“Złodziejaszki” nie skradły mojego serca [RECENZJA]

To fantastyczne, że żyjemy w czasach walki o podstawowe prawa człowieka. Wiele jest jeszcze do zrobienia, ideał zapewne nigdy nie zostanie osiągnięty, ale warto się starać, by każda jednostka miała przypisaną do swojego jestestwa niezbywalną godność, niezależnie od statusu majątkowego, koloru skóry, orientacji seksualnej, wyznawanej religii, a nawet wcześniej popełnionych czynów. Istnieje jednak delikatna różnica między akceptacją a permisywizmem, o której zdaje się zapomniał Hirokazu Koreeda, twórca Złodziejaszków nagrodzonych najważniejszą statuetką na zeszłorocznym Festiwalu Filmowym w Cannes.

Zobacz również: „Miłość śmierć i roboty”, czyli Netflix tym razem trafia w dziesiątkę [RECENZJA]

Japoński reżyser ponownie wziął na tapet historię jednej rodziny, zastanawiając się nad celem istnienia oraz mechanizmami zachodzącymi w obrębie tej podstawowej komórki społecznej. Obserwowana przez niego familia nie jest jednak “zwyczajna” – między trzema pokoleniami członków to nie więzy krwi grają pierwsze skrzypce, lecz bieda i potrzeba innych osób, by ratować się przed całkowitym upadkiem. I tak wraz z najstarszą Hatsue (Kirin Kiki) w ciasnej klitce mieszka para z przygarniętym młokosem oraz jeszcze jedna młoda kobieta. Koreeda znakomicie gra przestrzenią, prezentując ich lokum niemalże jak rupieciarnię. Wszędzie panuje bałagan, piętrzą się stosy niepotrzebnych rzeczy, nie ma choćby odrobiny prywatności, każdy gest jest wykonywany pod okiem reszty domowników. Gdyby tego jeszcze było mało, właściwa akcja filmu rozpoczyna się od przygarnięcia kilkuletniej dziewczynki, która wcześniej padła ofiarą przemocy domowej.

Złodziejaszki

Kamera skrupulatnie przypatruje się sposobowi życia głównych bohaterów, codziennej walce o kawałek chleba, jak również wykonywanym przez nich rytuałom, do których należy między innymi okradanie pobliskich sklepów. Twórca dosyć wyraźnie przedstawia rynek pracy jako przestrzeń wrogą najgorzej kwalifikowanym pracownikom. Kto nie ma szczęścia i nie potrafi chodzić na ustępstwa, ten na pewno nie będzie w stanie samodzielnie się utrzymać. Koreeda schodzi więc do nizin, omijając wielkomiejski szum, szklane wieżowce i hipsterskie knajpki, by przypatrzeć się marginesowi, ludziom zapomnianym, którzy zostaną pochowani w anonimowym grobie, tak jak prowadzili swój bezimienny żywot z dala od państwa i urzędów. Bieda zmusza protagonistów do dokonywania kradzieży, ale przestępcza działalność nie jest wynikiem tylko walki o byt, to też forma inicjacji na łono rodziny, rodzaj spędzania czasu podobny do łowienia ryb, czy gry w piłkę. Jak zresztą mówi jeden z bohaterów, dopóki produkty leżą na półkach, to nie należą do nikogo.

Zobacz również: „After Life”, czyli żałoba według Gervaisa [RECENZJA]

Widz nie odnajdzie w Złodziejaszkach echa włoskiego neorealizmu, nie zobaczy stereotypowych wyobrażeń na temat patologii, nawet śmierć zostanie przeniesiona poza kadr, by nie zmącić spokojnego i delikatnie magicznego obrazu tej nieświętej rodziny. Bohaterowie są bowiem ukazywani z niezwykłą czułością, w wygłaszanych przez nich dialogach iskrzy od subtelnego humoru. Reżyser ewidentnie lubi te postacie, więc traktuje wszystkcih z szacunkiem i nawet w najtrudniejszych momentach nie pozbawia nikogo godności. Jeżeli oskarżano Nadine Labaki i jej Kafarnaum o cukierkowate przedstawienie libańskiego plebsu, to jeszcze poważniejsze oskarżenia powinny padać pod adresem Japończyka, zdolnego przetransformować tragizm sceny ukazywania przez dziewczynkę śladów po oparzeniu żelazkiem w scenę budowania zaufania w relacji między nią a inną domowniczką. Taki to jednak styl obiera w swoim najnowszym filmie autor Dziecięcego świata, praktykując odnajdywanie promieni światła nawet w najciemniejszych zakamarkach ludzkiej egzystencji.

To z tego poszukiwania dobroci wyrasta przyjęta przez reżysera definicja rodziny, oczywiście daleka od kodeksowych unormowań. Nie pokrewieństwo, na które noworodek nie ma wpływu, lecz świadomy wybór jest podstawą budowania rodzinnych relacji. Mogą zatem powstać przypadki, w których nie biologiczni rodzice, lecz “obcy” są w stanie zapewnić wikt oraz miłość niezbędne do prawidłowego funkcjonowania.

Złodziejaszki

Zobacz również: „Leaving Neverland”, czyli koniec z iluzją [RECENZJA]

Jednakże w wyniku takiego światopoglądu pojawia się również permisywizm jako naczelna zasada przyświecająca Złodziejaszkom. Reżyserowi niezwykle łatwo przychodzi oskarżanie struktur państwa o cementowanie patologicznych form “rodziny” przy jednoczesnym pobłażaniu protagonistom, tak “dobrodusznie” przecież chroniącym swoich młodszych podopiecznych. Brak piętnowania samego istnienia biedy i jej skutków jest zawsze w cenie, ale Koreeda zdecydowanie zbyt szybko prześlizguje się nad przeszłością bohaterów. Jedynie mimochodem wspomina o dokonanych przez nich czynach, jak gdyby kompletnie nie miały one znaczenia w kontekście podjętych przez nich później działań. Z tego też względu najmłodsze dziecko Japończyka obarczone jest grzechem pierworodnym, nadmierną pluszowatością obrazu, przekazem rozmiękczonym fałszywie rozumianą empatią. Przypomina się od razu Szczęśliwy Lazzaro z traktowaniem głupoty jako dobroduszności, wracają wspomnienia z Florida Project, gdzie historię patologii przełożono na serię wizualnych, kolorowych fajerwerków.

Złodziejaszki to film moralnie wątpliwy, którego zaleta z biegiem czasu staje się największą wadą, gdy szacunek wobec bohaterów zmienia się w apologię biedy i krytykę bezdusznego kapitalizmu. Idylliczność obrazu potrafi skraść serce, dopóki nie zahacza o taśmowe wybaczanie nawet najgorszych czynów. Z tego też powodu Koreedzie należą się brawa za wszelkie sprawy techniczne oraz umiejętne prowadzenie bohaterów, przy czym pozostaje mieć nadzieję, że niechęć do krytycznego oceniania ludzi nie przysłoni podstawowych zasad, którymi powinny się kierować cywilizowane społeczeństwa.


3/5


3 thoughts on ““Złodziejaszki” nie skradły mojego serca [RECENZJA]

  1. Brak zgody. Gdyby twórcy mieli ochotę pobłażać przeszłości bohaterów to by tego wątku nie wprowadzali.

    1. Wprowadzono ten wątek, ale nic z nim Koreeda nie zrobił, zaś samo wspomnienie nie wystarcza, bym mógł się z tobą zgodzić.

  2. NIe zgadzam się. Co to znaczy, że to obraz moralnie wątpliwy? Do jakiej moralności się tu odwołujemy? Proszę znaleźć aparat państwowy, który nie jest bezduszny. Krytyka bezdusznego kapitalizmu? Proszę pokazać kapitalizm z ludzką twarzą. Taśmowe wybaczanie? Bohatrzy otrzymują karę. Grzech pierworodny: fałszywie rozumiana empatia? Coś mocno starotestamentowy jest autor tej recenzji. I w swych osądach mało chrześcijański, w prawdziwym znaczeniu tego słowa – nie odpuści bliźniemu. Ciekawe dlaczego? Bo jednym z postwowych przesłań filmu jest założenie, że może czasem rodzinę, można i warto wybrać? To chyba coś, co najbardziej narusza wszechobecną w naszym katolickim kraju regułę “rodzina świętą jest”. Nawet patologiczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.