Namaszczony do zabijania – swingująca forma | Recenzja | Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków 2024
Seijun Suzuki stworzył film kultowy, owiany legendą i na najróżniejsze sposoby przetwarzany przez innych filmowców. Namaszczony do zabijania to kino, które samo się komentuje. Poniższym tekstem nie jestem w stanie dać Wam więcej, niż zrobi to sam seans – mogę ofiarować tylko skromną recenzję, ale z oceną 10/10.
Namaszczony do zabijania zaczyna się jak każdy film noir/yakuza: zawodowy zabójca, numer trzeci w japońskim rankingu płatnych morderców, otrzymuje nowe zlecenie od lokalnego bossa. W tym momencie można by się spodziewać zdania: „ale potem już nic nie szło zgodnie z konwencją”. Szkopuł w tym, że właśnie narracja toczy się zupełnie tak, jak w każdym rasowym kryminale, tyle, że z tysiąckrotnie większą intensywnością. W filmie Suzukiego fabuła jest „bardziej”, „akcja” jest bardziej, każdy z pojawiających się bohaterów jest w swoich przecież zupełnie konwencjonalnych zachowaniach ekspresyjny do granic pastiszu, niemal każdy kadr to gotowy fotos na plakat, a montaż przywołuje erę MTV na grubo przed erą MTV. W ten sposób wydestylowana została sama gęsta esencja gatunku, dając efekt miejscami konfundujący, miejscami satyryczny, zawsze jednak bardzo ekstra, w znaczeniu odwoływania się do przyjemności z oglądania, rozpoznawania i bycia zaskakiwanym przez dane klisze gatunkowe.

Esencjonalność ta sprawia, że oglądając film śledzi się bardziej fikołki formalne, nie fabularne (choć sama intryga, gdy się ją poskłada do kupy z montażowej mozaiki ma więcej sensu niż niejeden bondowski film). Główny bohater, Hanada, w równym stopniu ściera się ze swoimi przeciwnikami, swoim własnym kryzysem męskości, jak i tropami fabularnymi. Walka zarówno z Numerem Jeden w rankingu zabójców, jak i z femme fatale Misako ma trojakie znaczenie. Hanada konfrontuje się z championem wśród płatnych morderców o przeżycie i o miejsce w rankingu; Misako chce zdobyć, jako kobietę, na punkcie której ma obsesję i jednocześnie stara się nie dać się jej zabić. Na głębszym poziomie zmagania Hanady są zmaganiami z niemożnością sprostania sprzecznym wymaganiom stawianym męskości przez japońskie społeczeństwo (dla przykładu, kobietę, którą kochasz musisz jednocześnie absolutnie zdominować – co sprawia, że miłość nie może dojść do skutku). Wreszcie na ostatnim, najgłębszym poziomie, Hanada jako Główny Bohater Kryminału Noir konfrontuje się ze swoimi i fabularnymi ograniczeniami gatunkowymi, sprawdzając, ile on jako postać i sam gatunek są w stanie wytrzymać. W ucieczce za pomocą balonu wypełnionego helem i morderstwie poprzez strzał przez kolanko hydrauliczne odnajduje się znakomicie, ale czy sikanie sobie do butów, aby zachować 100% uważności doskonałego zamachowca to już nie aby za wiele? W ten sposób Suzukiemu udaje się trudna sztuka przedstawienia nie jednego, ale dwóch uniwersalnych motywów: męskości w kryzysie i gatunku w kryzysie.

Gdyby taki temat próbował poruszyć ktoś z bardziej akademickim zacięciem, mógłby z tego wyjść film nieznośny i nieoglądalny. Na szczęście reżyserowi daleko do pretensjonalności i postmodernistycznej zabawy w celu podbudowania swojego ego. Powyższe rozważania są zabawnym dodatkiem, nie clou Namaszczonego. A nim jest przede wszystkim dobra zabawa widza i utrzymanie jego uwagi. Składa się na nią po pierwsze akcja, której rytm jest synkopowany, jednocześnie wybijający ze strefy komfortu i pociągający, i która skrzy się od kreatywnych pomysłów, wskazując tylko na wspomniane wyżej balonową ucieczkę czy hydrauliczną mokrą robotę. Po drugie atrakcyjna wizualnie pop-artowa estetyka ustawienia kadru i montażu. Po trzecie wynikający z synkopowanego rytmu miszmasz emocjonalny, wywołany pomieszaniem scen satyrycznych, jak wspomniane sikanie w buty czy spanie z otwartymi oczami, makabrycznej i niespodziewanej przemocy i barwnej gry aktorskiej przywołującej zarówno ekspresjonizm niemiecki, jak i teatr kabuki; po czwarte sugestywna i zmysłowa symbolika: zapach gotowanego ryżu, martwe ptaszki i motylki, ciemne okulary, kulodoporne paski. To wszystko razem wzięte jest niesłychanie atrakcyjne i przykuwające uwagę; po pierwszym seansie można mieć tylko mgliste pojęcie, o czym był film, za to bardzo solidne przekonanie na temat swojego doświadczenia filmowego.
Bo od filmu Suzukiego nawet współcześnie można się bardzo boleśnie odbić – jeśli próbuje się sklejać w linearną narrację kalejdoskopowo skonstruowaną fabułę lub jeśli przekaz jest dla danego odbiorcy najważniejszym elementem filmu. Jeśli jednak kocha się kino gatunkowe, pokocha się również Namaszczonego do zabijania. Bo tylko miłość do kina jako medium audiowizualnego, nie jako narzędzia porządkowania narracji, mogła sprawić, że powstał taki film.
Korekta: Michalina Nowak
Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Do utraty tchu, Wielki sen, Tokyo Drifter
