“To my” – America U.S. [RECENZJA]

Z pisaniem na temat nowej produkcji Jordana Peele’a wiąże się pewien instytucjonalny problem. Następuje tutaj wyraźne odróżnienie od jego poprzedniego filmu – To my wymyka się wszelkim schematom poznawczym i szkicom, jakie formułują się podczas seansu. Bo mamy horrorowe oczekiwania wobec pewnych mechanizmów straszących, ale też świadomość nieformalnej tajemnicy poliszynela, że twórca Uciekaj! będzie się prężył ku chwale anturażu rasowego. Może to sprawka, nomen omen, czarno-białej recepcji jego ostatniego projektu i postępującej stereotypizacji filmów tworzonych w Stanach przez czarnoskórych. Ale ekskomikowi udaje się nas zaskoczyć, zszokować niebagatelnymi konwencjami i odświeżyć amerykańskie kino grozy w nietuzinkowym stylu. Czym właściwie więc jest Us i z czym to się je?

Akcja orbituje wokół rodziny Wilsonów: roztrząsającej sprawy z przeszłości żony i matki Adelaide (Lupita Nyong’o), ojca, czyli nieprzyzwoicie śmieszkowego Gabe’a (Winston Duke) oraz dwojga dzieci: Zori i Jasona. Wybierają się oni razem do domku letniskowego u wybrzeży Kalifornii. Pewnej nocy u bram ich posesji zjawia się familia Reddów, przyodzianych w czerwień, samarytańskie sandały i ostre krawieckie nożyce doppelgangerów samych bohaterów. Czego oni w ogóle chcą? I co są w stanie zrobić? Złowieszcza matrona, odpowiedniczka Adelaide, zdradzi im pewien sekret…

To my w bardzo nowofalowym sznycie sprytnie ucieka od jakichkolwiek gatunkowych diagnoz. Przez prolog, rzucający światło na dziecięcą traumę protagonistki, indykuje jakiś nadprzyrodzony motyw demoniczny, jednak drugi akt już ewidentnie zwiastuje nam home invasion, jakby czarnoskórej wariacji Funny Games. I to okazuje się w końcu niewypałem. Wstrzymam się w tym momencie ze spoilerami, jednak dość powiedzieć, że na końcu wszyscy trzymają się za ręce, a w powietrzu czuć vibe Hereditary łamanego z Carpenterowskim Cosiem.

Zobacz też: Wszyscy jesteśmy trochę stalkerami Kubricka – Nasz wywiad z Jagodą Szelc

Warto zwrócić uwagę na to, że Peele – za sprawą programu Key & Peele – jeszcze przed paroma laty postrzegany był jako luminarz szeroko pojętego humoru skeczowego (ci, którzy pamiętają jeszcze współpracę komików z Comedy Central wiedzą, że było w tym coś więcej), a dzisiaj funkcjonuje jako pełnoprawny amerykański stańczyk X muzy. Niby błaznuje, śmieszkuje, usilnie rozluźnia atmosferę, a fantastycznymi dialogami skutecznie rozbraja naszą powagę. Cała zabawa jest jednak jeno pretekstem dla śmiertelnie poważnej konstatacji na temat życia w Ameryce i w ogóle życia społecznego. Rasa, mimo że graficznie nadreprezentowana, nie wydaje się tak kluczowym faktorem.

W wywiadach reżyser opowiadał o anegdocie z lat swojego dzieciństwa. Wyobrażał sobie wtedy własnego sobowtóra, który może czaić się na każdym rogu, taki cień, a raczej złe odbicie. Zwierza się, że przyprawiało go to o dreszcze. Trzon utworu zasadza się na takim właśnie strachu, strachu o charakterze pierwotnym, nieusprawiedliwionym, ale bardzo plastycznym i relewantnym. Niezrozumiałe intencje przybyszów w czerwonych koszulach naturalnie fiksują bohaterów, a nas wprowadzają w stan parafreudyzacji ich lęków.

Zobacz też: “Leaving Neverland” – Koniec z iluzją?

Obraz w niejasny sposób dysturbuje nas przeszywającą bohaterów czernią i czarnością – lecz nie mowa tu jedynie o kolorze skóry. Smolista kolorystyka zakrzywia wręcz percepcję świata przedstawionego. Erupcja tych strachów uzewnętrznia się w konfrontacji postaci Lupity Nyong’o z samą sobą – niekomfortowe, przyciemniane zbliżenia, gardłowy głos sobowtóra i puszczone w eter, rozmyte ze znaczenia słowa. Twórca zasadniczo wykorzystuje swoje postaci przeciwko sobie, realizując szczytny postulat kina grozy głoszący, że największych pokładów strachu nie powinniśmy szukać w świecie nadnaturalnym, ale we własnym lustrze.

Zgodnie z duchem postmodernistycznej transgresji, w produkcji tej konsumuje się również tropy z Tajemnic Silver Lake. Atmosfera teorii spiskowej jest też szczególnie istotna, gdy weźmie się pod uwagę zafundowaną nam przeraźliwie pogmatwaną fabułę, bo nawet skrzętna ekspozycja dokonana przez antagonistkę sprawia, że mamy raczej więcej pytań niż czegokolwiek innego. Myślę, że znajdą się i tacy śmiałkowie, którzy będą tu próbowali egzekwować różne mądre teorie o dualistycznej naturze człowieka, bo zresztą mi samemu przeszło to przez myśl podczas seansu. W tym względzie polecałbym mimo tych pokus szukać swojej drogi po omacku, a niedopowiedzeniami przejmować się po swojemu. To na pewno zdrowsze.

Co się zaś tyczy szerokiego kontekstu społecznego, Amerykanin ma sporo do powiedzenia, choć częściej zdaje się na luźne domysły widza. Pierwsza sprawa to tytuł, który w polskim traci dwojakie znaczenie. Słowo “Us” robotę robi nie tylko jako zaimek, ale także jako skrót U.S. – United States. Reżyser opowiada więc o Ameryce pełnej podziałów i podskórnych zaognień. Podobnie jak w Uciekaj!, ukazuje napuszoną klasę średniowyższą (tutaj: rodzina Tylerów), która czytelnie eksponuje różnice majątkowe i stopy życiowej. Pani Tyler (Elisabeth Moss) i pan Tyler (Tom Heidecker) pławią się w swoim majątku i nie oszukują nikogo swoją bogacką egzaltacją. Ich córki bliźniaczki to rozpieszczone cool girls, które z pogardą odnoszą się do Zori czy Jasona. Tylerowie to najbardziej biała rodzina, jaką można sobie wyobrazić, typ absolutnej beztroski i luksusu.

Zobacz też: “Wszyscy wiedzą” – Farhadi, nie jesteś Hiszpanem – Recenzja

Problematykę społeczną spaja tutaj polityczny leitmotiv: akcja Hands Across America (faktyczne wydarzenie z 1986 r.), gdy Amerykanie, w imię walki z głodem, utworzyli długi na tysiące kilometrów łańcuch z ludzi ciągnący się od brzegów Pacyfiku aż do Atlantyku. Dochodzi do tego eksponowany problem “obcości”, pewnego hermetyzmu zachodniej kultury, w której panicznie boimy się o własny dobrostan i status quo. Motywy te, razem z popkulturowymi referencjami, tworzą obraz społeczeństwa wcale nieróżnego od poprzedniego filmu Peele’a – Ameryki kierowanej sprzecznościami, gdzie nawet pod liberalną strzechą ciężko ukryć ewidentne antagonizmy.

Wyżej podważyłem też trochę Us jako instytucję horroru. Sumarycznie spełnia horrorowe formułki jak Bóg przykazał, choć czyni to w sposób nader groteskowy i samoświadomy. Pełno tu zatem tropów z klasyki kina grozy, jak złowieszcze bliźniaczki Tylerów (analogicznie przypominające parę dziewczynek z Lśnienia) apokaliptyczne nawiązania do Biblii, odkrywania przez bohaterkę tajemnych wrót i przejść, podejrzanych typów na ulicy i wielu innych pomniejszych schematyzmów. Autor doskonale zdaje sobie sprawę z powszedniości tych rozwiązań i wykorzystuje to na swoją korzyść, brnąc w te tematy, eksploatując ich siłę i, przede wszystkim. Zaskakując widza. Bo jeśli miałbym określić To my pojedynczym słowem, to byłoby to “nieprzewidywalny”. Mnożą się twisty, zagęszcza klimat, komplikuje fabuła. Przy zachowaniu pewnych standardów wybija się na jeden z bardziej oryginalnych horrorów ostatnich lat, którego egzegezę nie sposób przeprowadzić w jednym tekście.

Produkcja ta zdecydowanie stoi humorem, i to o wiele potężniej niż w przypadku Get out!. To dzieło komicznie spełnione, m.in. za sprawą niezwykle akuratnie dobranego Winstona Duke’a jako formalnej, niefrasobliwej “głowy rodziny”. Harmonijnie rozmiękcza on familijne napięcia, sypie sucharkami, odnajduje się sytuacyjnie jako comic relief, choć sprowadzanie go tylko do tej roli byłoby chybione. Sypane z rękawa żarty, niezręczne utarczki czy skeczowe perypetie i inteligentny dowcip czynią film autentycznie zabawnym. Jednocześnie, sytuacje te działają jako synergiczny kontrapunkt dla wibrującej grozy i przerażenia. Peele dokonał tutaj połączenia, którego wielu oczekiwało od niego w 2017 r.

Zobacz też: Manifest przerażonych internautów – Nasza reakcja na tragedię z Christchurch

Kolejne plusy To my inkasuje za wysokiej klasy reprezentację aktorską. Występy Lupity Nyong’o, Winstona Duke’a czy Elisabeth Moss (choć młodsza część obsady nie odstawała) uwypuklają jak ciężką pracę musieli oni wykonać, grając również swoich sobowtórów. Zwłaszcza Nyong’o brylowała w podwójnej roli protagonistki. Znakomicie wyglądały też jej więź z synem, Jasonem (tu Evan Alex) – relacja bardzo zażyła i niesprecyzowana. Z kolei ścieżka dźwiękowa Michaela Abelsa już została ze mną na dłużej. Dodatkowo, z warstwą wizualną bezbłędnie synchronizuje się składanka z utworami Beach Boysów, NWA (F*ck the Police) tudzież klasyk Luniza – I Got 5 On It. Kawałki raperskie jasno sytuują bohaterów w czarnej społeczności, choć, znów, komentarz rasowy wcale nie musi być tak oczywisty.

Najnowszy film Jordana Peele’a ma zakusy na bycie dziełem przełomowym. Potwornie słaby marketing na polskim rynku tego nie zmieni. Już wiadomo, że Us uzyskało znakomite otwarcie w amerykańskim box-office’ie, a krytycy są zgodni w swoich peanach. Reżyser idealnie wyczuwa zgryzoty dzisiejszej polityki i pozostaje nam z ochotą czekać na jego następne produkcje, które już, z pewną rezerwą, zapowiada. Zdolność do bacznej obserwacji naszych czasów i wrodzone kinofilstwo czynią obecnie Peele’a jednym z najambitniejszych twórców autorskiego kina gatunków.


4/5


5 thoughts on ““To my” – America U.S. [RECENZJA]

  1. Czy nie pomyliłeś przypadkiem They Live z The Thing? A jeżeli nie, to co dokładnie skojarzyłeś z cosiowego filmu?

    1. Skojarzyło mi się to ze stanem takiej głębokiej niepewności co do tego, co może za chwilę nastąpić. Zakończenie Cośka, kiedy Russell i Childs siedzą sobie po tej całej masakrze i zastanawiają się, czy któryś z nich nie jest cośkiem. Albo obaj są. Stan takiej akceptacji niewiadomego połączonym z podejrzliwością, ale jednak afirmacją własnego losu.

  2. Bardzo proszę używać polskich słów. Nie ma takiego słowa jak dysturbować, indykować to nie to samo co indicate.
    Pozdrawiam

  3. Indykuje? Relewantny? Faktor? W jakim języku to jest napisane? I to odmienianie tytułu “Coś” jest bardzo irytujące.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.