ale nie bezpowrotnie. Deskorolka, ich jedyna i najprawdziwsza pasja w życiu, była środkiem eskapizmu, ucieczką od realnych trudności i zaszytych w świadomości traum. Bing Liu tworzy dla siebie i swoich bohaterów psychoterapię filmową, udowadniając, że kino to sztuka dla ludzi, wciąż żywa i intymna. (Kamil Walczak)

Zobacz również: Recenzję filmu “Jutro albo pojutrze”


Zestawienie powróci pod koniec tego roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.