“Dzika Grusza”, czyli podróż (prawie) sentymentalna przez Turcję [RECENZJA]

Sinan dopija ostatni łyk kawy, sięga po plecak i zmierza w kierunku autobusu. Zatrzaśnięcie drzwi kawiarni jest równoznaczne z zamknięciem kolejnego rozdziału w jego życiu – od teraz z dumą może mówić o sobie “absolwent” uniwersytetu, a za chwilę będzie do swoich tytułów mógł dodać “nauczyciel”. Teraz musi tylko wrócić do domu (niczym odlatujące w około niego ptaki) i przygotować się do egzaminów, a kto wie – może i wydać swoją książkę, w której napisanie włożył całe swoje serce?

Zobacz również: Najlepsze filmy Off Camery

Konfrontacja z domową rzeczywistością nie będzie należała jednak do najłatwiejszych. Sklepikarz, ze swojej wrodzonej grzeczności, zagaja do niego na ulicy tylko po to, by ukradkiem powiedzieć mu o długu jego ojca. Hatice, szkolna miłość jego życia, którą przypadkowo spotyka przechadzając się po Çan, informuje go, że nie jest już ze swoim długoletnim chłopakiem. Tylko po to by zapłakana wyznać prawdę o planach matrymonialnych jej rodziców, planujących wydać ją za lokalnego jubilera. Burmistrz natomiast jest dumny z jego dzieła literackiego – problem w tym, że nie może go wspomóc finansowo, bo to inwestycja nieopłacalna. Ale winszuje książki, kwitując “to tylko 2000 lir. Na pewno kogoś znajdziesz”.

Struktura fabularna Dzikiej gruszy przypomina tytułowe drzewo. Bo choć owocami działań zaślepionego własnymi ideałami Sinana będą liczne spory z ludźmi, to u ich podstaw leży konflikt, który trapi głównego bohatera od dzieciństwa – konflikt z jego ojcem. Idris to doświadczony i – swego czasu – bardzo uznany lokalny nauczyciel. Problem w tym, że pewnego słonecznego dnia jego nogi zaprowadziły go do miejscowego bukmachera i od tego czasu każdą swoją wypłatę, skądinąd i tak ledwo starczającą na utrzymanie czteroosobowej rodziny i psa, przeznaczał na hazard konny. Hazard pociągnął za sobą całą lawinę problemów – zadłużenia, upadek wizerunkowy i utratę szacunku wśród sąsiadów. A także utratę podziwu, jakim darzył go swego czasu jego syn.

Zobacz również: “Five Feet Apart”, czyli “Trzy kroki od siebie” [RECENZJA]

Nuri Bilge Ceylan wykorzystuje wewnętrzną frustrację głównego bohatera do opowiedzenia o współczesnej Turcji. Sinan wyładowuje ją na przypadkowych ludziach, wchodząc z nimi w sprzeczki na przeróżne tematy; w swojej pysze pozjadał wszystkie rozumy i uznając siebie za martyra, próbuje kontestować każdą zasadę kierującą światem – od istoty pisarza, aż do słów Koranu i nauk Proroka. I choć początkowo mu kibicujemy, a podstaw jego nastawienia szukamy w idealizmie i romantycznym rozmarzeniu, to z czasem jego egzaltacja zacznie zakrawać o socjopatię, a pewne tezy zaczną niebezpiecznie zbliżać się do nihilizmu egzystencjalnego.

Antypatia do Sinana nie powoduje jednak, że seans Dzikiej gruszy jest męczący. Wręcz przeciwnie – każdy spór, na skutek geniuszu scenopisarskiego z jakiego słynie twórca Zimowego snu, jest pasjonujący, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie się zgodzić z żadnym z interlokutorów.  Oparcie dyskusji na kontrastujących ze sobą monologach było posunięciem ryzykownym. W końcu w czasach popularyzacji tej formy dramaturgicznej często zatracają one w swojej rozwiązłości sens. Ceylan, nawet gdy operuje dygresjami, zawsze jest w stanie podkreślić meritum wypowiedzi i wykorzystać ją nie tylko do wprawienia w ruch fabuły, ale również by sprowokować widza do analizy otaczającego go świata.

Dzika Grusza

Jedynym problemem jaki mam z taką strukturą filmu Ceylana jest jego powtarzalność, bowiem pierwsze dwie godziny będziemy spędzać na śledzeniu losów snującego się Sinana, którego kolejne tyrady nie wnoszą specjalnie wiele do całej fabuły. Choć każdy monolog jest świetnie napisany, to ich przesyt powoduje, że chciałoby się przyspieszyć nadejście ostatniej części filmu, w której otrzymujemy odpowiedzi na każde nurtujące nas pytanie, a także możemy wejść w dialog z reżyserem na temat natury ludzkiej. Z drugiej strony ostatnie parędziesiąt minut przejmuje nas głównie dzięki przebyciu chwilami męczącej podróży śladami głównego bohatera. Więc podobnie jak Sinan wpadamy tutaj w sytuację bez wyjścia.

Zobacz również: Powiedzcie każdemu o filmie “Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich [RECENZJA]

Dzika grusza bez wątpliwości jest filmem pięknym pod względem formalnym. Każdy, idealnie zaprojektowany kadr, oddaje nastrój bohaterów, a także jest hołdem dla piękna Turcji, na którą – podobnie jak postacie – patrzymy często albo przez pryzmat historyczny, albo z perspektywy reżimu Erdogana. Zasługa w tym oczywiście wieloletniego współpracownika Ceylana, Gokhana Tyriakiego, który chwilami przypomina i wraca niejako do dalekich planów z Pewnego razu w Anatolii – szczególnie w ujęciach tytułowej gruszy.

Dzika grusza mimo swojego długiego czasu trwania, z rzadka wytraca tempo, co chwile próbując zaangażować widza. Reżyserowi, mimo korzystania z dość wyeksploatowanej opowieści o relacji ojciec-syn, udaje się wprowadzić powiew świeżości. Czy to przez zadawanie pytań o determinizm, sens egzystencji czy też przeznaczenie i skutki naszych wyborów życiowych. I choć nie musimy się zgadzać ze stawianymi przez niego tezami, to warto ich wysłuchać. Bo mało kto mówi tak pięknie o życiu jak Ceylan.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.