“Gdyby ulica Beale umiała mówić” podziękowałaby Jenkinsowi za ten film [RECENZJA]

Jeden z wielu opustoszałych parków Harlemu. W świetle dogasających latarni znaleźć można jedynie dwa cienie zbliżających się ku sobie ludzi – on lekko wystraszony, układa w głowie słowa, które musi z siebie wyrzucić, słowa, które tkwiły w nim tak długo i tak długo spędzały sen z powiek. Ona jest trochę zmęczona, w końcu znów zmuszona była uśmiechać się sztucznie za ladą sklepową (usługując wszystkim obleśnym przedstawicielom klasy wyższej), ale uniesiona pięknem chwili, zapomina o bolączkach dnia codziennego i zbliża swoją twarz do jego twarzy. Ciche “kocham cię”, którego ostatnia głoska spita jest z warg, gdy ciało zbliża się do ciała, a cały świat zastyga w miejscu. Oboje są młodzi, mają całe życie przed sobą, ale w tym momencie cały świat jest ich, bo mają siebie i nic nie jest w stanie tego przerwać. Zlęknione poszukiwanie niezasłoniętego przez ubrania skrawka skóry, niepewny pierwszy dotyk, przeradzający się w coraz to bardziej namiętne eksplorowanie sylwetki osoby, dla której chciałoby się w tym momencie przychylić nieba. Pocałunek, który zostanie już z nimi na zawsze, ruch spajający usta, naładowany wszystkimi emocjami chwili – ekstazą, radością, zauroczeniem, fascynacją. Świadomość posiadania obok kogoś tak nam bliskiego, kogoś z kim chcemy przeżyć resztę naszych dni….

Cięcie

Pustka. Przez zabrudzoną szybę w sali widzeń dostrzega swoją ukochaną. Chciałby ją dotknąć, tak jak dotykał ją w parku, ale park jest już przeszłością. Teraz może jedynie ekscytować się jej głosem raz na tydzień, gdzie przez trzydzieści minut mogą cieszyć się swoim iluzorycznym towarzystwem. Musi zadać pytanie – “Ile jeszcze?”. Nie wie już o co pyta – o to kiedy wreszcie go wypuszczą, czy o to kiedy przyjdzie moment narodzin ich dziecka. Zawsze słyszy to samo – “Już niedługo”. Zawsze ma nadzieję, że coś się zmieni, a termin stanie się określony. Niestety system określa terminy tylko dla białych, albo bogatych. On musi czekać, czekać na wyrok nie za swój niedokonany czyn, ale za to że w ogóle się urodził. Tacy jak on, Tish, Daniel nie mają głosu. Mogą tylko próbować się uśmiechać i liczyć, że kolejny dzień uda im się przemknąć niezauważonymi.

Fonny stał się pionkiem w systemowej grze – w końcu co znaczy szczęście jednostki w perspektywie bezpieczeństwa milionów? Jest przestępstwo – musi być sprawca. Wina jest w tej rozgrywce nieważna, nieważna jest przyszłość jego rodziny – ważne by w papierach można było wskazać sprawcę, by statystyki nie ucierpiały – szczególnie, że mówimy o gwałcie na Portorykance, zmuszonej po ogłoszeniu wyroku do wyjazdu z kraju. A Fonny jawi się jako idealny kandydat – sfrustrowany, bez wykształcenia (rzucił szkołę by zostać stolarzem), z jednym, łatwym do obalenia alibi – w końcu kto uwierzy na słowo dilerowi Danielowi. I co z tego, że pozostawi na pastwę losu swoje nienarodzone dziecko i młodą, jeszcze dziewiętnastoletnią partnerkę – nie będzie to przecież pierwsze czarne dziecko wychowane bez ojca.

Każda uliczka Harlemu przepełniona jest ofiarami rasizmu – od codziennych szyder, przez wykorzystywanie w pracy, aż do przemocy fizycznej. Każdy, stąpający w rytm co nowszych, wypełnionych cierpieniem niewolniczych lat, utworów bluesowych, w środku krzyczy i błaga o pomoc. Tish prosi, by było tak jak dawniej, by mogła wychować swoje dziecko z mężczyzną, którego kocha. Sharon modli się w duchu o to by jej córka znalazła w sercu siłę by walczyć o godną przyszłość. Daniel próbuje wreszcie uciec od swojego środowiska, ale nie da się wyzbyć swoich korzeni i nie udaje się wyrwać z błędnego koła przestępczości. Bo choć na ulicy Beale w Memphis, Louis Armstrong śpiewa “What a wonderful world” to ten w głębi duszy piękny świat jest przeżarty przez gangrenę codzienności.

Barry Jenkins oddaje w swoim najnowszym filmie hołd tym, którym odebrano głos. Walczącym samotnie o lepsze jutro kobietom, alkoholikom szukającym ratunku, niesłusznie skazanym, pełnym życia chłopakom i wreszcie pięknym i niezależnym dziewczynom, pozbawionym szansy przez ich płeć i kolor skóry. Choć “Gdyby ulica Beale umiała mówić” co chwilę przepełnia nas nadzieją, że wreszcie karta się odwróci a nasi bohaterowie będą wreszcie szczęśliwi, robi to tylko po to, by w najmniej spodziewanym momencie wbić nam nóż w serce – mówiąc witaj w świecie naszej codzienności.

Geniusz twórcy “Moonlight” objawia się szczególnie gdy spojrzymy na kontrastowość malowanego przez niego pejzażu Harlemu. Kiedy w parku rodzi się uczucie, dwie uliczki dalej katowany jest zadłużony chłopak, gdy w jednym z mieszkań dziewczyna ogłasza, że czeka na nadejście dziecka, spotyka się z wyzwiskami i obelgami rzucanymi w jej stronę. W szekspirowskim duchu opowiada on historię miłości zakazanej, skazanej z góry na niepowodzenie, jednak miłości, która w drodze do swojego spełnienia jest w stanie przenosić góry niesprawiedliwości społecznej.

Operacja na otwartym sercu widza nie mogłaby się jednak udać bez idealnego doboru obsady. Gdy postać grana przez Reginę King w celu ratowania swojego przyszłego zięcia wyjeżdża do Portoryko, na jej twarzy namalowany jest dramat nie tylko postaci Sharon, ale i każdej matki, która musiała walczyć o honor swojego dziecka. Gdy Kiki Lane w epilogu wygłasza swój monolog, zaciera się granica między nią a Tish, bo to również jej historia, gdzie autobiografizm miesza się z fikcją.

Tak jak na ulicy Beale codziennie można usłyszeć najwybitniejsze zespoły bluesowe tak i na Jenkinsowo-Baldwinowskiej Beale Street rozlegają się wirtuozerskie nuty Nicholasa Britella. W każdym akordzie, półnucie i pojedynczym dźwięku zamyka cierpienie bohaterów, a repetycjami motywów ukazuje powtarzalność i stałość niesprawiedliwości. Dopiero w końcówce pozwala sobie na improwizację, gdyż tak jak i Tish ma dość, chce wyrwać się narzuconym wymogom formistycznym, zerwać się z uwięzi harmonii i grać, przeżywając muzyczne wyzwolenie.

James Baldwin po premierze “Gdyby ulica Beale…” powiedział “Jestem autorem optymistycznym, ale by twoje dzieła miały wydźwięk optymistyczny, musisz tłumić w sobie wiele żalu do tego świata”. Jenkins, będący duchowym spadkobiercą prozaika, również ma  w sobie wiele wyrzutu wobec społeczeństwa – braku akceptacji w “Moonlight”, wszechobecnego rasizmu systemowego w Dear White People”. Jednak dopiero teraz, opowiadając historię pozornie najbardziej minimalistyczną, udaje mu się stworzyć dzieło wybitne, przepełnione niemym krzykiem ulic, które widziały zbyt dużo. Kiedy jednak pojawiają się napisy, mamy nadzieję, że będzie lepiej – ale FonnyTish nie mają już 19 lat, a ich historia się skończyła.

5/5


2 thoughts on ““Gdyby ulica Beale umiała mówić” podziękowałaby Jenkinsowi za ten film [RECENZJA]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.